Tak, przyznaję, że mamy dobrze, mamy oboje relatywnie dobrze. Jednak nigdy nikomu bym nie powiedziała, że ma iść zawodowo na swoje, że to rozwiąże wszystkie jego problemy związane z pracą na etacie. Bo to wszystko zależy, od sytuacji, od człowieka, od preferencji wszelakich, charakteru, od… ta lista jest długa, bardzo długa. Na dodatek ja w tym momencie absolutnie zostawiam na boku kwestie finansowe, inwestycyjne, bankowe, podatkowe (a nie ukrywajmy, że Polska Anno Domini 2022 robi się coraz trudniejszym miejscem do prowadzenia działalności gospodarczej o jakiejkolwiek skali). Skupmy się tylko tych „miękkich” kwestiach. Będzie w punktach i subiektywnie, bo na naszym przykładzie.

Po pierwsze my to mamy dobrze, bo nie mamy szefa i nikt nam nie mówi, co mamy robić. Tak, ale to oznacza, że sami jesteśmy sobie szefem, sterem, żeglarzem i okrętem. I to ma dobre strony, bo nikt nam nie mówi, co robić, i ma złe strony, bo… nikt nam nie mówi, co robić. Paradoks, ale tak jest. Sami wymyślamy, sami wykonujemy, według naszego „widzimisia” i sami ponosimy odpowiedzialność, nawet nie ma na kogo zwalić. A to oznacza, że prawie ciągle się kombinuje, myśli, rozmawia, wpada na pomysły rano, a wieczorem wywala się je do kosza, bo już nie są super. Ale kolejnego poranka wraca się do tego samego pomysłu, bo może rezygnujemy z czegoś genialnego. Zaprawdę powiadam Wam, bywa męcząco, ale z drugiej strony nawet najbardziej szalone idee można wprowadzić w życie, bo nikt nas nie ocenzuruje.

Za tym idzie po drugie, bo jak nie masz przełożonego, to nikt Cię nie pilnuje i nie mówi, że dzisiaj zajmujesz się tym, a termin na skończenie jest do lipca. Napiszę dosadnie – jeśli ktoś jest niezorganizowany, łamane przez leniwy, to będzie pewne kwestie odkładał „na świętego nigdy” i nagle okaże się, że konkurencja „odjechała” o lata świetlne, klienci oczekują czegoś innego, a my zostaliśmy w erze kamienia łupanego i naprawdę trudno to zmienić. Dlatego co najmniej jedna osoba musi mieć zamiłowanie do list, planów, terminarzy i jeszcze umiejętność zmotywowania do działania siebie samego i, jak w naszym przypadku, tej drugiej osoby też. Co rozumiem przez umiejętność zmotywowania? Przekupstwa, szantaże, w tym kulinarne (jak skończymy, to idziemy na lody) i tym podobne mafijne sposoby działania. A do tego trzeba się przyzwyczaić, że powiedzenie „co masz zrobić dziś, zrób jutro” nie ma racji bytu. Zamiast tego haftujemy sobie na makatce i wieszamy nad komputerem inne powiedzenie: „co masz zrobić jutro, zrób dziś, będziesz miał czas na inne obowiązki”.

Po trzecie to nie mamy godzin pracy, więc jak nie chcemy, to nie pracujemy, a jak już pracujemy to w dowolnych godzinach. Ha! Okazuje się, że jak się nie ma godzin pracy i ma się kłopoty z ustalaniem granic, to nagle zaczyna się pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę, świątek, piątek i niedzielę. Bo zawsze jest coś do zrobienia. Zatem trzeba sobie samemu zbudować jakieś nieprzekraczalne bariery. Oczywiście szybko okazuje się, że one są przekraczalne, bo jak się siada do czegoś o siedemnastej i nie wychodzi, sypie się, warczysz i wiesz, że jak nie zrobisz, to sklep leży i kwiczy, to można siedzieć do dwudziestej pierwszej i nadgodzin nikt nie rozliczy. Trzeba wiedzieć, kiedy jest czas na pracę, kiedy na dom, kiedy na siebie, kiedy na spanie, jedzenie, ruch… Na wszystko. Ale tutaj przyznaję, że jak się umawiam do dentysty na dwunastą, to się nie zastanawiam, czy mnie szef puści. Muszę tylko tak poukładać dzień, żebym zrobiła wszystko wcześniej lub później, a w południe mogę być bardzo daleko do zajęć zawodowych. Elastyczne planowanie dnia też jest fajne, ale tu znowu wracamy do „odkładania na świętego nigdy”. Bo jeśli wiem, że coś dziś muszę, ale nie chce mi się rano, po południu nie mam weny, a wieczorem coś mi wypadnie, to albo siedzę po nocy, albo „zrobię to jutro”… Może tak, może nie. Dlatego my planujemy dni bardzo precyzyjnie, nie pakując tam tysiąca rzeczy na raz, tylko rozkładając sensownie w tygodniu, robiąc po południu podsumowanie, czy wszystko udało się skreślić z listy, a jak się okazuje, że coś jest niezrobione… Piekło i szatani, wstyd i mentalnie tniemy sobie emocjonalne premie, przepisujemy na kolejny dzień i biczujemy jeszcze przez pół godziny. Oczywiście żartuję, ale powiedzmy, że przekładanie czegoś „na jutro” jest u nas niepożądanym sportem ekstremalnym.

Po czwarte – i w tym tekście po ostatnie, ale temat na pewno nie jest wyczerpany – wy to macie szczęście, bo kochacie pracować i robicie to, co lubicie (cytat prawie dosłowny). Dokonajmy rozbioru logicznego tego zdania. Wy kochacie pracować. Hm… Tak… Tu rozlega się złośliwy rechot. Nie, nie kochamy pracować. Kochamy odpoczywać. Lenić się. Robić rzeczy milutkie i rozwojowe. Ale nie, nie kochamy pracować, pakować, dźwigać, odpracowywać papierkologii i podejmować decyzji, które mogą nas z dnia na dzień zaprowadzić na szczyty sukcesu albo dosłownie pod most. My się nauczyliśmy naszą pracę cenić, zauważać wszystkie jej zalety i minimalizować wady, układać ją tak, żeby szła sprawnie, szybko i bez powodów do zawałów co drugi dzień. Wypracowaliśmy jakieś zasady bezpiecznego podejmowania decyzji wielkich i malutkich, które sprawiają, że siadamy, rozmawiamy i wiemy, czy chcemy iść krok do przodu, zostać na chwilę w miejscu, czy wręcz się cofnąć, ale nie chodzimy i nie rozważamy miesiącami, zatruwając sobie głowę. My bardzo doceniamy to, z kim pracujemy. I tu przechodzimy do drugiej części zdania – robimy to, co lubimy w takim sensie, że moja pasja stała się sposobem na życie i to jest cudowne. Ale to nie zmniejsza ilości obowiązków, ilości decyzji, stresu i odpowiedzialności. Ich jest tyle samo. Różnica jest taka, że jak kończy się dzień, to ja wiem, że nie pracowałam w jakiś emocjonalnych i fizycznych kamieniołomach. Że miałam okazję pozachwycać się motkami, zauważyć, że ktoś wybrał taki zestaw kolorystyczny, że aż robię zdjęcie, żeby zapamiętać. Że wiem, że przygotowaliśmy paczki, które materialnie są pełne „artykułów pasmanteryjnych”, ale tak naprawdę spakowaliśmy coś, co daje szczęście, relaks, co wywoła uśmiech. Że w środku dnia miałam czas na dobrą herbatę (tak, możliwe, że pitą w czasie tworzenia kolejnego wpisu, ale nikt nie miał o to do mnie pretensji). Że mam zawodowo naprawdę dobrze poukładane życie i zrobię wiele, żeby nadal tak było.

I mam nadzieję, że jeśli ktoś właśnie rozważał przejście z etatu na swoje, to nikogo nie zniechęciłam, ale to jest tak, jak z tym wyjeżdżaniem w Bieszczady. Każdy, kto to naprawdę zrobił, powie Wam, że to nie jest wieczna sielanka. Że jest cudownie, ale bywają takie dni, że… chce się te przysłowiowe „Bieszczady” porzucić, wcześniej wysadzając je spora ilością trotylu. To z pracą na swoim jest identycznie – bywa cudownie, ale często chce się… Powiedzmy, że trzeba czasami mieć pod ręką chusteczki higieniczne i się wypłakać, a na co dzień okazuje się, że rośnie zasób słów niecenzuralnych. Ale etat już stanowczo nie dla nas, nie zamienilibyśmy się, nie wytrzymalibyśmy. A to jest w sumie jest najlepsza laurka, jaką możemy wystawić swojej pracy.

PS. A dlaczego powstał ten tekst? Bo dzisiaj jest niedziela i o 6:20 siadałam do kręcenia filmów do kolejnego tutorialu, czyli w sumie siadałam do pracy. Bo tak chciałam, bo wiedziałam, że będę miała spokój i że jak zrobię to dziś, to w ciągu tygodnia Andrzej może się zająć sprawami technicznymi, już nie czekając na materiał zdjęciowy. Bo dawno przestałam tak radykalnie dzielić dni robocze i dni weekendu, ale niesamowicie fanatycznie pilnuję tego, żeby każdego dnia mieć czas na oddech i rzeczy dalekie od pracy. I bardzo doceniam to, że tak mogę.

21 komentarzy

  1. Graszka 3 lipca 2022 at 1:42 pm- Odpowiedz

    Zgadzam się z tobą całkowicie. Pracowanie na swoim, to jednocześnie szef, pracownik,tragarz,fotograf,księgowy i tak dalej można wyliczyć. Myślę że trzeba mieć dużo samozaparcia,aby wykonywać taką pracę, nie wiem czy dałabym radę.
    Moja córka pracuje na swoim,i muszę ci powiedzieć że jak odwiedzam ich to ma o wiele mniej czasu na bycie ze mną niż przedtem.
    Podziwiam was i szanuję.

    • ik 3 lipca 2022 at 1:47 pm- Odpowiedz

      Ja się zawsze śmieję, że jak się jest na swoim to na wizytówce można wpisać wszystkie nazwy stanowisk i będzie i Dyrektor, i Magazynier, i Sprzątacz.
      Ja zawsze bardzo zachęcam do działania na swoim, ale jednocześnie nie lukruję i nie podkreślam, że to takie cudowne. To jest i świetne, i beznadziejne, ale jeśli ktoś czuje, że chce, to uważam, że niech próbuje i sam oceni. Pozdrowienia dla córki i niech jej się wiedzie jak najlepiej!

      • Graszka 3 lipca 2022 at 10:44 pm- Odpowiedz

        Dziękuję w jej imieniu!

  2. Kola 3 lipca 2022 at 9:03 pm- Odpowiedz

    No cóż, ja się mogę rencyma i nogyma podpisać pod tym, co napisałaś :) Na etacie byłam w życiu przez bardzo krótki czas po studiach, od 9 lat jestem na swoim – różnym „swoim”, bo najpierw z mężem (od paru lat już byłym) razem rozwijaliśmy działalność z jego branży. I tak przy jego outsorcingu IT ja się przekwalifikowałam z chemiczki na… robienie stron internetowych, a przy okazji ogarniałam papierologię, księgowość, zamówienia sprzętu, ściąganie należności od klientów, odbiór/dowóz do klientów, stawianie systemów i inne proste rzeczy informatyczne, i 5796374 innych rzeczy:) Naprawdę, moja wizytówka wtedy miałaby format A4;))) Po rozwodzie wróciłam „do korzeni”, i robię to co umiem, co sprawia mi frajdę, daje satysfskcję, i co najważniejsze pozwala na elastyczność, którą muszę mieć, będąc jedynym kierowcą (zakupy, lekarze, i inne akcje w trybie MAYDAY) moich dwóch babć przed 90.
    I mam wielką nadzieję, że już nigdy nie będę musiała mieć szefa :) Zdecydowanie wolę w razie czego zwalać winę na siebie, niż – dyplomatycznie rzecz ujmując – się w duchu gotować z powodu czyichś irracjonalnych decyzji…

    • ik 4 lipca 2022 at 5:13 am- Odpowiedz

      Rozumiem w pełni. U nas ta wizytówka dzieli się na pół, ale i tak powinna być formatu A5. A przy okazji – wobec wizytówek i tego, co tam napisane, to mamy tak ambiwalentny stosunek, że aż miło. Ale za to wiemy z doświadczenia, że możesz być szefem agencji reklamowej latami i to takiej, która odnosi sukcesy, ale dopiero wizytówka z odpowiednim napisem, po angielsku koniecznie, zrobi na niektórych wrażenie… Kartonik wielkości pudełka od zapałek określa Twoją wartość w oczach niektórych, co to pozory dla nich ważniejsze niż cokolwiek. Dlatego róbmy sobie te wielkie wizytówki, piszmy tam wszystko, tylko po angielsku, żeby nawet sprzątacz powierzchni poziomych brzmiało dumnie :))))))

      • Kola 4 lipca 2022 at 6:56 am- Odpowiedz

        Bo angielski tytuł stanowiska na wizytówce: +100 w kategorii „prestige” ;))))))
        W tych informatyczno-graficznych czasach oprócz przyzwoitej wizytówki (wymyśliłam jedną, dwustronną – dwie strony/twarze tej samej firmy) machnęłam projekt takiej jajcarskiej, z wydumanymi dętymi tytułami, i teraz aż żałuję, że przepadł w mroku dziejów;)))

  3. Alva 4 lipca 2022 at 7:45 am- Odpowiedz

    Nie mam firmy, działam na umowach o dzieło, ale ciągle słyszę, że „to nie jest prawdziwa praca” :))) I tak od dziesięciu lat.
    A pod całą resztą się podpisuję wszystkimi kończynami. Fakt, że najtrudniej było wprowadzić dyscyplinę, bo mam ogromne tendencje do odkładania na później – no bo jak nie zdążę w tygodniu, to zawsze weekend zostaje, nie? No własnie nie, bo wtedy szybko się okaże, że nie pracuję w domu, tylko mieszkam w pracy. W rezultacie mam doskonałą organizację pracy, za to całkiem spory burdelik w części prywatnej :))
    Niestety, chyba nadchodzi koniec dobrego i muszę poszukać „normalnej” pracy, bo w obecnej sytuacji tłumaczka języka rosyjskiego to raczej nie jest przyszłosciowy zawód :/

    • ik 4 lipca 2022 at 10:29 am- Odpowiedz

      Jak słyszę, że coś nie jest prawdziwą pracą, to zawsze mam ochotę zapytać: „A jaką, na niby?” Pieniądze z tego są? Są. Obowiązki są? Są. Terminy są? Są. To o co chodzi. Starsze pokolenie najpierw nie mogło zrozumieć, że jak ktoś zmienia miejsce pracy to dlatego, że chce, a nie że go wyrzucają, bo oni przez całe życie w jednej firmie i to było postrzegane jako sukces. Ale świat się zmienił i jedna firma w CV to teraz ewenement. A potem mamy te „nieprawdziwe prace”. Też za kilka lat to się zmieni, ale póki co, trzeba tłumaczyć cierpliwie, że etat to nie jedyna możliwość.
      Pięknie to określiłaś, że można pracować w domu, ale lepiej nie mieszkać w pracy. Nam się taki okres przydarzył i to było mocno stresujące, ale i nauczyło nas stawiania granic i honorowania ich, żeby jednak praca i dom miały swój czas i swoje przestrzenie.
      A co do tłumaczeń z rosyjskiego, to ja bym się tak nie nastawiała, że to koniec, może się okazać, że będziesz musiała rozważyć zmianę tematyki tłumaczeń, ale nie sądzę, że nagle zapotrzebowanie na osoby znające rosyjski wyparuje jak strumyk w letnie upały. Niezależnie od sytuacji, trzymam kciuki, żeby udało się zarabiać tak, jak Ci to naprawdę odpowiada!

  4. Halina 5 lipca 2022 at 5:48 am- Odpowiedz

    Dobrze mówi, dać mu… pochwałę – prawdę napisałaś. Trzeba móc się zorganizować, żeby samego siebie zmotywować do pracy. Nie każdy potrafi.

    • ik 5 lipca 2022 at 6:05 am- Odpowiedz

      Nie każdy. Ja czasami myślę, że to jest główna cecha, bez której o własnej działalności nie ma mowy.

  5. Ula Hahnoma 5 lipca 2022 at 7:41 am- Odpowiedz

    A ja uważam, że najtrudniej to jest wymyślić, co się będzie robić, i czy da się z tego utrzymać (czyli, czy będzie zapotrzebowanie). Jestem teraz na takim rozdrożu i prowadzimy z mężem burze mózgów, bo w sumie wiedza i umiejętności przez szereg lat się zgromadziły z wielu zakresów, ale co to miało by być? Jeden pomysł jest – ale jest też wiele obaw i niepewności: czy się uda, czy udźwignę, czy będzie zainteresowanie, czy starczy mi czasu, bo człowiek młodszy się nie robi, czy nie wtopię majątku i zostanę z niczym… Mąż od ponad 10 lat prowadzi swoją firmę i nieustanie go podziwiam za samodyscyplinę, zorganizowanie i zmotywowanie – i tym bardziej mam wątpliwości, czy ja bym tak potrafiła.

    • ik 5 lipca 2022 at 7:50 am- Odpowiedz

      Nawet nie będę próbowała „się mądrzyć”, jak zdecydować, kiedy wiesz na pewno, bo to jest taka decyzja, że nawet, jeśli trzy osoby, ci podpowiedzą, jak decydować, kolejne trzydzieści powie, że na bank dasz radę, a trzysta zapewni, że będzie Twoimi klientami, jak już zaczniesz, to i tak cały stres i odpowiedzialność zostanie i będzie jak menhir na głowie.
      Ale jedno Ci opowiem. My też teraz jesteśmy na takim zakręcie, mniejszym, bo nie chcemy rewolucji, ale ewolucję i od roku rozmawiamy, burzymy te mózgi, wpadamy na genialny pomysł i po tygodniu dochodzimy do wniosku, że to droga do bezdomności, a nie do sukcesu. I jakieś dwa tygodnie temu, przy przypadkowej rozmowie o czymś innym Andrzej rzucił uwagę „off topic”, a ja normalnie miałam poczucie, że nam się pomysł zakorzenił, rozrósł w ciągu sekundy w sekwoję i że to jest to. A po tygodniu nadal uważamy, że to ma sens (oczywiście już z małymi poprawkami, bo jakżeby nie). Dlatego mogę Ci tylko powiedzieć, że jak to będzie to, to poczujesz, że się boisz, że masz wątpliwości, czy udźwigniesz, ale jednocześnie ekscytacja będzie tak wielka, że będziesz dosłownie widziała siebie w tym „nowym”. I tego Ci życzę! I trzymam kciuki! Pozdrowienia dla męża!

  6. Anonim 5 lipca 2022 at 9:23 am- Odpowiedz

    Ja tak z mężem już wiele lat….. Czasami jest trudno ale chyba już nie wyobrażam sobie inaczej.

    • ik 5 lipca 2022 at 9:48 am- Odpowiedz

      My już raczej też nie, chociaż czasami masz rację, bywa trudno.

    • Małgorzata 6 lipca 2022 at 9:08 am- Odpowiedz

      Zagapiłam się i wyszedł anonim :)

      • ik 6 lipca 2022 at 10:16 am- Odpowiedz

        No to już nie, już wiadomo od kogo :))))

  7. Urszula 7 lipca 2022 at 9:50 pm- Odpowiedz

    Ja nie jestem na swoim. Ale pracuję naukowo, czyli mam nienormowany czas pracy. Nie mam szefa, ale sama jestem szefem. Z pracy nie wychodzę nigdy. Kocham swoją pracę, ale czasami chciałabym zostawić ją za zamkniętymi drzwiami. Żyję w wiecznym przekonaniu, że mogłabym więcej. Więcej przeanalizować, więcej zbadać, więcej napisać. A do tego zrobić to lepiej. Nigdy nie mam wszystkiego zrobionego tak, jakbym chciała. Bo jeśli mam napisane, to mam pandemonium w domu. Jeśli ogarnę dom, to publikacja leży i kwiczy. A może zamiast ogarniać działkę i kocyk szydełkowy powinnam udoskonalić wykłady? Zwłaszcza te po angielsku? I czy zdecydować się na kolejną recenzję, czy może wreszcie przyznać NIE DAM RADY, KURKA, JESTEM TYLKO CZŁOWIEKIEM!!! W dodatku mam rodzinę, zwierzaki, pasje, czasami choruję, czasami potrzebuję zapaść się w nicość.
    Moja praca jak i praca na swoim nie dają tego komfortu. Ale w moim odczuciu plusy dodatnie przeważają.
    Twierdzę tak, choć mam naprawdę trudny okres w życiu, nie doganiam własnego ogona i jestem o krok od popadnięcia w depresję. Już kiedyś na to chorowałam. po roku farmakoterapii mniej-więcej wyszłam, ale bestia czai się za rogiem. Sytuacja nie sprzyja komfortowi psychicznemu, nie wiem, czy podołam…..

    • ik 8 lipca 2022 at 5:22 am- Odpowiedz

      To poczucie, że można więcej, lepiej, że w ogóle non stop coś trzeba robić, bywa przytłaczające, a jednocześnie tak trudno się go pozbyć. Ale powtarzanie sobie, że jest się tylko człowiekiem a nie cyborgiem lub stachanowcem bywa zbawienne. I mam wrażenie, że jako kobiety mamy znacznie częściej wrażenie, że musimy ogarnąć wszystko – i dom, i pracę, i hobby. I to nie jest albo-albo, to jest konieczność.
      A co do ostatniego akapitu, to przytulam mocno i cicho szepnę, że może zanim naprawdę to będzie krok od popadnięcia w depresję, to warto poszukać pomocy i może znowu pozwolić, żeby leki pomogły robić te kroczki do przodu, powolutku.

    • aśka 17 lipca 2022 at 6:54 am- Odpowiedz

      Jak ja to wszystko rozumiem. Także depresję. Jednakże nie mogę rzucić wszystkiego i wyjechać w Bieszczady, choć takie rady też słyszałam ….

      • ik 17 lipca 2022 at 7:48 am- Odpowiedz

        To wyjeżdżanie w Bieszczady to też nie jest takie bezstresowe, więc takie rady często są po prostu rzucane bez zastanowienia i są bez sensu.

        • aśka 18 lipca 2022 at 5:38 pm- Odpowiedz

          Wiem Agnieszko, jestem realistką. Zdaję sobie też sprawę z obciążeń jakie na mnie czyhają w pracy i coraz częściej zastanawiam się czy dotrwam do emerytury.

Zostaw komentarz