Kiedy wracałam z nową wersją strony, to było to bardzo gruntownie przemyślane tak, żebym nie wpędziła się w presję „jeden wpis dziennie, jeden post na Instagramie dziennie, a jak nie, to ognie piekielne i poczucie, że dałam ciała”. I ja wiem, że wszelkie poradniki „Jak zostać mistrzem blogosfery i soszjali, mieć zasięgi i może jeszcze zarabiać miliony” moje obecne podejście zakwalifikowałyby do sfery samobójstwa w social mediach, bo nie ma regularności wpisów, nie trzymam się jednej kolorystyki i stylistyki zdjęć***, a zamiast tego tworzę nieprzewidywalne szaleństwo bez ładu i składu, ale za to radosne i na dodatek potrafię zniknąć na kilka dni, a potem wrócić z taką intensywnością, że nawet rodzina nie nadąża z oglądaniem i polubianiem relacji.

I kiedyś prawo do internetowego detoksu dawałam sobie raz na rok. Taki „urlop pod gruszą”  bez sieci. Ale prawda jest taka, że zanim do tego urlopu dotrwałam, to czułam się jak pracownik korporacji, zmęczona tak, że już nawet ten tygodniowy oddech nic nie dawał, bo miałam tylko wrażenie, że wyhamowałam z prędkości dwustu kilometrów na godzinę do zera w dwie sekundy, czyli szok dla organizmu, poczucie, że za chwilę zemdleję i wcale mi nie jest dobrze z tym „wolnym”, bo czuję się raczej jak na chorobowym. A zanim poczuję się ok, to już trzeba wracać do „normalności”, czyli lecimy te dwieście na godzinę, trzymając kierownicę jedną ręką.

I teraz to jest jedna ze zmienionych zasad działania – wolne od internetu może się pojawić w dowolnym momencie i na dowolnie długo. Czasem to dwa dni, kiedy znikam zupełnie z radaru i po prostu zajmuję się innymi rzeczami, a laptop… stoi sobie, otwieram go czasem i tylko po to, żeby sprawdzić, czy wszystko działa, nic się na stronach nie posypało. I nawet komentarze potrafię wtedy jedynie zauważyć i świadomie zdecydować, że poświęcę im czas za dwa dni, kiedy wrócę do normalnej prędkości pracy. A czasami to po prostu wolne popołudnie. A czasami mam taką radochę z relacji na Instagramie i przygotowywania wpisów, że wcale mi to wolne nie jest potrzebne i pędzę z bananem na ustach po cyfrowym świecie i zastanawiam się, czy już wszystkim wylazłam ze wszystkich możliwych lodówek i czy nasycenie przestrzeni cyfrowej Intensywnie Kreatywną jest prawie równe ilości cukru w cukrze.

I dobrze mi z tym. I nie mam wyrzutów sumienia, że „nie trzymam częstotliwości”, nie mam planu, nie mam strategii… Trzymam za to frajdę z tworzenia i radość z aktywności bardzo dalekich od Internetu.

Ale czasami internetowo znikam, bo zdarza się coś, co powoduje, że się potykam, rozpadam, zaliczam – pardon mój język – życiowy fuck up o takiej sile rażenia, że muszę się potem pozbierać i nie trwa to dwie godziny, tylko dłużej, czasem całe dnie.

I tu też jest zmiana, bo kiedyś żaden kryzys ani fizyczny, ani psychiczny nie był usprawiedliwieniem do walnięcia pracy i internetowego życia w kąt. No jak???!!! Ale przyznaję, że w okresie, kiedy moja depresja panoszyła się jak udzielna księżna na włościach, to aspekt pracy, strony internetowej, sklepu to była jedyna sfera, w której miałam poczucie, że jeszcze nad czymś panuję, że ogarniam. Dlatego to było nawet wskazane, żebym miała to swoje malutkie poletko i tam sobie udowadniała, że jednak jest coś, co mi wychodzi i że skoro wychodzi tu, to może wychodzić i w innych aspektach życia. Bo w najciemniejszych dniach hasło przewodnie w mojej głowie, śpiewane na wszystkie możliwe melodie brzmiało „do niczego się nie nadajesz”. To jednak do czegoś się nadawałam. Wtedy zaproponowanie mi „zrób sobie wolne” tylko pogorszyłoby sytuację, bo po pierwsze miałabym cały czas świata na taplanie się w czarnych myślach, a po drugie przecież udowodniłabym sobie, że do pracy też się nie daję…

Teraz okazuje się, że jestem w innym miejscu, potrzebuję czegoś innego i to już nie jest stawanie na wysokości zadania i udowadnianie, że ogarniam. Teraz to jest powiedzenie sobie: „Wyhamuj, rób to, co musisz, ale priorytetem jest zadbanie o sobie.” I jeśli nawet miałam coś zaplanowane – sesję zdjęciową, wpis, kończenie czegoś – to uznaję, że miałam i już nie mam, skasowane. Wrócę do planów wtedy, kiedy to będzie możliwe, a teraz świadomie przechodzę w tryb „rehabilitacji i regeneracji”. I to nie jest powód do wstydu ani dokopywania sobie. To raczej dowód na myślenie długofalowe. Jeśli w tej chwili tego nie zrobię, tylko będę próbowała to zignorować, to tak jak z grypą, problem nie zniknie, tylko zacznie puchnąć i za chwilę to będzie coś, co mnie przerośnie i polecę w dół. Dlatego zamiast aktywności internetowej oddaję się aktywnemu przegadywaniu tego, co się dzieje i jak sobie z tym poradzić, najlepiej tak, żeby w przyszłości, w takiej sytuacji, już nie czuć takiego bólu, strachu czy paniki, tylko może troszkę mniejszy albo troszkę krócej.

I poukładanie sobie mojego podejścia do życia internetowego trochę trwało i czasami wydawało mi się, że to ja panuję nad tą relacją, a czasami, że to ona rządzi mną. Ale mam wrażenie, że to jest ten moment, kiedy naprawdę udało mi się znaleźć taki pomysł na pojawianie się w sieci, który nie obciąża, a daje potężne ilości energii, którą mogę wykorzystywać w innych sferach.

A jak tam Wasze podejście do Internetu, do regularności pojawiania się medialnie i do higieny „pracy w social mediach”? Wy rządzicie tą relacją, czy staracie się sprostać wirtualnym wymaganiom poradników i osób, które mają tyle „dobrych rad” jak „zarządzać sobą i swoją marką personalną w sieci”? Umiecie tak po prostu zrobić sobie wolne i mieć w poważaniu rady mędrców, którzy wiedzą lepiej?

*** To tak à propos pomysłu na zdjęcia – skoro piszę o cyfrowym detoksie, to macie na zdjęciu głównym to, co w detoksie ważne – zieleninę :)))) I cóż, że to daleka metafora i guru od soszjali by mnie zmietli, bo fotka nie oddaje tematyki wpisu, a powinna. A ja nie widzę problemu, jest miłe dla oka i na dodatek pokazuje to, co naturalne i zdrowe. Mnie pasuje!

9 komentarzy

  1. Ula Hahnoma 3 czerwca 2022 at 2:43 pm- Odpowiedz

    Cudny wpis akurat na weekend :-D Podobnie podchodzę do poradnikowych rad, a nawet więcej – nie czytam poradników. Spokojnie obejdę się bez codziennego sprawdzania czy publikowania na soszjalach, bardzo nieregularnie cokolwiek wrzucam, a tak poza tym to uważam to za złodzieja czasu, bo jest tyle fajniejszych rzeczy do zrobienia. A są momenty, że akurat nachodzi mnie ochota, żeby popatrzeć, co tam u kogo się pojawia. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jest taka ilość wpisów, że nie ma siły, żeby za wszystkim nadążyć, i zauważyłam, że to mnie męczy. Więc – Twoje ulubione – puściłam sznurki i nie czuję absolutnie żadnej presji, czy wyrzutów sumienia, że powinnam się zalogować, śledzić, zamieszczać posty. I nie odczuwam potrzeby zaglądania nawet przez kilka dni. A ostatnio jak zaglądałam to trafiłam na bardzo akuratnego mema ze starym bakelitowym aparatem telefonicznym na obrazku i podpisem: Kiedy telefony były na uwięzi to ludzie byli wolni…

    • ik 3 czerwca 2022 at 3:20 pm- Odpowiedz

      Ja się przyznaję szczerze, że poradnikowe wpisy o „poprawnym” funkcjonowaniu na Instagramie, Pintereście i na blogach czytam, bo jest to dla mnie źródło nieustannej radości i chichotów nieograniczonych. Ostatnio się ubawiłam wielkim, z wykrzyknikami wrzaskiem pewnego guru, że żadnych hashtagów w bio na Insta. I ja nawet rozumiem ideę, ale to oburzenie, to pouczanie, że to błąd prawie na poziomie napisania „pósty”, że do dzisiaj się uśmiecham. Ale za to okazuje się, że każdy, ale to każdy czytelnik bloga kocha wyliczanki… Ja nie kocham.
      I ogólnie ja się w tej chwili mojego bycia i twórczości lubię z Instagramem i nową stroną, ale wiem, że to się może zmienić i po prostu daję sobie wolność wyboru tego, czego właśnie potrzebuję. W tej chwili to bycie dość aktywną, ale z przerwami na ten wspomniany detoks, jest czymś, co mi w stu procentach odpowiada.
      A ten mem z telefonem w punkt! Chociaż u nas w domu telefony są wyciszone przez całą dobę. Wprawdzie nosimy zegarki, które pokażą, że ktoś dzwoni, ale nas sam dźwięk dzwonków nie stawia do pionu. Od siódmej wieczorem do ósmej rano mamy włączoną funkcję snu w telefonie, czyli przebije się tylko osoba z listy wybranych kontaktów, a jest ona bardzo ograniczona. A w weekendy ja swój telefon potrafię wyłączyć zupełnie. Kiedyś byłoby to dla nas nie do pomyślenia, a teraz to norma i okazuje się, że świat się nie kończy.
      I żeby nie było – i social media i telefony komórkowe uznaję za cud naszych czasów, ale mam świadomość, że to ja mam z nich korzystać, a nie one mają wykorzystywać moją energię.

  2. Graszka 4 czerwca 2022 at 6:40 am- Odpowiedz

    Dla mnie internet służy do znalezienia pomysłów tych robótkowych ale i też kulinarnych. Porady jak ze sobą radzić to bardziej czytam na twojej stronie,niż na innym socialu, nie wdaję się w dyskusje na socjalach,ale czasami lubię je poczytać, dla rozweselenia dnia. Miałam kiedyś swojego bloga, ale zrezygnowałam, nie miałam ochoty codziennie wstawić wpisu, nie miałam ochoty aby mną rządził. Na FB oglądam mam kilka stron, które przeglądam,ale i tam przestałam się udzielać. Chyba stałam się dziwaczka,bo coraz częściej wolę przebywać z robótką i z moją chmarą (teraz jest ich 5), niż z ludźmi. Pozdrowienia z bardzo gorącej Itali.

    • ik 4 czerwca 2022 at 8:44 am- Odpowiedz

      O jej! Spojrzałam na mapy pogodowe i macie tam niezłe ciepełko. Trzymaj się w tym upale. U nas raczej chłodny czerwiec niż upały, ale ja chyba nawet wolę.
      Napisałaś o tym „rządzeniu nami” przez blogi i strony i chyba to jest właśnie najważniejsza kwestia, żeby to jakoś poukładać i nie dać sobą rządzić, a jeśli ma się wrażenie, że tak jest, to czasami naprawdę lepiej pożegnać prowadzenie bloga czy FB i wykorzystać ten czas na przyjemne zajęcia :)))
      Pozdrawiam całą piątkę i Ciebie!

  3. aśka 5 czerwca 2022 at 2:24 pm- Odpowiedz

    Może dlatego, że nie prowadzę bloga, nie mam konta na fb , instagramie czy pintereście pewnych rzeczy nie rozumiem…. Ale sama wiem, że internet to złodziej czasu. Mam wyrzuty sumienia, gdy w nim buszuję, jednakże tłumaczę sobie, że mam do tego prawo. Coraz częściej mam wrażenie, że nie nadążam, że nie ogarniam, że za dużo tego wszystkiego.

    • ik 5 czerwca 2022 at 4:16 pm- Odpowiedz

      Pewnie, że mamy do tego prawo, oby nam to sprawiało przyjemność, uczyło, inspirowało i przede wszystkim nie szkodziło, fizycznie i psychicznie, czyli korzystajmy z umiarem. A poczucie nienadążania ma chyba w tej chwili wiele osób, bardziej lub mniej, bo ilość informacji, jaka się na nas wylewa jest tak ogromna, że ludzie kilkadziesiąt lat temu to, co my dostajemy w ciągu miesiąca nie dostawali przez kilka lat!

      • Anonim 6 czerwca 2022 at 11:45 am- Odpowiedz

        Prawie zabiło mnie moje ostatnie myślenie (tak sobie myślałam ogólnie:) ). Pomyślałam, że po co czytam książki? Tyle książek. Od zawsze. Jak bez czytania też można żyć. Wystraszyłam się:(. Sobą.

        • ik 6 czerwca 2022 at 11:57 am- Odpowiedz

          Można żyć bez czytania, bez telewizora, bez mięsa, bez kwiatków w domu… Wszystko można, tylko pytanie, czy bez czegoś nie będzie nam smutniej. Ja pamiętam okres, kiedy przez kilka lat nie czytałam niczego dla przyjemności, tylko książki związane ze studiami i pracą i niby było ok (na drutach też wtedy nie robiłam, wcale!) i jak już mogłam, jak miałam czas i wróciłam i do powieści i do drutów, to wiedziałam, gdzie są moje radości życia :)))))

          • aśka 7 czerwca 2022 at 7:36 pm- Odpowiedz

            No właśnie, to jest moja radość. Dalej czytam.

Zostaw komentarz