Właśnie ewidentnie przeżywam okres dziergania drobiazgów. Przypadek? Nie sądzę. Po prostu to taki moment, kiedy chcę coś mieć na drutach, ale nie mam zbyt wiele czasu i mocy przerobowych na wymagające dzierganie, więc coś małego i prostego mogę zabrać ze sobą do samochodu, rzucić w dowolnym momencie w kąt, szaleć z wyrabianiem resztek i robić bez wzoru, z głowy, potrzebuję więc tylko drutów i motka lub dwóch, ale żadnych kartek, długopisów, notatek. Co z tego wynika? Że dziergam namiętnie opaski i skarpetki. W ilościach, które za kilka tygodni będą przypominały hurtowe.

Co ciekawe, na początku tego „okresu tworzenia drobiazgów” moja głowa próbowała wpaść w pełnowymiarowy tryb bycia przyziemną do bólu. Bo wiedziałam, że chcę dziergać. Wiedziałam, że na żadne swetry, wielkie, skomplikowane projekty, wymagające myślenia, pisania i zaznaczania oraz tony motków i narzędzi nie znajdę czasu i możliwości. Ale coś jednak chcę! I wpadły mi do głowy proste, kolorowe opaski i tu moja głowa zawyła jak syrena alarmowa: „A dla kogo???!!! Bo dla siebie, to jedną, góra dwie! A ty planujesz produkcję prawie hurtową. Ty się weź zastanów, czy to ma sens? Komu to dasz? Komu to sprzedasz? Jaki to ma sens? Nie ma!”.

Ile razy tak macie, że coś chcecie zrobić, coś Was ciągnie, czegoś chcecie spróbować na drutach, na szydełku, uszyć, wyhaftować i… hamujecie, zanim się rozpędzicie, bo ta racjonalna strona Waszego umysłu topi to radosne chcenie w lawinie bardzo zdroworozsądkowych myśli, że może nie będziecie tego nosić, do niczego się to nie przyda, zastosowania nie znajdzie. Ja miewam tak często. I doszłam do wniosku, że za często. Ile projektów zmarło „śmiercią racjonalną”, zanim je zaczęłam, to tylko ja wiem. Tylko, że jednocześnie ukradłam sobie sporo radości tworzenia.

I dochodzę do wniosku, że przy hobby, przy zajęciach, które mają być naszym sposobem na bardzo przyjemne spędzanie czasu ten „umysł kupca-markertingowca” należy chyba pożegnać i kazać mu iść precz. Bo jeśli szyję, dziergam, tworzę coś zarobkowo, to powiedzmy, że zastanawianie się, jaki jest ten mityczny „target”, który się moim dziełem zainteresuje, rozważanie, czy coś się sprzeda, czy znajdzie osoby zainteresowane nabyciem, ma sens. (Chociaż istnieje teoria, że nie należy się dostosowywać do popytu, popyt należy kreować, co sugerowałoby, że tworzę, co chcę, a potem tak to inteligentnie sprzedaję, tak ciekawie o tym opowiadam, że budzę w kupujących potężną potrzebę posiadania mojego dzieła, nawet jeśli jeszcze wczoraj nie wiedzieli, że istnieję ja i moje projekty.) Ale czy takie marketingowo-komercyjne podejście do hobbistycznych projektów ma sens?

A może by tak spuścić się ze smyczy racjonalnego podejścia i wyjść z założenia, że tworzę te projekty, które mnie zachwycą. Komu je dam? Zostawię sobie? Dam w prezencie? Spróbuję sprzedać? Znajdę kogoś, kto będzie potrzebował i z całą radością oddam, żeby ktoś, kogo może nie stać, miał coś ładnego i robionego z sercem? Może po prostu bardziej się cieszyć z procesu tworzenia, a mniej przejmować celowością swojego działania. Pozwolić sobie na pełną radość twórcy. I tu się od razu przyznaję, że dla mnie takie radosne tworzenie bez racjonalnego uzasadnienia, że to dla mnie, to dla męża, to do domu, a to może znajdzie kogoś zainteresowanego kupnem, jest trudne. Jak mam ten tytułowy „celownikowy sens tworzenia”, to czuję się bardziej… usprawiedliwiona? To chyba dobre określenie – usprawiedliwiona, że poświęcam czemuś czas i wykorzystuję zasoby motków. Przy tych opaskach i skarpetkach uświadomiłam sobie, że mogę tak po prostu dziergać, a jak skończę ten okres tworzenia drobiazgów, to wtedy się zastanowię, co z tym zrobić. I nie, nie jest to dla mnie stan naturalny, ale uczę się cieszyć dzierganiem czegoś, co od pierwszego oczka nie ma przeznaczenia i zastosowania.

Też tak macie, że musicie wiedzieć po co i dla kogo, żeby dziergać, szydełkować, szyć czy tworzyć bez wyrzutów sumienia? Czy zdarza Wam się tworzyć coś dla czystej przyjemności tworzenia, a zastosowanie takiego projektu znajduje się później?

A na zdjęciu macie najnowszy drobiazg, tym razem skarpetki w szachownico-paseczki z naturalnej wełny.

14 komentarzy

  1. Uldar 21 czerwca 2022 at 12:18 pm- Odpowiedz

    Ja tak mam z czapkami. W zależności od fali fascynacji robię różne. Niedawno naszło mnie na szydełkowe, mozaikowe. Zrobiłam 10. Jednym tchem. Bo tak fajnie się robiło :)
    Potem było duble knitting. Zrobiłam dwie. Bo tak super się dziergało tą techniką, i przybywało wolniej, a przecież w szafie już leżało poprzednie 10 mozaikowych…Potem były dwukolorowe z podwójnym brzegiem. Bo zostało mi włóczki z poprzednich, a tak fajnie się je robi! Więc trzy. W szafie było już poprzednich 12. Potem klasyczne, ciepłe, warkoczowe. Trzy na jednym wdechu. Tym razem na prezent, więc w szafie zostało 15. Następne przestałam liczyć. Rodzina przestała się dziwić. Czapki przestały się mieścić w szafie. W sezonie chyba wystawię na OLX, podaruję na WOŚP, oddam dla Ukrainy, rozdam znajomym. Kocham dziergać czapki i nie zamierzam przestać. Bo to mnie odstresowuje. Choć czapka dziennie to pewna przesada realnie rzecz biorąc…

    • ik 21 czerwca 2022 at 1:22 pm- Odpowiedz

      I to jest właściwe podejście :) A sposób na pozbycie się ich z szafy sam się znajdzie w odpowiednim momencie.
      Może należy pomyśleć o organizowaniu jakiś wirtualnych jarmarków, kiedy rękodzielnicy będą mogli znaleźć nowy dom dla tej swojej szalonej twórczości :)))
      I nie, jedna czapka dziennie to nie przesada, bo ja macham jedną dwuwarstwową opaskę dziennie, jak mam natchnienie, więc nie możemy twierdzić, że to wariactwo :))))

  2. Monika 21 czerwca 2022 at 4:42 pm- Odpowiedz

    W ogóle tak nie mam. Może tak miałam, kiedy kupowałam pierwszą włóczkę na pierwszy komin. To było kilkanaście lat temu. Od tego czasu dziergam CODZIENNIE. Czy potrzebne mi dwadzieścia swetrów? Nie. Dwadzieścia chust? Nie. Mitenek, czapek, skarpetek? Nie. W tym czasie zaczęłam wprowadzać w swoje życie narzędzia minimalizmu. Zredukowałam kilogramy nadmiaru. Nie zredukowałam włóczek. Bo czy byłabym szczęśliwsza bez dziergania? Nie.
    Mam więc stos pudeł z włóczkami za szafą, znajduję miejsce w małym mieszkaniu na kolejne swetry i się nie zastanawiam, czy mi kolejny potrzebny. To znaczy wiem, że nie, ale co z tego?
    Jestem pomieszaniem dziewiarki procesowej z projektową, to znaczy lubię samo dzierganie, dotyk włóczki i jej widok, ale lubię też sam wyrób.
    Mam za to inny problem – nie umiem dziergać dla kogoś, strasznie się stresuję, pomału i z trudem zaczynam się tego uczyć.
    Oglądam podcast Fruity Knitting – nie wiem czy znasz. Pani zrobiła na szydełku kocyk sporych rozmiarów, cała szczęśliwa usiadła z nim na kanapie, spojrzała na niego i powiedziała – tak naprawdę to nie wiem co z nim zrobię. No i to jest piękne.
    Nie hamuj się. Jeżeli umiesz dawać, to jest wiele możliwości charytatywnych. A jeżeli masz dużą szufladę, upakuj wyroby w nią i noś. :)
    Racjonalizm nie zawsze jest fajny.

    • ik 21 czerwca 2022 at 5:08 pm- Odpowiedz

      Kiedy dziergam dla siebie i to jest nawet szesnasty sweter, to jest ok. Gorzej, że są takie projekty, które wiem, że są nie moje stylistycznie, ale bardzo chcę je zrobić z jakiegoś powodu, nowości technicznej, włóczki czy czegokolwiek innego i wtedy ten racjonalizm mnie stopuje potwornie. Ale powalczę, może zwalczę.
      Z robieniem dla kogoś mam tak, że jeśli to jest robienie niekomercyjne, to mogę wszystko dla każdego i nie miewam dylematów, gorzej z typowymi zamówieniami. Tego unikam jak ognia, jeśli się tylko da, a zazwyczaj się daje.

  3. Katarzyna 21 czerwca 2022 at 6:39 pm- Odpowiedz

    A u mnie inaczej, raczej ta racjonalna częśc bierze górę i zwykle rezygnuję z projektu dla którego nie mam chętnego… Staram się raczej iść w stronę czegoś co jednak ma szansę być noszone, choćby to miało być raz w roku. Bo smutno mi jakoś, gdy takie nieużywane udziergi leżą… Nie wiem jak to opisać… no szkoda mi po prostu że takie niechciane leżą, to coś jakby niechciane dzieci. Dziwne to, ale tak mam.

    • ik 22 czerwca 2022 at 5:04 am- Odpowiedz

      To ja miałam bardzo podobnie, ale staram się to jednak zmienić. Bo zawsze było tak, że raz na jakiś czas pojawiał się projekt, który bardzo chciałam zrobić, ale z założenia nie dla mnie i rezygnowałam. A podejście, że ja dziergam dla przyjemności dziergania, a potem znajdę chętnego na noszenie, może jest mniej racjonalne, ale nie zabiera mi radochy.
      A poczucie, że te nasze udziergi i dzieła są jak dzieci i chcemy dla nich jak najlepiej, to mnie wcale nie dziw, w końcu wkładamy w nie zawsze mnóstwo serca, a czasami i bardzo dużo czasu.

  4. Graszka 21 czerwca 2022 at 8:14 pm- Odpowiedz

    Ja raczej miałam, że jak zaczęłam jakiś projekt , to musiałam to skończyć, chociaż w głowie już były inne pomysły, teraz staram się robić to co chcę, co mnie zainspirowało i koniecznie muszę spróbować, chociaż już leżą odłogiem inne prace. Mam też tak że dany projekt muszę dopasować do koloru włóczki,i czasami jest tak że pruję po kilka razy. Słabość mam do czapek, robię je namiętnie,a w szufladzie leży cały stos i jak wiadomo że na południu Włoch nie są one bardzo potrzebne.
    Myślę że dziergamy dla przyjemności i raczej nie powinniśmy mieć żadnych wyrzutów, przecież ma nas to cieszyć!!!
    Dobrze że byłam w Polsce to pozbyłam się trochę czapek, więc dalej mogę uzupełniać zapasy 😉

    • ik 22 czerwca 2022 at 5:06 am- Odpowiedz

      Ja zawsze miałam po kilka zaczętych rzeczy, najczęściej się usprawiedliwiałam tym, że w różnych technikach, ale troszkę zazdrościłam tym osobom, które zaczynały i kończyły jeden projekt, bo nie miały tych rozgrzebańców za dużo :))))
      A jak widać nawet w gorącej Italii można dziergać czapki i znaleźć później dla nich głowy w Polsce, co dowodzi, że róbmy, co chcemy, a zastosowanie się dla tych rzeczy znajdzie.

  5. Maria 24 czerwca 2022 at 9:33 am- Odpowiedz

    Trochę jestem celownikowa, a trochę chaotycznie dziergająca dla przyjemności. Miewam powroty do WIP-ów po kilku latach, miewam fazy monogamii dziewiarskiej (choć znacznie częściej jestem poligamistką). Niezmiennie mi z tym dobrze, więc trzymam się takiego podejścia bez myśli przewodniej. Widzę, że podążasz w tym samym kierunku :)))

    • ik 24 czerwca 2022 at 11:48 am- Odpowiedz

      Dokładnie w tym samym kierunku :)))) I zauważam, że potrafię być monogamistką techniczną (czyli jeden projekt tkany, jeden na drutach, jeden na szydełku), ale za to w zasadzie zawsze jestem poligamistką ogólną, bo jak pozbierać wszystko, co mam na drutach, maszynie, krosnach, to się robi dużo.

  6. Ula Hahnoma 27 czerwca 2022 at 1:02 pm- Odpowiedz

    To ja jestem jakaś dziwna – zawsze tworze celownikowo. Jak mi się coś bardzo podoba, to dla siebie – choćby dziesiąta chusta, ale będę ją nosić. Na zamówienie nie robię, raz się złamałam i zrobiłam serwetę szydełkową za pieniądze. Ale to chyba się nie liczy, bo dla znajomej, bez ciśnienia i w ogóle na luzie. Udziergi na kogoś odpadają, chociaż rodzina się łapie, ale są w dowolnym momencie dostępni do przymiarki ;-) Lubię „płodozmian” i np. szydełkowe elementy na kocyk to fajna odskocznia od dużego drucianego projektu, bo robisz jeden np. afrykański i już masz zaspokojoną potrzebę zmiany, czy zapełnione ręce na chwilkę, bo więcej czasu nie ma. Wtedy elementy powstają mimochodem i nagle okazuje się, że jest tego na pled :-) Ale nie lubię mieć rozgrzebanych kilku rzeczy na drutach, bo albo idzie, albo nie. Jak nie idzie, to znaczy, że coś z udziergiem nie gra i chyba lepiej od razu spruć, niż odkładać ufoka. Potem zapominam, na jakich to było drutach (bo odkręcam i zabieram do fajnieszej robótki), gdzie odłożyłam wzorek. Wyjątkiem są skarpetki, bo do nich w każdej chwili można wrócić :-D

    • ik 27 czerwca 2022 at 1:49 pm- Odpowiedz

      Ten płodozmian jest nie tylko fajny, ale u mnie nawet niezbędny, szczególnie jeśli mam coś wielkiego jako jeden z projektów.
      Ale w ramach opowieści, jak to odkładanie większego projektu na jakiś czas potrafi ugryźć odkładającego w odwłok – robiłam rękawiczki, z dość skomplikowanym wzorem, palcami i z cieniutkiej włóczki. Jedna powstała, druga czekałam, bo miałam robótki dość (czyli miał miejsce płodozmian). Wróciłam do rękawiczek po mniej więcej miesiącu. Druty miałam w kartoniku. Zrobiłam drugą. Wyszła o dobre dwa centymetry za szeroka… Okazało się, że straciłam czucie napięcia nitki i to, co było robione ściśle w pierwszej, w drugiej zrobiłam luźniej. Na szczęście cud wody nieco wyrównał nierówności, ale rękawiczki zostały dla mnie, bo do ludzi według moich standardów się nie nadawały :))))

  7. Sandra 27 czerwca 2022 at 3:15 pm- Odpowiedz

    Ja może jeszcze nie mam jeszcze tych opasek, czapek, swetrów za wiele, bo dziergam zaledwie od dwóch lat, ale w tym roku nie mogę się oderwać. I dziergać muszę, bo to jedyna forma relaksu, która ma aż tak dobroczynny na mnie wpływ, szczególnie gdy mogę to robić na świeżym powietrzu. Ale rzecz jasna usprawiedliwień też szukam dla siebie i się powstrzymuję czasami przed kupnem włóczki, bo staram się kupować na konkretny projekt. No i jest to całkiem dobre, bo nie zalega mi tona włóczek w domu (chociaż zapas oczywiście na te projekty przyszłe jest). Każdy nowy projekt uczy mnie czegoś nowego i to daje tak wielką radość, że nie umiem tego opisać. Jeszcze większą radość daje mi to, że czasami sobie jakiś projekt zmodyfikuję po swojemu i też jest super. Uwielbiam dotyk włóczek, dotyk drutów i ten moment, kiedy się orientuję, że wydający się trudnym ażur moje palce już znają i pewnie przerabiają kolejne oczka, narzuty, łączenia.
    Zawsze mam też na drutach więcej niż jedną robótkę, bo czasami jestem zbyt zmęczona na cienką nitkę, innym razem nie mam serca do ażuru, a kolejnym potrzebuję zrobić coś małego i szybkiego, żeby móc się tym już cieszyć :)
    Na razie mam jeszcze wiele pomysłów dla siebie, dla męża, rodziny i znajomych. Ale jeśli nie będę miała komu dawać to i tak nie przestanę robić, bo to jest jakaś magia… plączesz nitki przez tydzień i się okazuje, że powstaje z tego piękna chusta, a dodatkowo głowa jakaś spokojna i świat bardziej kolorowy.

    • ik 27 czerwca 2022 at 4:42 pm- Odpowiedz

      Bo to jest magia i pięknie to w komentarzu podsumowałaś.
      Cudownie, że nie boisz się modyfikować wzorów i dostosowywać ich do swoich potrzeb i pomysłów, bo to najlepsza droga do tworzenia własnych wzorów albo po prostu dziergania „z głowy”. A powodów do dziergania mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie i osób, które będą chciały Twoje rzeczy nosić.

Zostaw komentarz