Wspomnienie z dzieciństwa – dźwięk dużych, krawieckich nożyczek tnących gruby materiał na wielkim stole. Tak charakterystyczny, że do dzisiaj, kiedy sama czasem coś kroję wielkimi nożycami na płaskiej powierzchni, wywołuje to jakieś pierwotne emocje, wspomnienia domu, wieczorów, kiedy już prawie zasypiałam, ale półprzytomna bawiłam się pod tym stołem, słuchając dźwięków cięcia i szycia. Drugie wspomnienie „audio” – dźwięk maszyny do szycia, ale nie takiej zwykłej, tylko starego Łucznika, do którego jest zamontowany silnik od pralki Frani, żeby maszyna szła jak po maśle przez najgrubsze materiały (tata nie bawił się w subtelności). Stara rodzinna opowieść o tym, że dziecko (czyli ja) nauczyło się liczyć do stu pięćdziesięciu, bo potem mi się skończył centymetr podkradziony mamie. Zapach materiału prasowanego gorącym żelazkiem przez mokrą szmatkę, do dziś kojarzy mi się z domem rodzinnym. Stary Singer, taki z pedałem, na stoliku z kutymi ozdobami, który był moją pierwszą maszyną do szycia… I tu się zatrzymajmy.

Moi rodzice mieli w swoim zawodowym życiu dość długi epizod prowadzenia zakładu czapniczego. Tata był dyplomowanym czapnikiem, mama umiała uszyć wszystko, czapki nie były wielkim wyzwaniem. Pracowali w domu, więc ja się wychowywałam między belami materiału, maszynami pachnącymi smarem, wielkimi, ciężkimi, ostrymi nożycami, szpilkami, które w tamtych czasach wcale nie musiały być ostre. I guziki! Jako małe dziecko kochałam guziki i dostawałam je do zabawy w ilościach niesamowitych. Zdobywane sposobem, przywożone przez znajomych, kupowane na targach, kolorowe, przeróżne, małe i wielgachne. Uwielbiałam je! I pudełka, w których były przechowywane – wielkie, drewniane pudła z przegródkami.

I teraz wyobraźcie sobie, że moja mama zrobiła coś, na co ja bym się pewnie wobec dziecka w tym wieku nie zdecydowała, bo bym umarła z przerażenia, że sobie łapki przeszyje igłą, wyląduje na pogotowiu, a pani z opieki społecznej przyjdzie i niegrzecznie zapyta, czy mnie jako rodzica pogięło całkowicie… Ledwo nogami sięgałam do tego singerowskiego pedału, miałam pewnie coś koło pięciu lat, może nawet niecałe i szyłam! Na prawdziwej maszynie, „dorosłej” i to nie szyłam czegoś na próbę. Zszywałam kawałki podszewek do czapek, takie długie odcinki, które później stawały się częścią sprzedawanych męskich nakryć głowy. I ewidentnie musiałam robić to równo i porządnie, bo nikt nigdy mnie od tej maszyny nie pogonił. Niczego nie poprawiał. I nauczyłam wtedy się szyć „seriami” bez odcinania nitki na bieżąco, tylko lecąc bez przerwy i dzieląc poszczególne zszyte elementy dopiero na końcu. Nauczyłam się, że trzeba machnąć kółkiem, żeby maszyna łatwiej zaczęła szyć (zostało mi do dziś). Że lepiej przytrzymać nitki, jak się zaczyna szyć, żeby się nie wplątały na samym początku w bębenek (jaki bębenek w tym Singerze był cudownie piękny!). I że jak się człowiek ukłuje igłą podczas szycia ręcznego, to znaczy, że się tworzona rzecz będzie podobać (w co też wierzę do dziś).

I teraz jest ta najdziwniejsza część. Ja się w sumie nigdy od żadnego z rodziców nie uczyłam szyć. Ja patrzyłam i chłonęłam. Wiedza i odruchy dosłownie wnikały we mnie przez osmozę. Mama nigdy mnie nie posadziła, żeby „dać mi lekcję szycia”. Jak stwierdziłam, że chcę sobie uszyć spódnicę (miałam jakieś dziesięć lat), to najpierw dostałam książkę „Nastolatka szyje sama”, na podstawie której, dodając, odejmując i dzieląc pod kreską i na kartce, przygotowałam wykrój, a potem, wprawdzie z rodzicielką gdzieś obok, ale szyłam, pytałam, prułam i wykańczałam. To trochę tak, jak z tymi opowieściami, jak to rodzice uczą pływać, wrzucając na głęboką wodę i uznają to za najefektywniejszy sposób. U mnie podobnie było z szyciem. W maminej asyście uszyłam w swoim życiu słownie dwie sztuki odzieży. I byłam „świadkiem” szycia setek spódnic, sukienek, bluzek, spodni, poszewek. Czasem pytałam, czemu tak, a nie inaczej i dostawałam odpowiedź.

I co najciekawsze, ja zawsze miałam poczucie, że umiem szyć mimo, że nie szyłam prawie wcale! Że to jest taka umiejętność, która po prostu krąży w moim DNA, idzie przez pokolenia i mnie nie ominie. Jako nastolatka nie siadałam do maszyny. Jako osoba dorosła, już posiadaczka własnej maszyny, siadłam i uświadomiłam sobie, że w sumie, to fakt, że jestem córką cenionego w swoim czasie czapnika i wychowałam się w „szyjącym” domu, jeszcze o niczym nie świadczy i może ja jednak szyć nie umiem. Mało tego, może ja się nie nadaję. I tu nastąpiła magia. Przygotowanie maszyny do szycia, nawleczenie i takie tam – jakby mnie ktoś za rękę prowadził. A potem stanęłam, skroiłam, siadłam, uszyłam, wykończyłam, czego nie wiedziałam, to sobie dooglądałam w książkach i poradnikach (to nie były czasy jutubowe) i dosłownie miałam wrażenie, że wyciągam z głowy i dłoni wiedzę, umiejętności, odruchy, które po prostu we mnie są. Od pokoleń czy z dzieciństwa? Nie wiem. Ale są. Ja po prostu wiem, jak to zrobić. Do dzisiaj, siadając do maszyny, mam poczucie tej magii, która wtedy nastąpiła. Potężnej magii odkopywania wspomnień tego, co robili rodzice, ich dłonie, nożyczki w ich rękach, maszyna posłuszna jak przedłużenie ramion.

I w sumie to się cieszę, że mnie nie „uczono”, że nikt we mnie nie wdrukował zasad, nie powkładał mi do głowy, że tak trzeba, a tak nie można, że nie skrzywił się na moje czasem szalone pomysły, tylko miałam możliwość testowania ich samodzielnie i odkrywania, co działa, a co skończy się katastrofą. Dzięki temu szycie jest dla mnie wiecznym, potężnym „freestylem” bez granic. Ja nie zadaję sobie pytania, czy tak można, ja czasem zapytam siebie, czy to się uda, a jeszcze częściej, jak to zrobić, żeby coś wyszło.

A kiedy dzisiaj zdecydowałam, że powstanie ta wspominkowa historia, to uświadomiłam sobie coś jeszcze. Ze wszystkich moich „działań twórczych” szycie daje mi największe poczucie „flow”, tego osławionego stanu na pograniczu satysfakcji i euforii, kiedy oddajemy się jakiejś czynności całkowicie i radośnie. Szycie powoduje, że przestaję zwracać uwagę na upływ czasu, zapominam, że trzeba pić, bo się odwodnię, przestaję słyszeć audiobooka w słuchawkach (dlatego przy szyciu najczęściej słucham muzyki i na dodatek śpiewam… i to głośno, przepraszam sąsiadów!), nie chcę skończyć, chcę jeszcze kawałek doszyć, przeprasować, przestebnować.

A jednocześnie szyję tylko wtedy, kiedy czuję się psychicznie dobrze, bezpiecznie i spokojnie. To swoisty barometr mojego samopoczucia – Aga przy maszynie oznacza, że jest lepiej niż dobrze. I właśnie szyję :))))

19 komentarzy

  1. Edi-bk 14 czerwca 2022 at 6:56 pm- Odpowiedz

    Aga, jak Ty umiesz pięknie snuć opowieści 😍. Ja się właśnie uczę szyć na maszynie i mam z tego taką frajdę !!! A jak Ty masz z szyciem tak ja mam z szydełkiem, jest przedłużeniem ręki . I też tylko babcię obserwowałam, nikt mnie nigdy nie uczył.
    Serdeczności

    • ik 15 czerwca 2022 at 4:18 am- Odpowiedz

      Dziękuję, ta opowieść snuła się sama, bo akurat wspomnienia z tego wczesnego dzieciństwa, te związane z materiałami, szyciem, ale też ogrodem, bawieniem się latem w balii z wodą kolorowymi buteleczkami i kilka innych, są jak dobrze zapamiętana bajka. Ale bardzo dziękuję!
      U mnie szydełka uczyła mama, drutów babcia i tu pamiętam, że ktoś siedział ze mną i pokazywał, pilnował, co robię i poświęcał czas. Ale jak widać obserwowanie kogoś, kto coś robi czasami wystarczy.

  2. Monika 14 czerwca 2022 at 7:13 pm- Odpowiedz

    Moja babcia była krawcową, miała starego Singera – chyba nie mogłam go ruszać, druga babcia była szwaczką, nie miała maszyny – szyła ręcznie (nawet pościel), ciocia szyła zawodowo i miała maszynę, ale mnie z dzieciństwa został zachwyt materiałami (wypakowane ścinkami torby – ile lalek można obszyć) i słabość do guzików (w pudełku po landrynkach.
    Szyć nauczyłam się od męża i nie cierpię tego robić. Uszyłam w życiu trochę, wyniki może były nie tyle wybitne, ale przyzwoite. Lubię materiał, lubię jak z chaosu powstaje forma, ale czuję się przy maszynie uwięziona, powstrzymywana, ja bym chciała już, w sekundę, wiem że tak się nie da, ale i tak się złoszczę.
    Dziwne, bo do robienia na drutach, co jest procesem z natury powolniejszym, mam cierpliwość anielską. Tu mnie nie złości, że oczko po oczku trzeba. Dzięki za ten wpis i podzielenie się tym chrzęstem nożyc, który też uwielbiam, jak zresztą wszystkie akcesoria – szpilki, szpulki, agrafki, koronki, tasiemki, guziki. Tylko samego szycia nie. :)

    • ik 15 czerwca 2022 at 4:25 am- Odpowiedz

      Ja miałam zakaz ruszania maszyny taty, nawet zbliżania się do niej, ale i tak mnie jej zelektryfikowanie przerażało, więc się nie rwałam, wolałam tę „bezpieczną” z pedałem. Co ciekawe, piszesz o zachwycie materiałami, ja akurat tego nie pamiętam, ale może dlatego, że męskie czapki to raczej materiały mało intrygujące dla kilkulatki. Za to pamiętam materiały kupowane jakimś cudem na kapelutki dla dzieci – kolorowe, w jakieś zwierzątka i postacie, to było jak bajka.
      I wbrew pozorom doskonale rozumiem to, że maszyna może Ci dawać poczucie ograniczenia i że jest powoli. Ale jeśli kiedyś będziesz chciała przetestować czy nie da się poczuć też szaleństwa, to spójrz na rzeczy robione jako „patchwork as you go”, czyli tworzenie swojego materiału z tych cudownych kawałeczków właśnie. Tam szyjesz szybko, dodajesz kolejne kawałki tak, jak Ci w duszy gra, dohaftujesz coś maszynowym ściegiem lub nie, dołożysz koronkę, tasiemkę, sznurek. To jest jak malowanie na maszynie. Dla mnie bomba :))))

  3. Monika 15 czerwca 2022 at 7:38 am- Odpowiedz

    Patchwork mówisz, próbowałam już różnych rzeczy i motywacji, zdarzało mi się zapamiętać w szyciu, ale chyba muszę usiąść i rozebrać tę niechęć, zobaczyć co ma w środku i co mi przeszkadza. Może rozległy warsztat, bo to maszyna, stół krojczy, deska do prasowania, żelazko – z książką czy z drutami siadam w fotelu i jestem skompaktowana.
    Dobrze byłoby się polubić z szyciem, bo po śmierci teściowej uratowałam całe szafy wełen, adamaszków, haftowanych poszewek, lnianych obrusów – dobrze byłoby dać im drugie życie.
    Czapnik, jakie to fajne słowo. :)
    No tak, bajka – nie zapomnę reakcji mojej niespełna trzyletniej wnuczki, kiedy otworzyłam pudełko z tasiemkami. Chyba Ali baba był mniej zachwycony Sezamem. Babciu, jakie to piękne, babciu jaka jesteś dobra, a to jak mi się podoba! W robótkach jest moc, nie sądzisz? :)
    I w etymologii, mnie ostatnio oszołomiła historia Sezamu, powinnam ją zgłębić. Bo to ponoć nie było „Sezamie, otwórz się” ale „Sezamie, otwórz” Maleńkie ziarno sezamu, kiedy wpadnie w szczelinę i wykiełkuje, potrafi rozsadzić każdą skalę. :)

    • ik 15 czerwca 2022 at 10:03 am- Odpowiedz

      Dla takiego małego dziecka tasiemki, koronki to z jednej strony kolorowa bajka, a z drugiej dość „dorosłe”, więc ekscytacja podwójna :)))
      Porównanie drutów i szycia w sferze, ile zajmuje przygotowanie do pracy i sprzątanie po sobie, zawsze będzie dla szycia czy nawet tkania mniej korzystne. Bo dzisiejszy poranek spędziłam na tysiącu rzeczach, ale udało się zrobić jakieś sześć rzędów kolejnego projektu, a do szycia szykuję się po południu i wiem, że zniknę do wieczora. Możesz mieć rację, że to rozkładanie, ilość rzeczy, sprzątanie potem po sobie może Cię zniechęcać. U mnie to zniknęło, kiedy pojawiła się pracownia, którą zawsze mogę zamknąć i nie muszę oddawać stołu „do kolacji” :)))))
      A patchwork wypróbuj, tylko nie ten klasyczny, bardzo wymagający rygoru, ale ten „freestylowy”, który zostawia tylko radochę łączenia nieoczywistych kawałków.

  4. anonimowa72 15 czerwca 2022 at 10:37 am- Odpowiedz

    Pięknie opowiedziane. Dziękuję.

    • ik 15 czerwca 2022 at 11:18 am- Odpowiedz

      Proszę bardzo!

  5. anonimowa72 15 czerwca 2022 at 10:39 am- Odpowiedz

    Bardzo się cieszę, że u Ciebie lepiej niż dobrze. ♥♥♥

    • ik 15 czerwca 2022 at 11:19 am- Odpowiedz

      Lepiej, dobrze, świat bywa piękny dość często :)))

  6. Kola 16 czerwca 2022 at 8:09 am- Odpowiedz

    Po pierwsze – jak to dobrze, że jest lepiej niż dobrze!!

    Po drugie – tak genialnie ten obraz słowem namalowałaś, że mnie się też przypomniał ten dźwięk nożyc z dzieciństwa… W moim przypadku wzbogacony o stukanie metalowych nożyc o szybę na ławie, która Babci służyła za stół do krojenia…

    Po trzecie – jak pewnie pamiętasz, dzięki Twojej radzie od wiosny mam takiego Singera jak Ty, i po kilkunastu latach nieszycia wcale w końcu szyję na swoim, czuję się kapitanem i okrętem, płynę gdzie chcę, i żaden nawigator mi przez ramię nie zagląda :) Miłość jest wielka, ale nadal nie jest to u mnie taki flow i poczucie wolności jak na drutach… Niby już parę rzeczy mi wyszło zgodnie z koncepcją (czyli narysowało mi się w głowie, bo wykroje są dobre dla innych;))), ale cały czas siadając do maszyny mam w głowie głos Babci „to nie tak, nie tak cię uczyłam!”… No i zamiast radośnie rozglądać się po oceanie możliwości, to zaczynam wypatrywać góry lodowej, o którą się lada moment niewątpliwie rozbiję przez olewanie zasad. Ta pewność siebie pewnie przyjdzie z czasem, ale nadal na liczniku mam zdecydowanie więcej kreatywnych i szalonych udziergow, niż uszytków, i to druty są moim naturalnym przedłużeniem ręki, i dają mi największe poczucie wolności:)

    Po czwarte – tego się nie zapomina;) Przyszła moja nowa maszyna, pełna wątpliwości czy dam radę wyjęłam z pudła… I pomimo że to inny model niż babcina, to ręce pamiętały:) Samo się podłączyło, nawloklo, ręce wiedziały gdzie stopka, noga sama znalazła pedał, i poszło!

    Po piąte – ja chyba (no dobra, nie chyba!) potrzebuję pracowni. Takiego miejsca, w którym bym mogła wszystko rozstawić, naśmiecić i o 3 w nocy zamknąć cały ten – pardon – pierdolnik, i mieć to gdzieś. Szycie jest najbardziej syfiarskim rękodzielniczymi hobby. Druty/szydełko nawet z milionem motków wrzucam w koszyk i tyle. A w trakcie szycia spódnicy z tony resztek jeansów pół mieszkania wyglądało nie pytaj jak… W salonie narozkładane pocięte jeansy, w kuchni na stole maszyna, wszędzie fruwające nitki i ścinki i pyłki… Aaaaaaaa! Jestem na przeciwnym biegunie niż perfekcyjna pani domu, ale to był level, który nawet mnie wkurzał;)

    • ik 16 czerwca 2022 at 9:06 am- Odpowiedz

      To ja się odniosę do „po piąte”, bo to przy szyciu okazuje się kluczowe i często u mnie było tym czynnikiem zniechęcającym. Ja jestem podobno krawcową niebałaganiącą. Obcięte nitki lądują w koszu, który stoi przy nodze, jak nasypię przy krojeniu, to przelecę rolką do ubrań powierzchnie, ścinki też od razu segreguję, co zostaje, co won. Czyli miejsce do szycia nie wymaga potem gruntownego sprzątania, ale i tak przypomina plac budowy – tu maszyna, to mata do cięcia, tu wywleczone wielkie pudła z nitkami czy wstążkami, tu dwa z materiałami, plus deska do prasowania, wielki generator pary i jeszcze zazwyczaj gdzieś pod ręką overlock, bo zazwyczaj tak mi szybciej lecieć wszystkie zabezpieczenia brzegów. Gdybym miała to wywlekać do kuchni… Chyba bym nie szyła. Albo raczej szyłabym nocami, kiedy już w tej kuchni nikogo nie ma. Pracownia rozwiązała wszystkie problemy. Ma drzwi! Mogę wyjść, zostawić wszystko nawet na trzy dni i nikt niczego ode mnie nie chce, nie żąda blatu do zjedzenia obiadu, nie krzywi się, bo się o coś potyka. I koty nie próbują pomagać bez nadzoru (bo z nadzorem pomagają chętnie i często). I mój wniosek jest taki – szyć można wszędzie, wymaga to tylko więcej lub mniej determinacji, ale pracownia lub zamykane pomieszczenie, które na chwilę może się nią stać, powoduje, że zyskuje się absolutny luz i brak presji. Jeśli tylko daje się takie miejsce wygospodarować, to warto, żeby to był nawet kąt w garażu.
      A co do „po trzecie”, to walcz z tym „nie tak cię uczyłam”, bo ta wewnętrzna cenzura będzie Cię blokować.

      • Kola 16 czerwca 2022 at 9:42 am- Odpowiedz

        Niestety miejsca na wygospodarowanie pracowni nie mam, oraz jestem typem, który jak tworzy, to nie patrzy gdzie wióry lecą;) Więc dupa do kwadratu, jak szyję to mieszka z nami Syfokles;))) Trudno;)
        Z wewnętrzną cenzurą walczę, ale jeszcze dużo wody w rzece upłynie, zanim osiągnę taki flow, jak przy drutach…

  7. Halina 18 czerwca 2022 at 7:42 am- Odpowiedz

    To dobrze, że szyjesz.

    • ik 18 czerwca 2022 at 8:24 am- Odpowiedz

      Też mnie to cieszy :)

  8. Urszula 19 czerwca 2022 at 8:52 pm- Odpowiedz

    Kochane, wtrącę się w dyskusję. Szycie to mały pikuś w porównaniu z moim niedawno odkrytym hobby – odnawianiem mebli. Tu dopiero jest bałagan!!! Bałagan szyciowy, jest taki …estetyczny (jeśli można tak powiedzieć o bałaganie). Kolorowy, subtelny, ładny po prostu. Bałagan okołostolarski to prawdziwy , przepraszam, syf. Tony pyłu, do tego często śmierdzącego, okropny brud, mnóstwo akcesoriów, dosyć mało kobiecych. Ale- kocham to. I czuję się jak Aga przy maszynie. Mąż już przestał się załamywać, nawet podbiera mi dłutko albo papier ścierny :)
    A, i znalazłam wspólny mianownik – ostatnio odnawiałam podstawę od maszyny do szycia, ewidentnie składak z dwóch rożnych, długo zastanawiałam się nad jej historią. Zawsze z szacunkiem podchodzę do rzeczy, które kiedyś były ważne dla kogoś, a teraz są u mnie. Może to zabrzmi dziwnie, ale czasami czuję coś na kształt błogosławieństwa i aprobaty od poprzednich właścicieli i od samych przedmiotów. Drugie życie mojej podstawy to stolik pod umywalkę. Wyszło ślicznie (oczywiście, jeśli się lubi takie klimaty).
    W przerwach, kiedy schnie albo trują się drewnojady – szydełkuję. Kocyk dla niemowlaka. Przy tych temperaturach to trochę absurdalne zajęcie :D
    Pozdrawiam

    • ik 20 czerwca 2022 at 5:14 am- Odpowiedz

      Podobno każda rzecz z historią zyskuje też duszę, więc to uczucie, że masz aprobatę, kiedy o nie dbasz, kiedy dajesz im drugie, a pewnie czasem i kolejne życie, jakoś mnie nie dziwi. To piękne, że masz takie podejście. Niedawno czytaliśmy powieść, gdzie krasnoludy były mistrzami rzemiosł wszelakich, ale ich szacunek do tego, co tworzyły zaczynał się od nadania każdej powstającej rzeczy imienia. A później kiedy się tej rzeczy używało, czy to rzeźbionego krzesła, czy emaliowanego kubka do piwa, to się zaczynało od wypowiedzenia imienia rzeczy, twórcy i prawienia komplementów – ja bym tak mogła :))))))

  9. Ula Hahnoma 20 czerwca 2022 at 3:00 pm- Odpowiedz

    Tata był tapicerem i dekoratorem, więc maszyna była i często się na niej szyło. Ja podglądałam, byłam dopuszczana i nawet parę sztuk nieskomplikowanej odzieży uszyłam. Jednak szycie pod nadzorem to była katorga, bo ja szyję lewą ręką – tzn. materiał prowadzę prawą, a kółko zamachowe muszę bujnąć lewą, no i tata zawsze się irytował, że nie tak, nie ta ręka. Ale mam to gdzieś – inaczej mi nie wygodnie, a i szyję bez nadzoru :-) Co do czystości szycia, to powiem Wam, że nitki i ścinki to pikuś. Szyłam spódnicę z czerwonego lnu – ile tam było czerwonego pyłu!!! Masakra, maszynę trzeba było odkurzać, nie tylko stół i okolicę!
    Coś w tym jest, że to jest w genach, w rękach, w głowie – wystarczy się nie bać, bo przecież tyle razy widziałam jak się nawleka. I siadasz do maszyny i powtarzasz te setki razy widziane ruchy.
    I to jest święta prawda – pracownia Cię nie ogranicza, daje swobodę, której nie będzie miał ktoś, kto musi zwolnic stół na kolację.

    • ik 20 czerwca 2022 at 3:39 pm- Odpowiedz

      Twój komentarz powinny sobie wydrukować i powiesić w widocznym miejscu osoby, które się wahają, bo się boją siąść i zacząć, a mają wrażenie, że może dałyby sobie radę, że wystarczy się nie bać i jednak zasiąść i machnąć tym kółkiem pierwszy raz.
      Len mnie nie zabił, szyłam dwie kiecki, ale z bardziej naturalnych kolorów, więc może w trakcie farbowania nie dołożyli pyłu z barwników. Ale napiszę Ci – sztruks!!! Co to jest za diabelstwo, co się zamienia w pył na każdym brzegu i też produkuje jakieś miliony mikro kłaczków. Ale używanie overlocka nieco uodparnia na tego typu bałagan, bo tam możesz grzeczną, czyściutką bawełnę przejechać po krawędziach i nagle okazuje się, że żyjesz w świecie mchu, paproci, pyłu i pyłku :)))))

Zostaw komentarz