Pod ostatnim wpisem o syndromie drugiego rękawa pojawiły się komentarze o tym, że dość często dokonujemy aktu autoprzekupstwa, świadomie nagradzamy się za to, że zagryzamy zęby i zajmujemy się czymś ekstremalnie niemiłym, trudnym, stresującym, obiecujemy sobie coś ekstra za coś wyjątkowo niefajnego. I tak sobie pomyślałam, że to jest strategia, która u mnie pojawia się regularnie, ale jednocześnie uświadomiłam sobie, że moje podejście do tego nagradzania się za coś bardzo się zmieniło i to zdecydowanie na lepsze.

Dawno, dawno temu, czyli jeszcze kilkanaście miesięcy wstecz, świadomość, że w ciągu dnia czeka mnie coś, co wywołuje we mnie odruch ucieczki, stresuje mnie i przerasta (przy czym to nie musiała być od razu wizja inwazyjnego badania lekarskiego, wystarczyła konieczność odbycia jakiejś koszmarno-urzędniczej rozmowy telefonicznej) powodował, że od razu czułam potężną potrzebę pocieszania się przed tym planowanym dramatem i nagradzania lub dalszego pocieszania po (zależnie od wyniku moich działań). Przy czym widziałam tylko jeden sposób – jedzenie i to najlepiej ze stuprocentową zawartością czekolady w czekoladzie. No, ewentualnie mógł być obiad z czymś makaronowo-ciastowo-pizzowym. Czy to pomagało zmobilizować się do tych niefajnych zadań? I tak, i nie. Bo w sumie napchanie się czekoladą przed, powiedzmy, rozmową telefoniczną nie dodawało mi jakoś szczególnie odwagi i pewności siebie. Jeśli mam być bardzo szczera, to dawało jedno – poczucie, że jestem napchana czekoladą i jest mi z tym źle, bo dokładam centymetry do swojego i tak szerokiego tyłka. Ale te kilka minut czucia ulubionego smaku w ustach było wizją kuszącą bardziej niż wizje hurys w raju. Poza tym, przecież dokonywałam jakiegoś bohaterskiego czynu, a bohaterowie zasługują na uznanie, najlepiej kaloryczne. I tak, przyznaję się do tego. Tak było. Długo tak było.

O jedzeniu, które pojawia się w naszych ustach, żeby zagłuszyć emocje, strach, stres, powstały całe tomy słowa pisanego i chyba nie muszę Wam tłumaczyć, że ja miałam świadomość, że robię coś, co ma bardzo słabą moc poprawiania mojego nastroju, a tak naprawdę, to robię sobie krzywdę i to nie tylko fizyczną (bo tyję), ale i psychiczną, bo jak liną okrętową wiążę dwie sprawy – jak stres, to jedzenie, jak strach, to jedzenie, jak złość, to jedzenie. A na dodatek powtarzałam sobie, że to i tak nie jest takie najgorsze, bo słowo jedzenie mogłam zastąpić słowem alkohol i dopiero wtedy bym miała problem – uzależnienia… I mniej więcej wtedy coś mi cicho powiedziało w głowie, że to się niczym nie różni – jestem uzależniona od jedzenia, żeby stłumić emocje. A jak się coś powie, nawet cichutko, ale wyraźnie, to ten moment może być pierwszym krokiem do zmian.

I zaczęłam szukać „zamienników” dla czekolady i kluchów.

Od bardzo, bardzo dawna czytamy wieczorami rodzinnie, głośno i zawsze coś super, bo staramy się wybierać  rzeczy ciekawe dla nas obojga. Okazało się, że kiedy wiedziałam, że czeka mnie potencjalnie koszmarny dzień, to wstawałam rano i mówiłam sobie, że tak, przede mną przysłowiowy wiatr w oczy, deszcz za kołnierzem i droga przez mękę, ale nieważne, jak te dramaty się skończą, to wieczorem będzie ciepło, spokojnie i będziemy dalej czytać coś fajnego. I ta wizja wieczoru z dobrą powieścią działała jak coś, co pozwalało przetrwać dzień. Na początku słabiej niż ta nieszczęsna czekolada, bo ona by była już, teraz, a czytanie dopiero wieczorem, ale działało.

Podobnie potrafiłam sobie w jednej sekundzie obiecać coś ekstra, jak tylko skończy się jakiś dramat, czasem wielki, czasem malutki. Pamiętam poranek, kiedy uświadomiłam sobie, że w związku z zamykaniem spraw po mamie czeka mnie coś, co mnie przeraża i absolutnie przerasta. I dosłownie na głos powiedziałam do siebie, że ok, to będzie przedpołudnie do dupy, ale jak tylko się z tym uporam, to poproszę Andrzeja o zrobienie jego najsmaczniejszej wersji herbaty, włączę sobie audiobooka i dam sobie godzinę na słuchanie i robienie na drutach. Im szybciej przebrnę przez horrorowate obowiązki, tym szybciej będzie bezpiecznie, miło i spokojnie, na własnej sofie i z robótką. I to nie zmniejszyło mojego stresu, ale dało mi co, czego się trzymałam jak tonący brzytwy – później będzie miło.

Czy zdarza mi się nadal jeść w nagrodę? Zdarza, ale staram się bardzo, bardzo, żeby to nie były słodycze. Częściej to coś ekstra na obiad i wtedy zawsze muszę to ustalić z nadwornym kucharzem i to staje się miłą wizją dla nas obojga, bo jeśli wiemy, że mamy przed sobą ciężki, pracowity dzień, ale będziemy go kończyć domową pizzą, to pozwala brnąć przez obowiązki i mieć świadomość, że będziemy zmęczeni jak drwal w tajdze, ale czeka nas coś pysznego i znacznie zdrowszego niż pączki i rożki czekoladowe zagryzione ptasim mleczkiem.

Co ciekawe absolutnie nie mam potrzeby obiecywania sobie nagród w postaci zakupów, nie ten charakter, bo mnie wydawanie pieniędzy nigdy nie poprawiało humoru, a czasami wręcz go pogarszało i nadal tak się dzieje.

Czasami jako przekupstwo występuje wymarzona robótka, najczęściej taka, która ma „w składzie” jakieś ekstraordynaryjne motki, do których się ślinię, a które odkładam „na specjalne okazje” (tak, mam takie, powinnam chyba na nie mieć specjalne pudło, obwiązane kokardką).

Ale jest jeszcze jedna forma nagrody, która pojawia się u mnie regularnie i pewnie jest dość nietypowa – potrafię obiecać sobie, że jeśli coś przetrwam, coś zrobię, przez coś przebrnę, to po południu pójdę na godzinę lub dwie poczytać i pospać, czyli taka moja sjesta, zazwyczaj z Teodorem, bo on uwielbia takie popołudnia. Dlaczego uznaję to za nagrodę? Bo w moim świecie takie bezczynne godziny oznaczają stratę czasu, który mogłabym poświęcić na bardziej efektywne bycie i życie, a ja zamiast tego śpię, w dzień, w tygodniu, nie w weekend, jak drzemka przedszkolaka, ale taka bardzo pożądana.

I te moje nagrody i przekupstwa stosuję często, nie miewam wyrzutów sumienia, że tak robię. Bo w sumie, kiedy przestałam stosować tylko i wyłącznie „motywacje kulinarne”, to patrzę na to bardziej jak na strategię przetrwania trudnych momentów – wiem, że przede mną coś niemiłego czy stresującego, ale potem mam zaplanowane coś absolutnie przyjemnego i czekam na to, wiedząc, że najpierw muszę przeleźć przez przysłowiowe pokrzywy, ale potem będzie dobrze.

To teraz możemy dyskutować o tym, jak Wy siebie nagradzacie, przekupujecie, motywujecie do przejścia przez dzikie dni, kiedy wiadomo, że będzie ciężko. I czym można zastąpić nagradzanie się jedzeniem, przynajmniej częściowo.

22 komentarze

  1. Anonim 17 lipca 2022 at 8:06 am- Odpowiedz

    Juz wczesniej pisalam ,ze stosuje przekupstwo w stosunku do siebie na porzadku dziennym (pomysl podsunela mi kumpela). Nigdy to nie jest nagroda kulinarna, bo ja nie jem slodyczy w ogole ,plus odzywiam sie super zdrowo od prawie dwoch lat, wiec ciezko w nagrode zjesc kolejnego pomidora albo jajko. Normalnie wcielabym ciacho i popila kawa na poprawe humoru. Teraz w nagrode albo usiade z robotka i czyms fajnym do ogladniecia , albo podjade do swojego ulubionego sklepu z uzywanym rzeczami i tam bede sobie grzebac przez jakis czas. Moge nic nie kupowac i nic nie znalezc, ale uwielbiam szukac i ogladac, czyli takie wyszukiwanie skarbow. Lubie tez szperac w sklepie z wloczkami i innymi materialami. I znowu nie musze nic kupowac, wystarczy ze sobie poogladam i naciesze oczy.

    • ik 17 lipca 2022 at 8:13 am- Odpowiedz

      Bo te nagrody jedzeniowe to pierwsze, co przychodzi do głowy, ale to, co napisałaś, jest super – poszperanie wśród rzeczy, które się lubi, poszukanie czegoś pięknego, miłego i tak, jak piszesz, nawet nie trzeba kupować, ale te kilkadziesiąt minut daje oddech i dobre emocje. Ja się łapię na tym, że czasami odkładam szperanie wśród nowości książkowych na Legimi czy Audible na popołudnie czy wieczór, jako deser po trudnym dniu i wiem, ze ta przyjemność na mnie czeka i jak przebrnę przez dzień, to sobie popatrzę na ukochane rzeczy :)))

  2. Graszka 17 lipca 2022 at 12:55 pm- Odpowiedz

    Nigdy nie pomyślałam żeby nagradzać siebie. Jeśli mam jakieś stresujące sprawy do załatwienia,to idę na żywioł, czym prędzej to załatwię, to będę miała już za sobą. Nie mogłabym przekupić się jedzeniem,bo kiedy w stresowych sytuacjach, jedzenie nie przejdzie mi przez gardło.
    Ale kiedy już to wszystko pozałatwiane, to muszę sobie kupić nową torbę lub portfel (to nic że potem mogą zmienić właściciela), to jest poprostu śliniejsze ode mnie, muszę i już(dobrze że nie jestem wybredna i nie muszą być z tej najwyższej półki).
    Aby się odstresować,gram sobie na gierkach w telefonie, na mnie to bardzo dobrze działa.
    Ja lubię mieć książkę w ręku,aby ją przeczytać,a że teraz staram się dużo czytać po włosku, to wymaga ode mnie skupienia.
    Życie jest tak krótkie, więc czemu nie mamy sobie uprzyjemnić ❤️

    • ik 17 lipca 2022 at 4:58 pm- Odpowiedz

      Każdy szuka takich sposobów, które działają najlepiej i o to chodzi. Ja jestem jakaś staromodna i gry na telefonie omijam szerokim łukiem i nawet pasjansa wolę zwykłymi kartami na stole :)))) Nie wiem, jak to o mnie świadczy :)))))

  3. Halina 17 lipca 2022 at 1:48 pm- Odpowiedz

    Nagradzanie się jedzeniem nie jest takie głupie, jak się wydaje, po otrzymaniu właściwego odżywienia organizm zmniejsza strach, powiększa odwagę, sprawy tylko wydające się ważne wracają do właściwego rozmiaru. Natomiast nagradzanie się przyjemnością też jest dobre. Ważne, żeby działało, żebyśmy mieli odwagę do robienia rzeczy, które zrobić trzeba.

    • ik 17 lipca 2022 at 5:02 pm- Odpowiedz

      I o to chodzi, żeby znaleźć sposób, który zadziała. Ja jednak wolę te niematerialne motywatory, bo bardzo staram sobie poukładać relacje z jedzeniem tak, żeby było przyjemnością, ale właśnie bez powiązanych z nim emocji, ani dobrych, ani złych. Wtedy łatwiej mi decydować, co chcę jeść, ile i kiedy. Kiedy zaczynam jeść „w emocjach”, to kończy się zawsze przesadą i złym samopoczuciem później.

  4. Monika 17 lipca 2022 at 3:39 pm- Odpowiedz

    Nie ma nic lepszego nad jedzenie na stres. Myślę i myślę, ale po prostu nie ma. Może jeszcze papierosy i coś nowego (bo zakupy to nie wydawanie pieniędzy, ale pojawianie się czegoś nowego). Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że ani jedzenie, ani papierosy (zwłaszcza) ani zakupy niczego nie rozwiązują, przestałam się nagradzać. Papierosów nie palę od czternastu lat, staram się nie kupować na pocieszenie. Zdarza mi się pocieszać krówką, ale walczę, żeby to była dobra herbata do dobrego filmu.
    Ale tak sobie myślę i doszłam do wniosku, że najbardziej chyba mnie pociesza sortowanie. Czuję się wtedy jak (no właśnie, kto? Wiercipiętek?) Wiercipiętek z Muminków w swojej puszce kawy – bezpieczna i zadowolona. Guziki mam już posortowane kolorami, ale w razie potrzeby można jeszcze rozmiarami i liczbą dziurek :)

    • ik 17 lipca 2022 at 5:05 pm- Odpowiedz

      Sortowanie jest dobre, bo ono daje poczucie sprawczości, widoczny efekt i medytacyjny spokój w trakcie. Ja sprzątam i porządkuję, ale nie jako nagroda, a jako sposób na uspokojenie emocji. Dobrze, że już mi przeszło to, co robiłam kiedyś – myłam schody na klatce schodowej… Teraz szybciej uporządkuję szufladę w kuchni, niż latam ze szczotką i ścierką na zewnątrz :)))

  5. Kola 18 lipca 2022 at 1:40 am- Odpowiedz

    Nigdy nie nagradzałam się ani nie odstresowywałam jedzeniem, za to niestety w stresie palę jak smok :(
    Jako motywator do przedarcia się przez pokrzywy służy „zrób to jak najszybciej, a potem sobie podziergasz/poczytasz/coś fajnego porobisz”, i przeważnie działa ;)

    Zdarza mi się nagradzać po stresie zakupami, ale na szczęście nie przy każdej byle okazji. Po tym jak przewróciłam swoje życie do góry nogami (rozwód, przeprowadzka, totalne przeorganizowanie życia zawodowego, bo rozstając się z mężem jednocześnie pożegnałam się z współtworzoną przez ileś lat firmą, itd) po tym kilkumiesięcznym okresie permanentnego stresu na „nową drogę życia” zrobiłam sobie prezent – wymarzony zegarek automatyczny za kilka tys. Szaleństwo, ale było mi potrzebne w nagrodę i na dobrą wróżbę – żeby mierzył lepszy czas ;) Niedawno miałam kłopoty ze zdrowiem, i po bardzo stresującym mocno niefajnym badaniu, gdy okazało się że na szczęście wszystko jest ok, najpierw wypiłam z Moim po solidnym Aperol Spritzu, a potem na spontanie kołysząc się na pomarańczowej chmurce bez konkretnego planu poszłam przez ulicę do tkmaxx. Pobuszowałam w ciuchach, wydłubałam fajne spodnie za grosze w stosunku do normalnych cen tej marki, na deser dołożyłam piękną doniczkę i radośnie wróciłam do domu :) Na szczęście nie mam takich zakupowych odruchów po każdym stresie, ale jednak po większych się zdarza. Pocieszam się, że bywają gorsze sposoby odreagowywania ;) I dopóki to jest w granicach rozsądku (czyli nie muszę później jeść zegarków ani spodni;))) to nie mam do siebie pretensji ;)

    • ik 18 lipca 2022 at 4:29 am- Odpowiedz

      Co innego zakupy okazjonalne, kiedy rzeczywiście jest to odstresowanie się po czymś potężnym, a co innego, gdybyś kończyła każdy dzień zakupami, bo „przetrwałaś” i nagle okazuje się, że stan konta przetrwał nieco mniej :))))
      PS. Dobrze, że ze zdrowiem wszystko ok!

      • Kola 18 lipca 2022 at 6:49 am- Odpowiedz

        Fakt, gdybym każdy dzień kończyła zakupami „za przetrwanie”, to konto by tego w końcu nie wytrzymało;)))) Na szczęście jako codzienna nagroda wystarcza wieczór z robótką/książką i tym Moim obok:)

  6. Małgorzata 18 lipca 2022 at 10:45 am- Odpowiedz

    Miałam bardzo trudny piątek. Też wiązał się z zamykaniem spraw po moich Rodzicach i Bracie. Wiele lat wydawał mi się w ogóle nie możliwy do spełnienia. Mi bardzo pomogło działanie trochę odwrotne: przypomniałam sobie te wszystkie mega trudne momenty w moim życiu i to że przetrwałam, dałam radę wtedy, dam i teraz. Odnośnie nagradzania: ja też to stosuję, tylko jest to bardziej odłożone w czasie. Robię głowie listę i postanawiam jak ją zrealizuję będę mogła ułożyć puzzle. Puzzle dobrze też na mnie działa jak mam trudny czas. Układanie pozwala ogarnąć emocje i zrobić porządek w głowie. To też mój sposób na przeżywanie żałoby.

    • ik 18 lipca 2022 at 1:54 pm- Odpowiedz

      Puzzle zapisuję na swoją listę miłych rzeczy w nagrodę, mogę nawet obiecać sobie, że za wielkie rzeczy kupię sobie nowe : ))))) Ale one nie tuczą, nie uzależnią i u mnie też działają jak medytacja.
      To powtarzanie sobie, że jeśli dałam radę wcześniej, to dam radę i teraz, do tej pory nie działało. Mam wrażenie, że może to się zmieni teraz, po tych ostatnich miesiącach, ale ja zawsze mam problemy z wiarą w siebie w takich kwestiach, więc takiego przekonywania się musiałbym się nauczyć, ale podoba mi się takie podejście, więc przynajmniej spróbuję.

  7. Alva 19 lipca 2022 at 11:38 am- Odpowiedz

    Jedzenie bardzo długo było dla mnie formą nieuświadamianej autoagresji – jadłam tylko wtedy, kiedy uważałam, że na to zasłużyłam. Bez pracy nie ma jedzenia, zapracujesz, to zjesz. I dużo czasu zajęlo mi wychodzenie z takiego przeświadczenia. Dlatego teraz jedzenie nie moze być formą nagrody, bo istnieje realna szansa, że znów popadnę w to błędne koło nagradzania za pracę i pożyteczność. Mam ochotę na pad thai? Zjadłabym tiramisu? Organizm domaga się sałatki z surimi? W sklepie wpadło mi w oko piwo bezalkoholowe? Przygotowuję to lub kupuję, bo chcę, bo mam możliwości – nie potrzeba żadnego innego powodu. Choć zdarza mi się czuć wyrzuty sumienia, jeśli kupuję coś, co będę jeść tylko ja, bo pozostali domownicy tego nie lubią. Bardzo walczę, żeby przy tym nie myśleć, że na mnie jedną to nie warto marnować zasobów.
    Co do innych form nagradzania, to nie jest tak, że sobie planuję, iż po zrobieniu czegoś nieprzyjemnego zrobię coś, co mi sprawi przyjemność. Raczej wygląda to tak, że po skończeniu nieprzyjemności siadam i myślę, że fajnie, teraz to sobie mogę zaparzyć ulubioną herbatę albo zaszyć się w najdalszym kącie ogrodu z książką na kolanach. Ostatni tydzień to był remont w domu, robiony własnymi rękami, a jak go skończyliśmy – kupiłam sobie książki. Ale to też nie był zakup spontaniczny, tylko wybrany z listy książek, które i tak planowałam kupić. Czyli najpierw jest praca/nieprzyjemności/przetrwanie, a dopiero potem można pomyśleć o zadośćuczynieniu ;) Bo jeśli zacznę myśleć o nagrodzie PRZED, to – ja siebie znam – najpierw będzie nagroda, a nieprzyjemność i tak będzie wisiała nad głową, więc wciąż będę na przegranej pozycji :D

    • ik 19 lipca 2022 at 1:12 pm- Odpowiedz

      Rozumiem w pełni, bo sama bardzo się staram nauczyć się podchodzić do jedzenia bez emocji, bez tych złych i tych dobrych, po prostu dbam o własne odżywanie i tyle, i aż tyle. Staram się, żeby jedzenie nie wpisało mi się w rutynowy system kar i nagród. Kwestie, że coś jest kupowane czy szykowane tylko dla jednej osoby mamy przerobione domowo w stu procentach. Nas jest dwoje i wystarczy, że jedno z nas ma ochotę na coś, czego drugie nie lubi albo zdarza się, że z powodów medycznych czy innych jemy coś dziwnego. Przestaliśmy się zastanawiać. Ile się da, jest wspólne, a reszta jest dla jednej osoby i staramy się nie rezygnować z ulubionych rzeczy, bo drugie tego nie je. Przy czym to czasami są bardzo standardowe rzeczy (ja na przykład jadam bardzo mało jajek, jajecznicę przestałam w ogóle znosić, a Andrzej uwielbia, więc robi śniadaniowo tylko dla siebie i nie ma stresu, ja jem pasztet z soczewicy : )))))
      A co do nagradzania się po nieprzyjemnościach, to ja sobie wymyślam te przyjemności w nagrodę wcześniej, bo inaczej zostałabym królową prokrastynacji, bo bym odkładała te niefajne rzeczy z dnia na dzień. Łatwiej mi się zmobilizować, kiedy wiem, że potem będzie coś przyjemnego. I nie zdarzyło mi się zacząć od nagrody, więc jest to w miarę bezpieczne : ))))))

  8. Paulina 20 lipca 2022 at 7:09 am- Odpowiedz

    Ja najczęściej nagradzam się dłuuuuugo po czasie. Niestety moim najczęstszym „motywatorem” jest to, że muszę bo nikt za mnie tego nie zrobi, bo się okazuje że jestem pozostawiona sama sobie, albo ktoś bardzo liczy na moją pomoc, a czasem żeby pomóc to muszę się przemóc.
    Czasem największą dla mnie nagrodą jest po prostu odpoczynek, ale słyszę: mamooooo… i muszę przełożyć na później ;)
    Kiedy indziej nagradzam się przy okazji zakupów – bardzo rzadko coś sobie kupuje, ale ostatnio potrzebowałam koniecznie nowych szydełek – najlepiej całego zestawu i na gadanie sobie że na nie zasługuje pomogło żeby bez żalu wydać pieniądze a potem cieszyć się jak dziecko :)

    • ik 20 lipca 2022 at 11:33 am- Odpowiedz

      Ten motywator, że nikt inny tego nie zrobi bywa bardzo dobry, ale jednocześnie jest takim stawiającym pod ścianą, bo nie ma wyjścia, po prostu trzeba.
      A te zakupy robione rzadko, ale kiedy kupujemy sobie coś takiego wymarzonego, są takie miłe! A jeśli umiemy się nim cieszyć, jak dziecko, to korzyść jest podwójna, bo i materialnie coś mamy i całe to morze dobrych emocji, że mamy. Oby jak najczęściej : )))

  9. Baśka 20 lipca 2022 at 8:03 pm- Odpowiedz

    Motywuję się dzierganiem :) wyobrażam sobie, że jak już wszystko odwalę to siądę na kanapie z drutami, kubkiem dobrej herbaty, po kocykiem (to ostatnie jest opcją aktualnie) dla mnie to chwile relaksu i uspokojenia.

    • ik 21 lipca 2022 at 5:16 am- Odpowiedz

      Czyli prawdziwa dziewiarka : )))) Ale to przynajmniej bardzo zdrowa nagroda.

  10. anonimowa72 24 lipca 2022 at 11:57 am- Odpowiedz

    Nagrodą dla mnie są głównie książki. Potem włóczki. Słodycze kupuję maniakalnie, ale nie muszę jesć. Muszę mieć. Dużo:(.
    ps.
    A co to za czekolada , tam na górze?

    • ik 24 lipca 2022 at 2:48 pm- Odpowiedz

      Ja traktowałam tak książki, kiedy je kupowałam papierowo, kiedy większość mam w którymś z abonamentów, to jakoś tak mniej „nagrodowo” na nie patrzę.
      A czekolada to gorzka z kandyzowaną skórką pomarańczową.

      • anonimowa72 25 lipca 2022 at 6:35 pm- Odpowiedz

        Gorzkiej nie lubię za bardzo!:)

Zostaw komentarz