Nie lubię Dni Czegoś. Dnia Walki z Nowotworem, Dnia Walki z Depresją, Dnia Świadomości Autyzmu, nawet Dzień Kobiet i Dzień Dziecka niespecjalnie doceniam. Dlaczego? Bo osoby walczące z jakąkolwiek chorobą ciała lub ducha (i ich bliscy) czynią to przez 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu i przez nie wiadomo ile miesięcy. A prawda jest taka, że nawet jeśli tę walkę wygrają, to bardzo często nadal żyją w wielkim strachu, kiedy ich „ukochany wróg” wróci. Nie „czy wróci”! „Kiedy wróci”, bo trudno się pozbyć tego strasznego poczucia, że to nie koniec, że coś czai się za rogiem.

Co to jest jeden dzień?

Jest tylko jeden powód, dla którego te Dni Czegoś znoszę i nie zgrzytam zębami na każdy z nich po kolej. Bo stał się to przez ostatnich kilka lat taki moment, kiedy w sieci pojawia się mnóstwo informacji, które zwiększają świadomość problemu. Uczą, pokazują, co jest ważne, jak pomagać, jak wspierać, a przy depresji również czego za nic na świecie nie mówić i nie robić. I z tego powodu niech te dni będą, może coś do niektórych dotrze.

(Wracając do pierwszego akapitu – Dni Dziecka, Matki, Kobiet itp. powinny trwać cały rok i wszystkich tych kupujących czekoladki, kwiatki i zabawki tylko „z okazji” i przynoszących kawę z rana albo robiących dziecku naleśniki w środku tygodnia pierwszy raz od dwóch lat, a potem oczekujących pamiętania o tym ewenemencie przez kolejne trzy miesiące i jeszcze po jakimś czasie wypominających, że ja ci kupiłem, a ty już nie pamiętasz… No, jak to się zdarza tak incydentalnie, to kredą w kominie nie zapisałam i zapomniałam. Rób tak częściej, to zacznę zauważać z radością.)

Ale koniec dygresji, wracamy do tego, co do niektórych dotrzeć powinno. Że słowa mają wielką moc! Potężną! Moc leczenia i moc zabijania. Tak, nie będę owijać w bawełnę – słowa „zabijanie” użyłam bardzo świadomie – durny, bezmyślny tekst może zabić w kimś poczucie tego, że zrobiło się właśnie mały kroczek do przodu, że jest trochę lepiej, że udało się podnieść i nie leży się twarzą w błocie, już się klęczy (i to może być sukces, bo czasami o stanięciu na nogi nie ma jeszcze mowy). Może zabić w kimś chęć dalszej walki. I… może po prostu zabić, strącić kogoś w przepaść, z której nie ma powrotu.

A te teksty pojawiają się zawsze! Najgorzej, kiedy słyszy się je z ust osób, na które w pierwszym odruchu liczy się najbardziej. I napiszę od razu mocno i wyraźnie – osoby z depresją mają bardzo często ogromną blokadę przed głośnym powiedzeniem, że mają problem, że coś się dzieje, nie potrafią prosić o pomoc. Ja nie umiałam. Słowo „depresja”, „potrzebuję pomocy”, „nie daję rady”, „mam wrażenie, że wariuję, że przede mną jest czarna studnia i jak polecę, to już mi nikt nie pomoże” wylały się ze mnie – razem z potokami łez i będę obrazowa, ale taka prawda, smarków, dopiero w momencie, kiedy tak naprawdę leciałam, ale miałam to szczęście, że jedna para rąk łapała mnie od razu – mojego męża. I on do dzisiaj przyznaje, że nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, czego potrzebuję. Uczył się tej mojej depresji razem ze mną, ale chciał i wiedział, że czasami lepiej nie powiedzieć nic, tylko tulić, jakby świat nie istniał i mamrotać „jestem tu, spójrz na mnie, oddychaj” i czasami  to trwało całe kwadranse, ale działało. Rozmawiać i mówić uczyliśmy się miesiącami. Znowu podkreślę, że liczby mnogiej używam świadomie, bo mówienie do drugiego człowieka tak, żeby czuł się kochany, doceniany, zauważany i żeby dostawał skrzydeł i miał poczucie bezpieczeństwa, jest ważne wobec każdego, chorego, zdrowego, z depresją, kobiety, mężczyzny, starego i malutkiego. Dlatego on uczył się rozmawiać ze mną, a ja uczyłam się rozmawiać z nim. Nadal się uczymy. I popełniamy błędy. On potrafi zranić mnie, ja jego, ale kiedy coś takiego się dzieje, to… zaczynamy rozmawiać, co się właśnie stało, co czujemy, co nas zabolało. Bo słowa mają moc.

Gorzej, że od innych bliskich, których wtedy, cała obrzydzona sobą i swoją słabością i tym, że chyba pierwszy raz w życiu proszę o pomoc tak wyraźnie, mówię tak głośno, że nie daję rady, ja!!!, ja nie daję rady, ten tytan radzenia sobie, od innych pomocy nie było. Były za to zdania, które do dzisiaj bolą.

„A skąd ja mam wiedzieć, że potrzebujesz pomocy, skoro nigdy nic nie mówiłaś!” Rozłożę to niby niewinne zdanie na czynniki pierwsze, żeby pokazać, jak czytał je mój depresyjny mózg. To twoja wina! To Twoja wina, że nie dostajesz pomocy, bo nie umiesz się komunikować! – umiejętność obwiniania się nawet za to, że deszcz pada miałam tak potężną, że mogłam nią obdzielić mieszkańców Azji i wiem, że nie ja jedna, wiele osób z depresją czuje się winnych za wszystko. Nic nie mówiłaś, a powinnaś! – „powinności” i poczucie, że się nie doskakuje do standardów to kolejny problem, bo od razu pojawia się przekonanie, że się zawiodło oczekiwania innych. Do tego świadomość, że może się i nie robiło transparentów „Coś się dzieje, będę potrzebowała pomocy, proszę, spójrz na mnie, porozmawiaj ze mną!”, ale dawało się znaki, w moim rozumieniu potężne znaki, prawie jak wymalowane na parkanach napisy, że dzieje się źle, ale jak widać ta druga osoba tego nie dostrzegła i to moja wina! Znowu moja! Bo ja nawet nie potrafię dać do zrozumienia, że coś się dzieje. I wracamy do poczucia winy. Przy czym dzisiaj wiem, że te moje sygnały były widoczne, że one nie były machaniem malutką chusteczką w kolorze nijakim, one były mocne, tylko ta druga osoba nie chciała ich widzieć albo wolała ich nie widzieć.

To jeszcze jedno zdanie, które zostanie ze mną przez lata, ale najpierw małe wprowadzenie. Mój okres depresji miewał momenty, kiedy rozpadałam się na najdrobniejsze kawałeczki, bałam się każdego kolejnego dnia, zwlekałam się rano z łóżka z poczuciem, że już nie mam siły, a przede mną kolejne godziny, ryczałam i wrzeszczałam tak, że bolało mnie później gardło i puchły oczy i twarz. Ale obowiązki zawodowe zawsze potrafiły mnie zmobilizować do działania. Zawsze! Mogłam nie mieć siły powiedzieć słowa, mogłam wyć, ale jeśli miałam coś zrobić, to zrobiłam. Bo to mój obowiązek, a poczucie obowiązku było silniejsze niż każda ciemność. Dzisiaj też wiem, że nie ja jedna tak mam. Ile razy słyszycie zdanie „Ale jak to depresja, ale jak to popełnił samobójstwo? Przecież ja go widziałam, uśmiechnięty, spokojny, pracował, miał pieniądze. W życiu bym nie powiedziała!” Nie powiedziałabyś, bo nie widziałaś go w domu, kiedy maska spadała, kiedy siły znikały, kiedy mięśnie twarzy bolały od utrzymywanego sztucznie uśmiechu i człowiek stawał się wrakiem w ciągu sekund. (I to idiotyczne przekonanie, że jak się mam pieniądze, to nie można mieć depresji. Depresja w poszukiwaniu swoich ofiar nie sprawdza najpierw stanu konta, podobnie jak inne choroby i problemy tego nie robią.) To ja taka byłam. I usłyszałam w pewnym momencie od kogoś z rodziny, kogo moja depresja chyba uwierała strasznie, że „ty nie możesz mieć depresji, bo ty nie brzmisz jakbyś miała depresję”. Bo akurat w tej rozmowie byłam zbyt opanowana i „na zimno”. Po pierwsze uczciwie napiszę, że sekundę później brzmiałam jak osoba, która ma niekontrolowany atak agresji, bo darłam się jak opętana (ale to pewnie też nie oznaka depresji dla takich osób, a warto pamiętać, że depresja nie oznacza jęczenia i użalania się, płaczu i marudzenia, depresja miewa też bardzo agresywne reakcje, również skierowane przeciwko samemu sobie). Ale po drugie do dzisiaj zastanawiam się, jak ja, do cholery, wtedy powinnam brzmieć? Jest jakiś „depresyjny sposób mówienia”?

O wszelkich „Wszystko będzie dobrze. Inni mają gorzej. Idź na spacer. Zajmij się czymś. Powinnaś wyjechać. Za mało wychodzisz. No, ja też się czuję przybita. Zamień się ze mną, to wtedy zobaczysz, jak wyglądają problemy, ty to masz życie usłane różami (lub jakakolwiek inna wariacja na temat „mój ból jest większy niż twój”). Nie przesadzaj.”, czyli o standardowym „kanonie pomocowym” nawet się nie zająknę. Napiszę tylko tyle – to nigdy nie pomogło, nie pomaga i nie pomoże! A może wywołać katastrofę.

Uff, no to napisałam. Może to komuś pomoże, może ktoś pomyśli to, co ja często myślałam wtedy, czytając historie innych, że nie jestem taką wariatką, za jaką się uważam, bo inni miewają tak samo, czują to samo, ich emocje są bardzo podobne, czyli jest dla mnie nadzieja. Ale największą nadzieję mam na to, że do kogoś dotrze, że słowa mają moc i czasami warto pomyśleć, co się wydobywa z naszych ust i zamiast ranić, to zacząć pomagać tym, co mówimy.

27 komentarzy

  1. Edyta 23 lutego 2022 at 5:46 pm- Odpowiedz

    Ważny temat. Ja też nie potrafiłabym rozmawiać z osobami w depresji. Żeby nie urazić, nie być zrozumiany jako wścibska. No właśnie, jak pomóc osobie w depresji?

    • ik 23 lutego 2022 at 6:12 pm- Odpowiedz

      Jeśli chcesz znaleźć informacje o tym, jak wspierać osoby z depresją i czego i jak do nich nie mówić, bo to ważniejsze niż to, co mówić, to sprawdź w sieci, wpisując takie hasło w wyszukiwarkę i wybierając jakiś znany portal o zdrowiu. Na szczęście takich zwięzłych poradników pojawiło się w ostatnich latach sporo.
      Ja napiszę od siebie i o sobie, że kontakt z osobą z depresją bywa trudny, ze mną na samym początku był bardzo trudny, bo ja potrafiłam odwracać kota ogonem i próby pocieszenia zamieniałam w autodestrukcyjne stwierdzenia. Mój mąż wtedy nie próbował prowadzić poważnych rozmów, raczej mówił, że widzi, co się ze mną dzieje, jest obok, nie zostawi mnie, że teraz mnie raczej przytuli. Nasze relacje były znacznie bardziej intymne niż kontakt ze znajomą czy przyjaciółką, ale mam wrażenie, że najważniejsze jest rzeczywiste bycie obok, kontakt, potwierdzanie słowem i czynem, że się po prostu jest, że się nie zniknie. Że w każdej chwili można pogadać. Ale nie zostawiaj inicjatywy osobie z depresją, bo ona nie zadzwoni, raczej nie, ja nigdy nie dzwoniłam do nikogo. Zadawanie pytań, jak się ktoś czuje… Ja na to reagowałam bardzo źle. I tu ważna rzecz, nie zrażaj się dziwnymi czasami wrogimi reakcjami, bo chyba wiele osób tak ma, ja tak miałam, że potrafiłam być bardzo niemiła, bo trudno mi było znieść użalanie się nade mną, ale w środku błagałam, żeby ten ktoś nie wyszedł, nie rozłączył się. Wiem, paradoks, ale nie jedyny.
      I jeszcze jedna rzecz i to ważna – jeśli wiesz, że nie udźwigniesz kontaktu z osobą z depresją, to lepiej jej to powiedzieć uczciwie i szczerze, z szacunkiem dla niej i jej stanu niż ją okłamać, dać nadzieję i zniknąć, bo to może być dramat. Albo jasno określić, jaką rolę chcesz odegrać – bo zapewniam, że gdyby mi ktoś powiedział na początku, że nie jest w stanie ze mną rozmawiać o moich problemach, bo tego nie dźwignie, bo jest za słaby, ale jeśli będę chciała iść na 10km spacer w ciszy z nim, to on jest dla mnie zawsze i wszędzie do dyspozycji, to bym to doceniła, nawet na początku, kiedy wszystko mnie przerażało, ze mną włącznie.

      • art-glass-ak 6 marca 2022 at 3:14 pm- Odpowiedz

        Po pierwsze: cieszę się, że wracasz do nas :)
        Po drugie: dziękuję Ci, bo dzięki Tobie zrozumiałam „co mi dolega”.

        • ik 6 marca 2022 at 4:08 pm- Odpowiedz

          Też się cieszę, że jestem.
          I zrozumienie „co dolega”, a prawdę pisząc, co może dolegać, dla mnie było tym najważniejszym momentem, bo nagle wiele rzeczy zyskało wyjaśnienie. Najważniejszym i najtrudniejszym, bo musiałam głośno przyznać, że tak, coś się ze mną dzieje.

  2. Anonim 23 lutego 2022 at 6:10 pm- Odpowiedz

    Osoby ze zdiagnozowaną depresją nie pochwalą się nią, bo leczą się u psychiatry, a to rzecz wstydliwa. Sposobów na rozmowy i radzenie należy szukać w gabinecie lekarskim, nie w necie. Można też porozmawiać zosobami, które wychodzaaą z choroby, aby nawzajem się wspierać.

    • ik 23 lutego 2022 at 6:21 pm- Odpowiedz

      Ten stygmat leczenia się u psychiatry jest potworny. Gdyby osoby leczące się na wątrobę miały takie poczucie, że to wstyd, bo pewnie piją… Nie mają, więc zacznijmy głośno krzyczeć, że psychiatra to lekarz, depresja i inne problemy ze zdrowiem psychicznym to choroby.
      Osoby, które mają w rodzinie osobę z depresją i chcą jej rzeczywiście pomóc, tak jak napisałaś, mogą również zjawić się w gabinecie psychiatry czy psychologa i zapytać, jak w tej konkretnej sytuacji działać, na co uważać, na co być wyczulonym. Jeśli szukamy informacji bardziej ogólnych, to też odradzam pierwsze lepsze wpisy. Jeśli już, to tak jak napisałam wcześniej – wybierajcie do czytania artykuły z portali o zdrowiu. A wsparcie wzajemne jest bezcenne – dlatego właśnie ja nie ukrywam, że depresja nie jest mi obca. Sama pamiętam swoje reakcje, kiedy czytałam u innych, że oni czuli się dokładnie tak, jak ja, a mnie się wydawało, że odczuwam coś jak totalna wariatka, niespełna rozumu i ta świadomość, że to tak po prostu jest dawała mi poczucie, że dam sobie radę.

  3. Grażyna 23 lutego 2022 at 7:52 pm- Odpowiedz

    Ti voglio bene ❤️

    • ik 24 lutego 2022 at 5:13 am- Odpowiedz

      Grazie mille!

    • martu basinek 24 lutego 2022 at 10:01 am- Odpowiedz

      Bo te rozmowy są trudne dla obu stron.
      Miałam jesienią epizod depresyjny. Inny niż wcześniejsze, bardzo dynamicznie postępujący, intensywny, na szczęście tez dość krotki (miesiąc, może 6 tygodni).
      Płakałam i mówiłam bliskim ludziom: „źle się czuje, nie wiem, co się dzieje, bądź, wytrzymaj. Jeszcze nie chcę do psychiatry, jeszcze chce spróbować bez leków, ale mam to w odwodzie. A jak będziesz się martwił, ze jest gorzej, albo ze za długo trwa, to przypomnij mi o lekarzu, ok?”
      Tak się umówiliśmy.
      Był. Dużo tulił. Patrzył w oczy. Wytrzymał. Ja wytrzymałam. Minęło.

      • ik 24 lutego 2022 at 11:02 am- Odpowiedz

        Może to bardzo głupio zabrzmi, ale to tulenie i to takie unieruchamiające było dla mnie często najlepszym lekiem.
        Dobrze, że minęło, niech nie wraca jak najdłużej!

        • Ovillo 10 marca 2022 at 7:32 pm- Odpowiedz

          Tak mi się z tuleniem skojarzyło- dla mnie takim fantastycznym odkryciem- co prawda z nieco innych powodów- była kołdra obciążeniowa. Przetestowawszy na sobie, polecam, może akurat komuś spasuje. Wrażenie unieruchomienia- mocne.

          • ik 10 marca 2022 at 7:42 pm- Odpowiedz

            To ja z mojego doświadczenia dodam, że poczucie obciążenia i takiego lekko unieruchamiającego otulenia przy spaniu w takich najgorszych momentach było mi bardzo potrzebne, tylko ja sobie zafundowałam dodatkowy ciepły ciężki koc (bom również bardzo ciepłolubna), ale kołdrę rozważałam i też mam wrażenie, że działa cuda.
            Ale… lekko humorystycznie :) – ja mam Teodora, który spełnia rolę młyńskiego koła położonego na człowieku, a że uwielbia spać na mnie i potrafi przespać całą noc z krótkimi przerwami na kuwetę i jedzenie, to działa jak kołdra i jeszcze mruczy i czasem zafunduje masaż :)))))) Ale naprawdę czasami samo poczucie, że on jest, posapuje i śpi jak kamień uspokaja niesamowicie.

            • Ovillo 12 marca 2022 at 11:57 am- Odpowiedz

              Ta moja bardzo ciepła. Co do żywej wersji, to moja psica waży połowę tego co ja, więc ta opcja raczej odpada. Ale unieruchomić też potrafi, bo jak już wlezie do wyra, to nie ma zmiłuj się, miejsca na przewrócenie się z boku na bok brak. Natomiast świadomość, że jest obok i chrapie- cudowna!

  4. Kola 23 lutego 2022 at 8:52 pm- Odpowiedz

    Bardzo ważny i potrzebny tekst – miałam styczność z depresją w bliskim otoczeniu, i też nie miałam pojęcia jak pomóc, co mówić, czego nie mówić. Oby nie było następnego razu, oby mi się ta wiedza nie musiała przydać… Dziękuję…

    • ik 24 lutego 2022 at 5:22 am- Odpowiedz

      Nauczenie się, jak się komunikować z osobą z depresją jest trudne, tym bardziej, że każdy przypadek jest trochę inny, ale najważniejsze na dzień dobry jest wbicie sobie w głowę, czego mówić nie należy oraz sympatia i szczerość. I nieznikanie.
      Statystycznie rzecz biorąc, pewnie niestety ta wiedza się kiedyś jeszcze przyda, wobec znajomego, rodziny, tym bardziej, że mam wrażenie, że pandemia zbierze swoje depresyjne żniwo, już zbiera. Dlatego warto chociaż pamiętać o tym „kanonie”, który jest tak strasznie raniący i bezsensowny, a tak często powtarzany.

      • Beata (beciagie) 25 lutego 2022 at 4:08 pm- Odpowiedz

        Pracowałam w grupie facetów, z którymi czułam się bardzo bezpiecznie i którzy wiele mnie nauczyli w kwestii asertywności i to im, pierwszy raz w życiu, powiedziałam (spoza kręgu przyjaciół i rodziny – tak, celowo używam tej kolejności, z podobnych powodów do Twoich), że dziś nie mam siły się uśmiechać, że nadal ich bardzo lubię, ale zmarła moja mama i nawet tabletki, które nacodzień mają sprawić, że ich nie morduję, dziś nie pomagają… Ich reakcja, utwierdziła mnie w przekonaniu, że trzeba mówić, trzeba uświadomić, że jak ktoś chodzi do psychiatry i psychologa (same tabletki nie rozwiążą problemu), to nie jest szaleńcem, który biega po ulicy z siekierą. Oni przyjęli to tak, jak bym ogłosiła, że mam wrzody żołądka i nie zamówię z nimi hamburgera na obiad. I po prawdzie… to tak jest. To jest taka sama choroba jak cukrzyca, czy świerzb… Tak więc dzięki serdeczne za ten wpis. I ten na instagramie. I marzę o czasach, kiedy nikt nie będzie się wstydził pójścia do psychiatry bardziej niż do wenerologa… To pomogłoby wielu ludziom.
        Jest też świetna akcja nastolatków, bardzo mądrych ludzi, którzy założyli profil fb „Idź pobiegaj”.

        • ik 25 lutego 2022 at 4:22 pm- Odpowiedz

          Paradoksalnie mam wrażenie, że ta nieszczęsna pandemia nam nieco w tym oswajaniu chorób i problemów psychicznych pomoże, bo chyba nigdy do tej pory nie było tak dużo uświadamiania, tak dużo informacji o tym, że – ujmę to bardzo nielekarsko – nieradzenie sobie, rozsypywanie się na drobne kawałeczki, agresja, poczucie smutku, które trwa i trwa – to są problemy, których doświadcza mnóstwo osób i szukanie pomocy nie jest wstydem, mówienie głośno o tym nie jest wstydem, oczekiwania zrozumienia nie jest wstydem. Że to normalne, kiedy tyle dzieje się dokoła nas i w nas. I mnie się marzy bardzo podobnie, ale wiem, że to będzie długi proces, zanim psycholog lub psychiatra przestanie tak stygmatyzować. Ale może dożyjemy.
          A młodzież to my teraz mamy mądrą i ich akcje czasami mnie wprawiają w czysty zachwyt, bywają takie dosadne i w punkt bez filozofowania.

  5. Ania 23 lutego 2022 at 10:50 pm- Odpowiedz

    Bardzo trudny temat Aga poruszyłaś. Niestety nie umiemy rozmawiać o chorobach czy śmierci. A jak pomóc drugiej osobie w tej sytuacji tym bardziej. Dziękuję Ci bardzo za ten tekst.

    • ik 24 lutego 2022 at 5:38 am- Odpowiedz

      Bo oba tematy nie są proste i czasami myślę, że tylko specjaliści radzą sobie zawsze i wszędzie, z każdą osobą i sytuacją, a może też nie… Ale świadomość, że się nie umie, to już początek do tego, żeby chociaż spróbować się nauczyć. Zapewne wtedy też uważa się bardziej na to, co się mówi. Najgorzej ranią te osoby, które nawet nie zastanowią się, czy potrafią, czy nie, przekonane, że ich podejście jest właściwe i „z troską”, a w rzeczywistości zachowują się jakby waliły emocjonalnym tasakiem na oślep.

  6. Melisska 24 lutego 2022 at 6:16 am- Odpowiedz

    Ten temat to bardzo ciężki kaliber. Chciałabym napisać tak wiele, a jednak nie wiem jak to w słowa ubrać żeby nie wyszedł dwumetrowy wpis. Może napiszę tylko tyle, że przerabiam ten temat z obydwu perspektyw. Mimo doświadczenia często nie wiem jak rozmawiać z moim nastoletnim synem. Wiesz co mnie uderza? Mam wrażenie, że osoby z depresją to bardzo często perfekcjoniści, którzy dążą do zadowolenia całego świata, że ciągle wydaje im się że są za słabi, za mało umieją, mają na sobie okrutną presję otoczenia i niskie poczucie własnej wartości. Wciąż czują potrzebę udawadniania całemu światu, że są coś warci. Często katują się krytykowaniem samych siebie, mają poczucie, że zawiedli czyjeś oczekiwania.
    Rozmowa to w ogóle bardzo trudna sztuka, a to dlatego, że każdy chce mówić o sobie i najlepiej wychodzi nam prowadzenie monologu, ale już nie każdy z uwagą słucha co ta druga strona mówi. A wydaje mi się że czasem to umiejętność słuchania jest tą najbardziej potrzebną.

    • ik 24 lutego 2022 at 6:32 am- Odpowiedz

      Ja się mogę podpisać pod każdym Twoim zdaniem. Z tymi monologami – masz rację, nie umiemy słuchać, jak słuchamy, to nie słyszymy, a jak słyszymy, to jeszcze jest, to co między słowami.

  7. Kruliczyca 24 lutego 2022 at 5:57 pm- Odpowiedz

    Nie zgadzam się z tak ustawioną perspektywą. Ludzie mają prawo nie wiedzieć, że chorujesz. Mają prawo nie rozumieć, w jaki sposób ty (ja też, każdy) odbierasz to, co mówią. Jasne, zdarza się często, że spotykamy się z niechęcią, argresją (w tym tą najgorszą, pasywną) , złością, lękiem i innymi trudnymi do przyjęcia emocjami innych ludzi. Bo oni też mają prawo mieć te emocje. Emocjami tym trudniejszymi dla chorujących na depresję, bo mają za dużo własnych trudnych do strawienia, do zrozumienia, do przyjęcia emocji.
    Osoba chorująca na depresję może przyjmować od innych pomoc, jeżeli ma to szczęście, że jest otoczona osobami które wiedzą jak to robić. Ale nie może oczekiwać, że pół świata się zorientuje, czego taka osoba potrzebuje, że wyjdzie z inicjatywą pomocy pomimo braku sygnału ze strony chorującego, czy będzie uważać na każde słowo i generalnie stąpać na paluszkach. Jeżeli z jakiegoś powodu jakieś interakcje powodują u kogoś dyskomfort psychiczny, osoba ta powinna dokonać analizy, co się właściwie dzieje. Na przykład przy pomocy terapii.
    I jeszcze, nie zgadzam się z określeniem depresji jako choroby ducha. Jest to jak najbardziej choroba ciała, bo mózg to przecież część ciała. Jego nieprawidłowe funkcjonowanie wpędza chorujących w obniżony nastrój (który jest tylko objawem chorobowym). Dodaj do tego nieustanne bombardowanie stresem tak zewnętrznym, jak i wewnętrznym i bum! Deprecha wielka jak słoń. A co to ten stres wewnętrzny? To jest właśnie ten psychologiczny, duchowy aspekt. To są traumy, szkodliwe mechanizmy, które spowodowały trwałe zaburzenie postrzegania własnej wartości.
    Piszę to wszystko z perspektywy osoby chorującej na depresję. Proszki zostaną ze mną do końca życia, bo tylko z ich pomocą mogę funkcjonować normalnie. Uczestniczyłam również w psychoterapii, dość gruntownej, wiem więcej o sobie, co pozwala mi ograniczyć sobie wewnętrzny stres, samobiczowanie, samoobwinianie.
    Been there, done that.

    • ik 24 lutego 2022 at 6:24 pm- Odpowiedz

      A ja nie wiem, czy zgadzam się z Twoją perspektywą. Jakoś strasznie mało empatycznie to brzmi.
      Tekst powstał przy założeniu, że ludzie wiedzą, że choruję i dostają jasny sygnał, że potrzebuję pomocy, a mimo to mówią coś, co rani. I nie, ja nie oczekuję, że „pół świata się zorientuje”, bo w moim przypadku bardzo pilnowałam, żeby prawie cały świat nie wiedział i od osób, które nie miały pojęcia nie oczekiwałam niczego, ale od tych, którzy mieli pełną świadomość choroby i problemu, to już oczekiwałam.

  8. ZUZA 24 lutego 2022 at 7:37 pm- Odpowiedz

    Ech… Napisałam długi wpis, ale… Skasowałam , bo nie umiem wyrazić tego co myślę :(
    Kocham Cię bardzo i ślę dobre myśli, ale pisać będę rzadko…

    • ik 25 lutego 2022 at 5:15 am- Odpowiedz

      Oooo, bo pisanie o emocjach jest trudne. Ściskam mocno i dziękuję!

  9. MonikaS 25 lutego 2022 at 7:37 pm- Odpowiedz

    Aguś, nie znamy się i pewnie w tzw realu nigdy się nie poznamy, ale jak już kilkukrotnie pisałam, dla mnie jesteś lekiem na całe zło. Wiem pomijam Twego Ślubnego, ale mimo, że o nim nie piszę dla mnie jesteście Całością. Piszę sporadycznie, wolę Was czytać, słuchać Twojego głosu, który nie dość, że koi to uczy, a nawet bawi. Egoistycznie czerpię z Was dobro. Wampiryzm? ;0) Leczę Wami własne rozdarcia. Okrutne? Nie. Z mojego punktu widzenia uzdrawiające. Jesteście mi bardzo potrzebni. Czekałam, cały czas mając nadzieję, że wrócicie. W innej formie, tylko na własnych warunkach i mam nadzieję, że bez przymusu obowiązku, a z przyjemnością i dla przyjemności, przede wszystkim własnej .
    Dziękuję za to, że jesteście. Dziękuję za to, że tak bardzo się kochacie i szanujecie, że razem walczycie o dobro i życie.
    Dla mnie to Wy jesteście moimi Cukiernikami.
    Dziękuję.
    Przepraszam.

    • ik 25 lutego 2022 at 7:57 pm- Odpowiedz

      To jest niesamowicie miłe, że to ja „lukruję” Twój świat, polecam się z całego serca! Bierz, czytaj, słuchaj, oglądaj i jeśli miewasz się dzięki temu dobrze, to ja się tylko cieszę.
      Ten powrót był mnie tak samo potrzebny i to właśnie taki – bardziej publicystyczny, bardziej rozgadany, ale też mniej regularny. Co ciekawe, jak nie mam planu na wpisy, to one się rodzą same, z niczego.
      To ja mieszam tęczowy lukier i niech się leje i leczy Twoje rozdarcia i poprawia humor.

Zostaw komentarz