Wychodzi na to, że w tym roku czytam seriami, tematycznie i „zahaczając” sfery zainteresowań o siebie. Może dlatego po długiej serii „spod Troi” przeniosłam się w czasy, kiedy Troja była już legendarnym wspomnieniem, jej ruiny porastały krzaczki, ale żył ktoś, kto… No właśnie. Kto może zostać uznany za potężnego psychofana Achillesa pod Troją – Aleksander, syn Filipa, zwany Macedońskim, a potem Wielkim. Tak, to ten facet, który wymyślił sobie, że podbije świat od krańca do krańca, tylko ten kraniec mu się ciągle przesuwał za horyzont i jego armia powoli traciła wiarę, że wróci do domu, bo ciągle będzie nowa kraina do podporządkowania Aleksandrowi.

Zaczęło się od powieści fantasy zbudowanej na podstawie życia i podbojów Aleksandra – David Gemmell „Lew Macedonii” i „Książę mroku”. Aleksander jest tam opętany przez Ducha Chaosu i mamy alternatywne światy, a w nich inne wcielenia tych samych bohaterów. Ciekawe, nie powiem, podobało mi się, bo ja lubię autorów, którzy potrafią wpleść magię w znane historie. Ale oczywiście zaczęło mnie strasznie ciekawić, co pan Gemmell nawymyślał, a co zadziało się faktycznie. Wniosek – trzeba było dołożyć jakieś książki popularno-naukowe. Sprawdził się Żurawski i jego „Śladami Aleksandra Macedońskiego” i propozycja z Audible, z cyklu „Wielkie Kursy”*** – ponad 30 wykładów Kennetha Harla o czasach Aleksandra i jego ojca, o ówczesnej Macedonii i Grecji, o ludziach i religiach. A do tego trylogia Mary Renault („Ogień z niebios”, „Perski chłopiec” i „Igrzyska żałobne”), która opowiada całą historię Aleksandra, łącznie z czasami, kiedy go już zabrakło i zaczęła się zwyczajowa krwawa walka o władzę (jakie kobiety były wtedy zdeterminowane i bezlitosne to już zupełnie inna historia, ale wielu mężczyzn nie wierzyło własnym oczom, patrząc na to, co wyczyniały pretendentki do bycia matką panującego, nawet jeśli rzeczony panujący miał kilka miesięcy; z drugiej strony one wiedziały, że albo zabiją one, albo ktoś zabije je i ich dzieci).

Wniosków mam kilka. Po pierwsze rzeczywiście Aleksander był psychofanem Achillesa, nie rozstawał się z egzemplarzem „Iliady”, sprezentowanym mu przez Arystotelesa, który był jego nauczycielem w młodości. Chciał być jak jego bohater – potężny, odważny, niezwyciężony i czasami bezlitosny (bo skoro Achilles mógł ciągnąć za rydwanem zwłoki przeciwnika, to Aleksander nie tylko mógł, ale nawet powinien, taaaak…). Aleksander chyba miał wrażenie, że musi więcej, mocniej, dalej – bycie psychofanem zobowiązuje.

I tu zaczyna się temat, który mnie zaciekawił chyba najbardziej. Naukowcy i autorzy piszący o Aleksandrze i jego towarzyszach broni, o jego dzieciństwie, cichej walce z ojcem, próbie podbicia i zapanowania nad światem doskonale radzą sobie z opisem faktów, miejsc i strategii. Owszem miewają lekkie problemy, bo jakaś rzeka zmieniła swój bieg, wzgórze zniknęło, miasto zamieniło się w niewielki pagórek i dopiero cały zastęp archeologów dokopuje się do niego i potwierdza, że to jest to miejsce. Dlatego gubią się czasem lekko w przestrzeni, ale stawiają sensowne hipotezy i zazwyczaj wspomniany archeolog ze swoim pędzelkiem i cierpliwością leci, pomaga i potwierdza, że tak, to się stało właśnie tutaj. Czyli czas i przestrzeń ogarniamy. Gorzej, że piszący próbują też stawiać hipotezy o osobowości Aleksandra, tylko problem jest taki, że ten sam fakt, to samo zdarzenie dla jednego jest potężnym dowodem na szaleństwo wodza, dla drugiego na kompleks bycia bogiem (tak, Aleksander twierdził, że jego ojcem jest Zeus a nie Filip, ale czy w to wierzył, czy tylko krzyczał tak głośno, żeby podbite ludy widziały w nim kogoś bardzo niezwykłego, to już trudno ocenić), a dla trzeciego potwierdzeniem geniuszu strategicznego i nie ma tam ani grama wariactwa lub megalomanii. Naukowcy do tego stopnia rozjeżdżają się w ocenie postępowania Aleksandra, że według jednych stoi on w tym samym rzędzie, co Hitler i Stalin, a drudzy widzą w nim wizjonera i wojownika, który nigdy nie miał sobie równych i mieć nie będzie. Obie frakcje ścierają się od lat i podejrzewam, że niejedna konferencja naukowa skończyła się karczemną awanturą dystyngowanych panów, którzy mają odmienne poglądy w tej kwestii.

Ja nie wiem. Podejrzewam, że geniusz często idzie w parze z szaleństwem. Może dlatego to, co wyczynił w swojej powieści David Gemmell wydało się tak genialne – dobry, słodki chłopczyk wyrastający z cierniem niszczącego Ducha Chaosu w duszy. To by wyjaśniało wszystko.

*** Jak ja uwielbiam Audible za te ich propozycje bardziej naukowe, wykłady ze wszystkich dziedzin wiedzy i na dodatek wiele z nich jest po prostu w abonamencie i można jednego dnia podróżować z Aleksandrem po monsunowych lasach Indii, drugiego polecieć w kosmos w ramach projektu Apollo, a jak podróżowanie się nudzi, to posłuchać o budowie mózgu i jaki to ma wpływ na nasze emocje. I o kawie, o królowej Wiktorii i księciu Albercie… I lepiej mnie zatrzymajcie, bo ja tak mogę długo, ale nie mam nawet zamiaru kryć swojej miłości do tego, że ktoś mi pozwala zdobywać wiedzę, kiedy i jak chcę (zazwyczaj przy dzierganiu i tkaniu).

2 komentarze

  1. Monika 5 kwietnia 2022 at 1:22 am- Odpowiedz

    Dziękuję za ten tekst, Aleksandra lubiłam, coś tam o nim czytałam, ale dziś wolałabym jednak, żeby był geniuszem w budowie mostów na przykład. Geniusz strategiczny? Geniusz wojenny? Kiedy to zacznie dla nas być sprzeczne? Ech. Pozdrawiam serdecznie!

    • ik 5 kwietnia 2022 at 5:18 am- Odpowiedz

      Sądząc z opisów był też geniuszem zarządzania zasobami ludzkimi :) Chyba nikt tak, jak on nie potrafił zagrzewać do dalszego marszu, do kolejnego etapu podbijania świata. Ale geniusze strategii i wojny chyba nigdy nie staną się sprzeczne w ludzkich głowach, może chociaż częściej będziemy nimi opisywać obrońców a nie najeźdźców.

Zostaw komentarz