Proces twórczy przy tej chuście był co najmniej dziwny. Po pierwsze tej robótki wcale miało nie być. Miało być tkanie i krosno, i kończenie tego, co na nim osnute. Ale zawiniła książka! Tak, dobrze czytacie, zawiniła książka i to przez nią jest chusta i trochę też przez jej treść są parasolki. Ale od początku!

Szukaliśmy czegoś, co nam wieczorami pozwoli odetchnąć, tak na spokojnie, bez wielkich emocji. Po szybkim przeglądzie potencjalnych kandydatów, wyszło nam, że idealny będzie kolejny tom cyklu o Samarii, czyli Sharon Shinn „Jovah’s Angel” – historia już znana, bo pierwszy tom („Archanioł”) przeczytany, wiemy, że pozwoli nam zapomnieć o tym, co za oknem, co za drzwiami, co się działo i dziać będzie.

Ale opowieść o tym jak pani archanioł (czyli archanielica?) stanęła przed obliczem, a raczej głosem boga, mieliśmy w wersji audio, a to oznacza, że książka czyta się sama, a ja muszę czymś zająć ręce i oczy, więc w ciągu kilkunastu minut potrzebowałam nowej robótki i to w miarę prostej. A wtedy zawsze sprawdza się chusta. Otworzyłam szafę z zapasami, sięgnęłam po pierwszy gradientowy motek z brzegu i doszłam do wniosku, że zacznę, a co do dodatkowych kolorów, wzorów i ich układu, to zobaczy się jutro (kolejny przykład podejścia w stylu Scarlett O’Hara, które mi się ostatnio zdarza kilkanaście razy dziennie, sama siebie nie poznaję).

Dodatkowe kolory wymyśliły się dość szybko i od razu okazały się strzałem w dziesiątkę, bo początkowy turkus z gradientu razem z tym ciemnym fioletem i kontrastem w formie pomarańczowych pasków, nabrał takiego blasku, że aż było miło patrzeć. Ale zostawała kwestia wzoru.

Za oknem wiało i lało. W książce też wiało i lało (ale tam aniołowie mogli śpiewać bogu, prosząc o zmianę aury, nam w rzeczywistości zostawało tylko cicho przeklinać niż o wdzięcznym imieniu Nadia, która szalał nam nad głową) i tu mi zaświtało, że w jednej z książek z mozaikowymi chustami są… parasolki – ideał wzoru w ówczesnych okolicznościach literackich i pogodowych (wzór parasolek pochodzi z książki Sylvie Rasch „Noch mehr Mosaik Tücher stricken”).

 

A przy okazji przyznaję się bez bicia, że uwielbiam kolorowe parasolki i za taką turkusowo-fioletową bym się nie pogniewała. Teraz mam dwie – jedna jest oczywiście tęczowa i wielka, druga jest radośnie pomarańczowa. Ale do dziś nie mogę przeboleć straty białej z wielkim skorpionem na jednym z klinów. Wiatr ją sponiewierał, niestety, a była taka nietypowa.

Dla zainteresowanych kwestiami technicznymi związanymi z chustą:

– kurs robienia najbardziej klasycznych trójkątnych chust znajdziecie tutaj;

– wpis o szczególnym podejściu do graficznych wzorów żakardu i mozaiki w takich chustach jest tutaj;

– kurs robienia mozaikowych chust z dowolnym wzorem jest tutaj.

4 komentarze

  1. KatarzynaAnna 23 lutego 2022 at 4:24 pm- Odpowiedz

    Spontaniczne dzierganie ,bez planu… hmmm to chyba coś do czego musze wrócić. Ostatnio złapałam się na tym ,że chcąc zrobić coś na drutach, nawet niedużego, powiedzmy czapkę, nie mogę ot tak po prostu wziąć druty, włóczkę i robić, nie! Zasiadam przed komputerem i godzinami wertuję Ravelry, Pinterest, przeglądam tysięczne „inspiracje” i tak mijają godziny, czasem nawet dni! Mętlik w głowie coraz większy a druty leżą… Ech…A tu prosze jaka piękna chusta może powstać spontanicznie.

    • ik 23 lutego 2022 at 4:50 pm- Odpowiedz

      Bo jest tyle wzorów, tyle gotowych pomysłów, że jakoś tak odruchowo wiele osób próbuje coś znaleźć, bo na pewno uda się szybko i bezproblemowo. Też tak miewam. Ale akurat chusty uwielbiam robić z głowy, bez planu, daje mi to taką frajdę tworzenia, że aż przypomina to dziecięce zapomnienie się nad czymś, co powstaje. Bardzo polecam, chociaż od czasu do czasu.

  2. Kola 23 lutego 2022 at 8:41 pm- Odpowiedz

    Spontaniczne dzierganie, takie z wymyślaniem w trakcie, i z dziecięcą radością rozumiem doskonale😁 Rzadko który mój udzierg (czy inny urobek) jest zaprojektowany od A do Z przed rozpoczęciem😂 Zdecydowana większość powstaje pod sztandarem „Ahoj, przygodo!”, i to właśnie one dają mi największą frajdę i w trakcie, i po fakcie 😉
    Za to miłości do parasolek nie rozumiem zupełnie. Nie posiadam żadnej, bo albo brakowało mi do jej trzymania piątej ręki, albo walczyłam o nią z wiatrem, albo notorycznie gdzieś ją zostawiałam, albo niby miało nie padać więc nie brałam a potem jednak… Oooo nie. Kapelusz z rondem żeby na okulary nie padało, kurtka wodoodporna (nawet elegancki trencz mam waterproof!), i parasolkom dziękuję serdecznie. Mam dwie pary skarpetek w parasolki, na deszczową pogodę wystarczy😂
    A chusta – boska!! Chociaż ja bym pewnie podeszła na zasadzie, że skoro parasolki, czyli skojarzenie jesienioburomokre, to WINCYJ kolorów😂 I żeby przegnać to parasolkowe skojarzenie, to pewnie by była tęcza… Np tęczowa chusta w czarne parasolki😉

    • ik 24 lutego 2022 at 5:17 am- Odpowiedz

      Tęczowe parasolki jak najbardziej – zawsze się sprawdzą. W żakardzie i w realu.
      Ja bez parasolki w deszcz nie wychodzę, może dlatego, że jak mam kolorowe, to mi od razu milej w pluchę. Dopiero wichura z deszczem powoduje, że parasolka zostaje w domu, a ja latam w ortalionie. Z ciekawostek parasolki mam wszędzie – w domu, w magazynie, nawet Andrzej wozi w samochodzie (z której sam w życiu nie korzysta, ale gdyby nagle żonie zaczęło padać na głowę… :)))))

Zostaw komentarz