Na początek będzie dygresja (jeśli ktoś nie ma ochoty, to od razu przeskakuje do drugiego akapitu, gdzie będę niespiesznie przechodzić do sedna). Ja już się gdzieś przyznawałam, że często czytam tematycznie, „kupkami książkowymi”, wyłapując sugestie tematów z obecnej lektury i szukając, co mogę sobie dołożyć o czymś pokrewnym. Uwielbiam takie podejście, bo mam wrażenie, że się zanurzam w czymś po czubek głowy i nie wychodzę, dopóki nie mam tematu po przysłowiową kokardkę. Ale miewa to minusy, bo można kilka miesięcy czytać o Troi i nadal nie skończyć wykreślać z listy, co by tu jeszcze sobie doczytać/dosłuchać. Zatem trzeba mieć w sobie umiejętność powiedzenia „basta!” i przejścia do innego tematu.

Czytanie książek o archeologii zaowocowało rozmową z mężem, który stwierdził, że w sumie, to on niewiele wie o tym okresie i historii w miastach między Eufratem a Tygrysem, bo – cytuję – „Egipt się w szkole przerabiało do wypęku, ale o reszcie, to tak jakoś niewiele.” A ja takie stwierdzenia traktuję jak wyzwanie, bo uwielbiam dostarczać Andrzejowi lektur, które akurat mu się zamarzą*** i tak wdepnęliśmy do Asyrii i Babilonii w wersji rozrywkowej jako rozszerzenie mojego archeologicznego okresu czytelniczego.

A zatem, gdyby ktoś chciał przespacerować się po głównej ulicy Babilonu, zwanej Ulicą, Której Oby Nigdy Nie Deptał Wróg albo kilka wieków wcześniej przejść drogą procesyjną Niniwy, która zwana była – głęboki oddech i recytujemy – Ulicą Potężnego i Wszechmogącego Boga Aszura, Pana i Władcy Całej Asyrii, to może razem z nami sięgnąć po powieści Jerzego Edigeya. Czytaliśmy „Króla Babilonu”, „Strzałę z Elamu” i „Szpiegów króla Asarhaddona”.

Plusy – powieści dla młodzieży, więc pisane lekko, z mnóstwem informacji o historii i życiu w ówczesnych miastach i wsiach, ale wiedza ta podawana jest mimochodem, nie ma całych długich i sucharowatych wykładów historycznych, wszystko ukryte w dialogach i krótkich opisach. Do tego pan Edigey miał bardzo specyficzne poczucie humoru i nie szczędził go w tym starożytnym cyklu, więc od czasu do czasu wybucha się śmiechem, szczególnie w momentach, kiedy kupcy próbują pozować na szlachetnych, uczciwych i prawych, co to ostatnią koszulę oddadzą, żeby ich klienci były zadowoleni, a gdyby się dowiedzieli, że sprzedali coś niskiej jakości, to sobie głowy ogolą i pójdą na kolanach do jakiejś odległej świątyni (autor był prawnikiem i ewidentnie widać, że stanu kupieckiego nie darzył niczym, ale jego lekka awersja jest naprawdę zabawna). Minusy… W sumie znaleźlibyśmy jeden – Andrzej to dobrze określił, że autor zrobił raz potężny „risercz”, a potem czerpał z niego w kolejnych powieściach i tak pojawiają się te same imiona, chociaż akcja jest od siebie odległa o kilkaset lat, opis krzesła jest identyczny w dwóch książkach, ale tu można się mniej czepiać, bo chodziło o krzesło stojące w tym samym pałacu, a tyłek sadzał na nim wojskowy tej samej rangi, tylko znowu – opowieści dzieli kilka wieków. Ale to się rzuca w oczy i uszy tylko, kiedy czyta się wszystko jedno za drugim, co czyniliśmy. I możemy się oboje podpisać pod stwierdzeniem, że nam się pan Edigey podobał, a ja przy okazji sprawdziłam, czy to, co czytałam dziecięciem będąc, nadal bawi i uczy (tym bardziej, że pozostało mi mgliste wrażenie i żadnej pamięci o bohaterach i akcji).

A potem okazało się, że w królestwie planszówek też sobie „pobabilonimy”. Znowu będzie dygresja (czyli można ominąć akapit).

U nas to jest tak, że ja jestem komputerową bazą danych o książkach, które posiadamy, ale za to w sferze planszówek nie mam pojęcia, co mamy i tutaj za katalog na dwóch nogach robi Andrzej, który wie i ogarnia. A planszówki mamy od niedawna ułożone w nowym miejscu, na widoku, stały się elementem ozdobnym, bo trafiało mnie, że mamy je pochowane po szafach i jak trzeba coś znaleźć, to się robi ekspedycja i układa się potem tego pudełkowego tetrisa od nowa za każdym razem. Zaordynowałam wywleczenie większości z czeluści szaf i ułożenie w dużej wnęce, będącej tylną ścianą kuchennego blatu, od strony salonu. Pasują idealnie, a ja sobie idę na przykład z pracowni do kuchni i rzucam okiem, co mnie tam urzeknie jako rozrywka na weekend.

No i mi się rzuciło w oczy, że mamy planszówkę „Ishtar. Ogrody Babilonu”, na pytanie, co to jest, Andrzej stwierdził, że to takie w miarę nieskomplikowane, buduje się ogrody, drzewka sadzi, kamienie szlachetne zbiera, możemy zagrać. I powiem Wam, że to jest świetna gra. Rzeczywiście na wyznaczonym terenie, ograniczonym nieco przez przeszkody naturalne w postaci kamieni i innych takich, buduje się ogrody, z kwietnikami, fontanną, drzewami i asystentami ogrodnika. Rozgrywka jest etapowa, prosta, jasna i nawet dziecko zrozumie zasady, więc „Ogrody” świetnie nadadzą się na grę rodzinną. I co ważne, to taka rozgrywka, gdzie bardziej się gracz skupia  na budowaniu własnego „kwietnego imperium na pustyni ku chwale bogini”, niż próbuje nabruździć przeciwnikowi. Wprawdzie to nie gra kooperacyjna i małe kuku współgraczom zrobić można, ale to nie jest główny cel, a ja takie planszówki uwielbiam, gdzie się człowiek nie próbuje wzajemnie zatłuc.

*** Potem mu się zamarzyło poczytać coś o Wikingach i to marzenie też właśnie spełniamy, ale „o tem potem”.

4 komentarze

  1. anonimowa72 12 maja 2022 at 12:46 pm- Odpowiedz

    Aga, zawyżasz poziom:). Mnie to motywuje. Dziękuję.

    • ik 12 maja 2022 at 1:01 pm- Odpowiedz

      A proszę bardzo, ale dlaczego zawyżam (z ciekawości pytam)!

      • anonimowa72 12 czerwca 2022 at 12:49 pm- Odpowiedz

        Bo czytasz nieoczywiste książki.

        • ik 12 czerwca 2022 at 2:34 pm- Odpowiedz

          Aaaaa, rozumiem. To fakt, ale ja tak mam od dziecka i pewnie mi do śmierci nie przejdzie.

Zostaw komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi