Pomyślałam, że czas na opanowanie nowej techniki tkania, która zwie się „overshot” i generalnie polega na tworzeniu wzorów inną, grubszą, często kontrastową nitką na jednolitym tle, a cechą charakterystyczną tej techniki jest to, że pracuje się na zmianę dwoma czółenkami. Na jednym jest nitka do wzorów, na drugim nitka do tła i po rzędzie z wzorem jest zawsze dodatkowy rząd kolorem tła, żeby „dobić” (nie w złym tego słowa znaczeniu), zakotwiczyć wzór w tkaninie.

Przy okazji zdecydowałam, że przygotuję najgęstszą i najcieńszą osnowę, jaką do tej pory miałam na krośnie. Bawełna o grubości maszynowej nitki, tylko nie merceryzowana, a naturalna, czyli lekko „klejąca”. Czy wiedziałam, że to może być problem przy tej gęstości osnowy? Przeszło mi to przez głowę. Czy siadłam na tyłku i zastanowiłam się, co się może schrzanić i jak temu zapobiec? Nie! Bo byłam zbyt podekscytowana nowym projektem, nową techniką i wyzwaniem z osnową. Ale tak szczerze, to problemu, jaki się pojawił i tak bym nie przewidziała.

Daruję Wam opis tego, co się dokładnie stało, bo to by wymagało dość specjalistycznego opisu procesu osnuwania krosna, ale w skrócie, to okazało się, że gęsto ułożone nitki o klejącej strukturze zachowały się jak gęstniejący beton i nie byłam w stanie przesunąć ich ani centymetra w przód, ani w tył przy osnuwaniu, czyli katastrofa. Osnowa do obcięcia i wywalenia. I dopiero wtedy usiadłam na zadku i zastanowiłam się, czy powodem jest to, że ta bawełna nie nadaje się na osnowę, czy może jest jakiś sposób, żeby jednak zadziało. I od razu napiszę, że emocji we mnie było od groma! Nawet przez sekundę warknęłam do siebie, że ja się bardziej na kasę do supermarketu nadaję, bo przynajmniej liczyć umiem, niż do pracowni tkackiej, bo tkać, jak widać nie! Ale szybko do mnie dotarło, że mogę sobie urządzić małą sesję samobiczowania i poniżania, a proszę bardzo! Ale co to da? Nic! Nie odpowie na pytanie, co się stało, dlaczego i jak to naprawić. I po kilku minutach patrzenia na resztki tej osnowy, jakby to ona miałam mi powiedzieć, co jej było nie tak, doszłam do wniosku, że wiem! Dosłownie mnie olśniło! (I znowu Wam oszczędzę tkackich szczegółów, ale wystarczyło zmienić sposób przygotowania osnowy, nic skomplikowanego ani pracochłonnego). Osnowę przygotowałam na nowo. Tak, stara wylądowała w koszu, ale trudno. Tak, rozwiązanie zadziałało jak złoto. Tak, tkam w nowej technice, z cienkiej nitki i jestem przeszczęśliwa z efektu i nawet snuję plany wykorzystania tego pasa materiału jako fragmentu nowej spódnicy.

I tu dochodzimy do tego, co jest we wstępie – błędy popełnia każdy. Jeśli ktoś sprawia instagramowo-blogowe wrażenie, że wszystko, czego się tknie wychodzi mu od pierwszego podejścia i to jeszcze z uśmiechem na ustach, to mamy do czynienia z dwiema możliwościami. Albo to rzeczywiście geniusz i leciutko zazdrościmy, obserwujemy wszystkie możliwe profile i czerpiemy wiedzę i inspiracje. Ale częściej to druga możliwość – porażki nie są wpisane w wymarzony scenariusz naszego tworzenia (życia też) i do porażek się nie przyznajemy. Oficjalnie one nie istnieją. Do czego to prowadzi? Niestety często do tego, że potrafimy wykopać swoje marzenia za drzwi i wmówić sobie, że nigdy ich nie mieliśmy, żeby tylko nie musieć radzić sobie z emocjami związanymi z porażkami.

Pochwalił Was ktoś kiedyś za to, że coś schrzaniliście, ponieśliście tego konsekwencje, wyciągnęliście wnioski i spróbowaliście jeszcze raz? Mnie w dzieciństwie nigdy. Porażki nie wchodziły w grę. Dopiero jako dorosła nauczyłam się, że wielka wtopa to często najlepszy moment do uczenia się dosłownie na własnych błędach i doświadczeniach. Że jak mi nie wyjdzie, to znaczy, że trzeba spróbować inaczej. I że – uwaga! uwaga! – nikt nie rodzi się, potrafiąc wszystko na poziomie mistrzowskim i jak siada do czegoś pierwszy raz, to od razu nie jest Kubicą za kierownicą i Stochem na skoczni. Ale z tym odkryciem bardzo nie chciałam się zgodzić, bo myślałam, że ja nie mam innego wyjścia tylko być genialną i utalentowaną i wszystko zawsze musi mi wyjść (w dzieciństwie moje sukcesy były uznawane za coś tak oczywistego, nawet mnie za nie nie chwalono, to była norma, drodzy państwo, norma…).

A teraz mam nową teorię i będę ją głosić wszem i wobec – prawdziwi mistrzowie jakiejś dziedziny to te osoby, które poniosły najwięcej porażek, popełniły najwięcej błędów, a potem włożyły mnóstwo energii w wyciąganie wniosków, uczenie się, co było powodem tej wtopy i próbowanie jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz. Do skutku!

Dlatego obiecałam sobie, że będę Wam pisała o swoich błędach, o tym, że coś mi nie wyszło i nadawało się tylko do wywalenia albo do radykalnej zmiany koncepcji, bo inaczej nie dałoby się projektu uratować. Po co? Żeby się nikomu nie wydawało, że doświadczenie przychodzi samo, bez niemiłych momentów i najlepiej, kiedy się człowiek budzi pewnego dnia, stwierdza, że będzie się zajmował introligatorstwem, siada do pierwszego własnoręcznie zszytego zeszytu i wszystko mu wychodzi perfekcyjnie, równiutko i jak po maśle. No, niestety, tak to tylko w bajkach! W rzeczywistości najpierw przygotuje sobie kilka bardzo krzywych notatników, które i tak będzie kochał i chwalił się nimi, bo to jego! A dopiero po jakimś czasie stwierdzi, że „oooo, ten to mi wyszedł idealnie”, a potem… A potem spróbuje nowej techniki, wyjdzie mu krzywo i cały proces zacznie się od nowa. I wiecie co? To jest fajne!

6 komentarzy

  1. Maria 16 maja 2022 at 1:12 pm- Odpowiedz

    Oj, tak. Na kilku sprutych do szczętu albo ciepniętych brutalnie do kosza robótkach nauczyłam się mnóstwa przydatnych kwestii. Na przykład przed laty postanowiłam wydziergać mój pierwszy zakupiony na ravelry wzór z bawełny. Bo mi kolory odpowiadały i chciałam mieć wersję na lato. Zasadniczo parametry nitki się zgadzały, ale po jakichś 10 cm robótki (od góry) zrozumiałam, że bawełna w tym wzorze nijak nie zastąpi alpaki. Powinno być lekko i miękko, a było ciężko i sztywno. Sprułam kawałek (całości nie miało sensu, bo była cięta nitka) i nigdy więcej nie popełniłam tak kardynalnego błędu w doborze surowca.

    • ik 16 maja 2022 at 4:04 pm- Odpowiedz

      Uczenie się na własnych błędach boli, ale zostaje w głowie na zawsze. A manewr z zamianą włóczki o nieszczególnym efekcie końcowym zalicza chyba każdy z nas. Ale akurat tutaj nie powinno nas to zniechęcać całkowicie do eksperymentów :))))

      • Maria 17 maja 2022 at 6:47 am- Odpowiedz

        Na szczęście nie zniechęciłam się całkowicie do eksperymentów, ale czynię je teraz z nieco większą refleksją wstępną. I chętniej próbkuję, co oszczędza czas i surowce :) Z próbkami jest jak z backupami – ludzie dzielą się na tych, którzy je robią i tych, którzy będą je robić ;)

        • ik 17 maja 2022 at 5:10 pm- Odpowiedz

          Ja się chyba jeszcze nie nauczyłam takiego podejścia przy tkaniu, ty ekscytacja nowością jest zbyt silna, ale też częściej da się „uratować” z konsekwencji „mylnych błędów”, bo najwyżej wyjdzie coś zupełnie innego, no chyba, że to osnowa… tu czasami płaci się bardzo boleśnie :))))
          A powiedzenie z backupami bardzo mi się podoba i bardzo, bardzo się z nim zgadzam, co piszę, będąc już po stronie tych, co robią i wiedzą, że to życie ratuje (najczęściej psychiczne).

  2. Jadzia 20 maja 2022 at 7:27 pm- Odpowiedz

    Oj, nie jest łatwo przyznać się do błędu, chociaż nie zawsze – są dziedziny, na których mniej mi zależy – jak się okaże, że popełniłam błąd, to się nim za bardzo nie przejmuję. Gorzej, gdy dana dziedzina jest dla mnie ważna. Wtedy niestety często nie umiem spokojnie przyjąć krytyki… Ale się uczę, żeby być w tym lepsza.
    Natomiast w kwestii dziergania lub pieczenia (bo to działa podobnie), często jest tak, że ludzie postronni nie wiedzą jaki miał być efekt i nie warto ich o tym informować. Miałam z tym kiedyś problem, że np. ciastka nie wyszły takie jak na zdjęciu, ale uświadomiłam sobie w pewnym momencie, że mimo to moi najbliżsi chwalą ich smak, a nawet wygląd. Bo to nie oni wpatrywali się w zdjęcie jakieś 30 razy, tylko ja. Oni widzieli po prostu gotowy wypiek. Ostatnio zapomniałam dodać cukru do babeczek, na szczęście było dużo czekolady w nich. Zastanawiałam się, czy mówić to innym. Ostatecznie nie powiedziałam, za to oni stwierdzili, że bardzo im smakują :)
    W dzierganiu mam mniej doświadczenia niż w pieczeniu. Ale kiedy zrobiłam sweter, to o tym, że coś nie wyszło mówiłam w sumie tylko tym osobom, co do których miałam przeczucie, że mogą mi doradzić jak to naprawić. Innym osobom nie, bo uznałam, że nie ma sensu. Ale nie chodzi mi o to, żeby ukrywać niepowodzenia lub błędy, jeśli ktoś je zauważyć lub obie zapyta. Tylko o niezwracanie na nie uwagi innych. ;)
    Niemniej doceniam, że nam mówisz o swoich niepowodzeniach. To dodaje chęci do tego, żeby próbować, choćby miało być źle. A Twoja definicja mistrza jest bardzo trafna. I zachęca do pracy – w każdej dziedzinie. :)

    • ik 21 maja 2022 at 5:07 am- Odpowiedz

      Zgadzam się z Tobą w obu kwestiach – po pierwsze, że jeśli ktoś nie wie, jak coś miało wyglądać, to będzie oceniał to, co ma przed sobą i bez sensu jest od razu umniejszać swoje zasługi mówiąc, że „taaak, ale w oryginale to było ładniejsze”. Inne! Po prostu :)
      A po drugie masz rację, że opowiadanie ze szczegółami o tym, że gdzieś jest błąd, a ten ktoś pojęcia o nim nie ma, można sobie darować. Rozmówca i tak nie zrozumie, a od razu dojdzie do wniosku, że nam nie wyszło, nawet jeśli jemu się podoba i wpada w zachwyt, że to własnoręcznie zrobione.

Zostaw komentarz