To najpierw o kwestiach czysto literackich – na ponoblowską powieść Tokarczuk czekałam niecierpliwie i z lekkim niepokojem, bo to trochę taka sytuacja jak bronienie tytułu mistrzowskiego w sporcie, wszyscy oczekują potwierdzenia Twojej wielkości, a po cichu liczą na to, że jak się nie uda, to będzie skandalik, okazja do skomentowania, że „ja wiedziałam, że…” i „od dawna twierdzę…”.

I pojawił się „Empuzjon”. A ja pozwoliłam mu chwilę poczekać, nie rzucałam się jak wygłodniała harpia, ale w końcu zajrzałam, przeczytałam pierwszy rozdział i jakoś tak wpadłam w te uzdrowiskowe klimaty. Młody Mieczysław Wojnicz trafia do sanatorium, gdzie kuracjusze (co za piękne słowo) nie tylko biorą kąpiele, leżakują, poddają się badaniom i walczą o stan swoich płuc, ale też plotkują, jedzą, piją, zawierają znajomości i poznają okolicę, a okolica jest… „dzika”. Więcej nie napiszę, bo zepsuję Wam przyjemność czytania.

Co mi się podobało?

Ja jestem wielbicielką, i to entuzjastyczną, powieści magicznych, gdzie realizm przeplata się z baśniami, wierzeniami, gdzie nie wiadomo, czy to sen czy jawa, czy to się komuś przydarzyło, czy przyśniło i Tokarczuk potrafi tak snuć opowieść, że ja wpadam po uszy.

Warstwa językowa, i tym razem, bez zarzutu i czyta się to z poczuciem, że język polski jest piękny, bogaty i niesamowicie plastyczny. Jak zwykle w powieściach Tokarczuk, kiedy ona zaczyna pisać o zapachach, smakach, fakturach, to ja je czuję. I jak pisze o czymś pięknym, to się zachwycam. A jak pisze o czymś obrzydliwym, to mi niedobrze. Kto czytał, to pewnie domyśla się, że chodzi mi o opisy potraw. Czy to się naprawdę jadało? Fuj!

Fabuła, zaskoczenia, zwroty akcji może nie na poziomie fajerwerków, ale adekwatne do tempa powieści.

Czy uznaję to za potwierdzenie mistrzostwa autorki, czy to powieść godna noblistki? Nie wiem. Może. Chyba, ale… To nie „Księgi Jakubowe”, które uwielbiam, „Empuzjon” jest po prostu zupełnie inny. Ja często oceniam powieści po wrażeniu, jakie we mnie zostaje po tygodniu, po miesiącu, po latach, czy pamiętam, czy ciągle wspominam, czy nadal mam w sobie chociaż część tych emocji, które miałam, czytając. „Empuzjon” emocje wywołał, po kilkunastu dniach nadal „mnie trzyma”, łapię się na tym, że mam ochotę wrócić do niektórych fragmentów, żeby je przeczytać jeszcze raz, wiedząc już, jakie jest zakończenie powieści. Czyli ocena ogólna nie będzie niska – powiedzmy, że powyżej średniej. Czy spodziewałam się czegoś więcej po tej pierwszej powieści po Noblu? Przyznaję, że tak. Czekałam na coś niesamowitego, dostałam coś dobrego. Nie czuję rozczarowania, raczej ulgę, chociaż nie wiem, czy to dobre słowo. Tokarczuk napisała coś, w czym od razu „wyczułam” Tokarczuk, więc jest dobrze.

To teraz przejdźmy do tego, że nagle okazało się, że czytam skandalistkę! Tokarczuk powiedziała, że jej książki nie są dla idiotów, łoooooo!!! Skandal! Jak można! Klasizm! –  przy okazji, jakie piękne słowo pojawiło się jako kamień rzucany w pisarkę. Wycie słychać ze wszystkich stron. Jak można. Politycy krzyczą na całe gardło, że to karygodne. Może jej Nobla odebrać jakoś, jeśli się da. Pisarze deklarują, że owszem oni dla idiotów piszą… Bez komentarza. Blogerki i blogerzy postanawiają się wypromować na skandalu i nagle okazuje się, że na co dzień pisuje się o pasztecie, ale dzisiaj zostanie się krytykiem literackim i obrońcą mas społecznych spod strzech. A producenci czytników „łapią temat” i kontratakują, bo przecież „czytnik jest dla każdego” i reklamują swoje produkty na fali skandalu.

To ja napiszę tyle – przeczytałam cały zapis tej rozmowy pana Sosnowskiego z Olgą Tokarczuk oraz jego komentarz i uważam, że próba wywołania skandalu na podstawie jednego, wyrwanego z kontekstu bardzo długiej rozmowy, zdania uda się bez problemów, bo przecież Tokarczuk powiedziała, że „Polacy to idioci”. Ale jak się przeczyta już całość, zrozumie kontekst, to okazuje się, że tam nie ma ocen, tam jest próba mówienia o kompetencjach do czytania literatury „różnego lotu”, o wrażliwościach i o tym, że nie każda książka trafi „pod strzechy”. Edwin Bendyk pisze o „idiotycznej awanturze” i ja to też tak postrzegam – przydarzyła się okazja do rzucania kamieniami, to Polak łapie głazy narzutowe i wali na oślep, bo ktoś go nazwał „idiotą”. Tylko mam wrażenie, że wiele osób w tym zacietrzewieniu używa takich argumentów, którymi nie udowadnia wcale, że nie jest idiotą, ale z uporem twierdzi, że on po prostu idiotą ma prawo być.

To teraz subiektywnie i hipotetycznie. Nie czytuję pana Remigiusza Mroza, bo mi z nim nie po drodze. Pan Remigiusz na spotkaniu z okazji wydania swojej tysięcznej powieści, powie coś o tym, że jego książki nie są dla „idiotów”. Czyli ja zostaję zaliczona do tej grupy, bo nie pochłaniam strony za stroną (przypominam, że ja tu snuję rozważania hipotetyczne, żeby mi się zaraz nie oburzyli miłośnicy Mroza). Czy czuję się wściekła tak, że mam ochotę wysmażyć wpis na dwie strony A4 o tym, jak to mnie pan Remigiusz sponiewierał? Raczej nie. Ale jeśli chciałabym się wypowiedzieć na temat, bez ślepego walenia kamieniami, to bym dotąd szukała, aż znalazłabym cały zapis lub nagranie tej rozmowy i oceniła kontekst oraz przygotowała sobie cytaty… I gdyby ten kontekst był taki, jak w aferze „TokarczukGate”, to bym nie napisała niczego.

I na koniec, czy użycie słowa „idioci” było w porządku? Nie wiem. Mogę przyznać, że można to było sformułować inaczej. Ale biorę poprawkę na spotkanie na żywo, myśli wyrażane na bieżąco, chociaż to pisarka, więc odpowiedzialność za słowo rośnie, ale ta sama odpowiedzialność spoczywa na innych grupach zawodowych – tak je nazwijmy – i jakoś używają znacznie gorszych określeń i oburzają się na wszelkie uwagi, że tak nie można albo złośliwe rechoczą, bo im można…w końcu „hołota” lepsza niż „idiota”. Oni stwierdzają fakt, a Tokarczuk obraża naród. Tylko zastanawiam się, czy inne, mniej dosadne określenie, użyte w czasie tego spotkania, nie zostałoby tak samo nagłośnione i potępione…

I wracając do początku – kiedy Media Markt co dziesięć minut darło się do mnie z telewizora, że jest sklepem nie dla idiotów, a ja zakupów tam nie robiłam, to nie czułam się obrażona. Nie mój sklep, nie moje epitety, parafrazując znane powiedzenie. A potem UOKIK powiedział, że reklama nie narusza dobrych praktyk. A szefostwo sieci twierdziło (cudownie odwracając kota ogonem), że „nie dla idiotów”, znaczy dosłownie „dla inteligentnych”. Czy gdyby Tokarczuk poszła tym tropem i powiedziała, że jej książki są „tylko dla inteligentnych” i trafiają do „najlepszych domów”, to cały internet zacząłby się prześcigać w pokazywaniu tomów noblistki na własnych półkach, blogerki robiłyby fotki z książką Tokarczuk czytaną przy porannej kawie, a instagramerzy „rolkowali” czytanie na głos co ciekawszych akapitów? Bo wtedy by się zapisali do „klanu inteligentnych”? Nie wiem. Ale możliwe, że tak. Chociaż nie, bo wtedy nikt by na wypowiedź Tokarczuk nie zwrócił uwagi. Ot, pogadała sobie autorka na spotkaniu z czytelnikami.

39 komentarzy

  1. Monika 28 lipca 2022 at 4:09 pm- Odpowiedz

    Dlaczego ja mam tablet z niewygodną klawiaturą, a tu taki temat? Spróbuję krótko, co może na dobre wyjdzie. Moja historia z Tokarczuk jest krótka – kupiłam jej dwie pierwsze książki jak tylko wyszły, postawiłam na kilka lat na półce, a potem chciałam znaleźć coś ładnego, nie udało mi się, sprzedałam długo przed Noblem. Przeczytałam Lalkę i perłę, zdziwiłam się i już niczego nie mam zamiaru czytać.
    Ale w całej sprawie jest mnóstwo wątków – po pierwsze, ludzie dziwnie reagują w temacie książek – wstydzą się, chełpią. Czy ktoś pyszni się tym, że lubi pomidory? Albo chlubi tym, że je tylko oliwki? Nie. A tymczasem co usłyszałam? Że do jedzenia oliwek trzeba mieć kompetencje, i że są zawieszone. Jednym słowem – jeżeli nie zachwycasz oliwkami, to nie rozumiesz. I to mnie ubodło, bo jeżeli nie lubię oliwek, to mogą być sobie zawieszone na samej Atenie i tak będę jadła pomidory. Najzabawniejsze, że słowa o idiotach padło po stwierdzeniu, że Empuzjon jest pomidorem (czyli horrorem). Ubodło mnie też, albo nie, nie ubodło, ale zadziwiło, że Noblistka nie może sobie wyobrazić osoby bez kompetencji, która bez przygotowania czyta „literaturę wysoką”. No, szkoda że nie znała mojej babci, nie musiałaby sobie wyobrażać. Tyle w tym jest snobizmu, że aż przykro słuchać.
    Ciekawie o tej aferze mówi pan Krzysztof Maj, który zadaje pytanie dlaczego ktoś, kto ujmuje się za dyskryminowanymi osobami LGBT, dyskryminuje osoby czytające pomidory spod strzech.
    Jeszcze tylko chciałam dodać, że wrzeszczą i rzucają kamieniami ci, których kultura jest na poziomie wrzeszczenia i rzucania kamieniami. Nie ma to żadnego związku z tym, czy wypowiedź pani Tokarczuk była klasistyczna czy nie. No i oczywiście są tacy, którzy wysłuchali całości i nawet przeczytali mowę noblowską (z bólem), zatem zdanie mają w miarę obiektywne :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    • ik 28 lipca 2022 at 4:23 pm- Odpowiedz

      Czekałam na Twoją opinię i oto jest, a że już wcześniej napisałaś, że pani Tokarczuk to niekoniecznie Twój świat, to dokładnie tego się spodziewałam, że opinia będzie raczej na nie. Ale szanuję i bardzo doceniam kulturę tej opinii.
      Co do kompetencji i czytania „literatury wysokiej” (bardzo nie lubię tego sformułowania, ale przyjmijmy, że oddaje dokładnie to, co oddawać w tej dyskusji powinno), to pytanie, co Tokarczuk rozumie przez kompetencje, a co rozumiesz Ty. Bo jeśli ta wrażliwość, o której mówiła ona, znajomość świata, ludzi, emocji (co dodaję ja), to ja uważam, że bez takich kompetencji takiej literatury nie zrozumie się ani nie doceni. I takich kompetencji Twojej babci zapewne nie brakowało. A „ilość klas” (to powiedzenie mojej babci) ma tu żadne znaczenie, do czytania potrzebna jest znajomość liter i rozumienia emocji, wrażliwość na nie, na piękno, na słowo, a nie lista „zaliczonych” autorów i dyplomy uczelni. To takie jest moje pojmowanie kompetencji.
      Pozdrawiam ciepło.

      • Monika 28 lipca 2022 at 4:57 pm- Odpowiedz

        Gdyby to była tylko wrażliwość, ale po przecinku było jeszcze „pewne rozeznanie w kulturze”. I sobie pomyślałam, że jeżeli do czytania Ulissesa niezbędna jest znajomość Homera, a do Empuzjonu znajomość Manna, to nie jest za dobrze. Bo oliwki powinny smakować świetnie bez znajomości mitów greckich, a że znajomością smakować bosko.
        Tu nie miejsce na opowiadanie różnych historii, ale przypomina mi się oburzenie Gombrowicza, że jakieś ciotki teraz piszą do redakcji i bez kompetencji wypowiadają się na tematy literatury. Czasy niby już nie te, ale taki właśnie podział na literatów i ciotki ciągle żywy. No, żeby nie było, że negatywnie tylko mówię o autorach, za których twórczością nie przepadam, to jednym z bolesniejszych doświadczeń było przeczytanie wypowiedzi autorki mojej ukochanej Jeżycjady. Dalej czytam i kupuję jej książki, bo zdecydowanie oddzielam twórcę od jego twórczości. Pewnie mało który wielbiciel Beethovena chciałby być jego sąsiadem. :)

        • ik 28 lipca 2022 at 6:01 pm- Odpowiedz

          O tym, że „Empuzjon” do „Czarodziejskiej góry” nawiązuje to jedno, ale na tym samym słynnym spotkaniu Tokarczuk jasno powiedziała, że do czytania jej powieści znajomość Manna nie jest niezbędna. Czyli może smakować bosko bez. A że może być ciekawiej „z”, to inna kwestia.
          Co do „pewnego rozeznania w kulturze”, to znowu – jak Tokarczuk rozumie kulturę, a jak Ty? Bo ona definicji nie podała, więc może wcale nie mówicie w tej kwestii tą samą definicją : ))))
          A co do Jeżycjady, to tutaj mój sentyment zadziałał silniej niż niezgoda z tym, co się Musierowicz wyrywa w publicznych wypowiedziach. Ale kiedy Jacek Piekara podzielił się swoimi „opiniami” na tematy nazwijmy to bieżące, to na moich półkach na jego utwory miejsca nie ma, bo tutaj autora od jego twórczości oddzielać nie mam zamiaru.

          • Monika 29 lipca 2022 at 8:29 am- Odpowiedz

            Tak, już czytałam w związku z tą aferą definicje osobiste „idiota”, może więc naprawdę ta wypowiedź nie dotyczyła idiotów i tak naprawdę chodziło o to, żeby przy czytaniu jeść jogurt z żywymi kulturami.
            Przepraszam że z przekąsem, ale to są pojęcia zdefiniowane, nie ma za dużo pola manewru.
            :))

            • ik 29 lipca 2022 at 8:34 am- Odpowiedz

              Ja bym tego do takich definicji nie spłycała, bo akurat napisałam jasno, że nie do końca mi dobrze z tym, że Tokarczuk użyła takiego określenia i powinna czuć odpowiedzialność za słowo (ona i wiele innych osób). Mogła inaczej i, powtarzając się znowu z tekstu wpisu, tylko pytanie, czy też naraziłaby się na taki atak.
              A z przekąsem, a może raczej z uśmiechem, to jogurt z kulturami żywych bakterii polecać należy.

              • Monika 29 lipca 2022 at 11:18 am- Odpowiedz

                Jeżeli wyraziłby się w sposób przemyślany i wyważony? Raczej nie wywołałoby takich emocji. W sumie sama dała argumenty swoim przeciwnikom.
                Płytkie czy głębokie, definicje są ważne. Tak jak mówił pewien profesor PŁ – inżynier powinien być precyzyjny, jak widzi śrubokręt, to nie mówi, że to maszyna do pisania. Humanisty też to dotyczy, w przeciwnym razie może do mnie mówić po japońsku. I tak trzeba go tłumaczyć :D

                • ik 29 lipca 2022 at 11:46 am- Odpowiedz

                  Mogę się zgodzić, że dała przeciwnikom jedno słowo, ale te emocje to już nie ona podsyca, tylko osoby, którym to na rękę, bo działa stara zasada, że najwięcej rozgłosu zyskuje się na skandalu. A co do tego, że jej przeciwnicy potrzebują czegoś „palniętego bez przemyślenia”, to przypominam, że afery już były, po wywiadach (autoryzacja raczej gwarantuje przemyślenie, czego spotkanie autorskie na żywo nie gwarantowało) i też okazywało się, że trudno znieść jej sposób patrzenia na świat i bieżące problemy. Nie wywiązywała się dyskusja, zaczynało się atakowanie ad personam. I żeby nie było – ja nie bronię tutaj Tokarczuk jako Tokarczuk. Ja raczej pokazuję, że żyjemy w takim świecie, że jeśli nie pasujesz do głównego nurtu i popłyniesz pod prąd, to możesz zostać wrogiem narodowym, bo myślisz inaczej i jeszcze to głośno powiesz.
                  I zauważ jedną rzecz – my się ze sobą nie zgadzamy w tej chwili w kwestii oceny tego spotkania Tokarczuk, ale dyskutujemy, zachowując dość wysoki poziom kultury. Ty masz swoje argumenty, ja mam swoje, Ty czytasz moje, ja czytam Twoje, z szacunkiem. A teraz wyobraź sobie, że na mój tekst zareagowałabyś komentarzem z określeniami, jakie spadły na nią. Albo ja bym na Twoje pierwsze stwierdzenie napisała coś, co nie dotyczy Twojej opinii, ale było po prostu personalnym atakiem, najlepiej z argumentami od króla Ćwieczka. Nie dyskutuję, atakuję. Tak się nigdzie nie dojdzie. I niektórzy próbowali pisać teksty, które były polemiką ze stwierdzeniem Tokarczuk, ale większość… bierz kłonicę i lecimy! Aaaa i widły!
                  Może dlatego ja wbrew pozorom lubię się spierać „na argumenty”, z bardzo silnym poczuciem odpowiedzialności za to, żeby nie walić personalnie, nie atakować, nie dogryzać i nie być złośliwą, bo może dzięki temu chociaż kilka osób zobaczy, że można inaczej. Że nie trzeba się zgadzać, żeby się słuchać. I może dlatego w pierwszej odpowiedzi napisałam Ci, że czekałam na Twoją opinię, spodziewając się, że będzie odmienna niż moja, bo to jak spotkanie szermierzy :))))) Na koniec i tak powinnyśmy się sobie ukłonić i rozejść do następnego razu.

                  • Monika 29 lipca 2022 at 12:39 pm- Odpowiedz

                    Jesteśmy kulturalne, bo jemy dużo jogurtów :D
                    Nie wiązałabym personalnych ataków z Tokarczuk. Wielu ludzi mają skłonność do takich, zwłaszcza kiedy im brakuje argumentów. I nie powiedziałabym, że ludzie są gorsi, uważam, że zawsze byli mieszani, tyle że teraz wszystko się dzieje na widoku.
                    Wspomniałaś niżej o Szymborskiej – ale jaka ona była skromna, nie mówiła, że podnosi poezję na wyższy poziom. :D

                    • ik 29 lipca 2022 at 12:58 pm

                      Toteż i ja nie wiążę, podkreślając, że chodzi mi o zjawisko, nie o nią jako o nią.
                      A co do Szymborskiej i jej podejścia do poezji i podnoszenia jej na wyższy poziom, to jest opowieść, że na początku kariery napisała tekst złożony, trudny, na „wyższym poziomie” i została mocno skrytykowana przez nauczyciela bodaj z miasta na R, Rzeszów, Radom… nie pamiętam, który w liście podpisanym przez całą klasę napisał, że poezja to powinna być pisana tak, żeby ją pastuch z Kazachstanu zrozumiał (zarzuty ideologiczne też były) i ona to sobie bardzo wzięła do serca. Przez dwa lata nie napisała nic, a potem o tym przysłowiowym pastuchu pamiętała. Kto wie, co by się stało, gdyby Stanisław Lem, który po przeczytaniu „Lalki i perły” uznał, że się wynudził i chciał napisać polemikę, ale zrezygnował, bo mu się jednak odechciało, jednak ją opublikował. Może to by zadziałało na Tokarczuk jak list nauczyciela na Szymborską : )))))

                    • Monika 30 lipca 2022 at 6:52 am

                      Z tego co czytałam, Lemowi szkoda było czasu na dokończenie lektury.
                      Ale osobiście poczułam się dotknięta tym pastuchem, bo od ponad roku słucham światowego fenomenu wokalnego. Nazywa się Dimash i często włącza do swojego repertuaru zaśpiewy kazachskich pastuchów, bo sam jest z Kazachstanu. Zatem, straszny buc z tego nauczyciela był. :)

        • ik 28 lipca 2022 at 6:05 pm- Odpowiedz

          Ach, bo zapomniałam w poprzednim komentarzu – ja Manna nie czytałam i nie czułam się przez to z „Empuzjonem” gorzej. Ale fakt, że przeczytać mam zamiar, ale na deser, a nie jako niezbędny wstęp do powieści Tokarczuk.

  2. Kola 28 lipca 2022 at 8:45 pm- Odpowiedz

    Na „Empuzjon” czekam w kolejce w bibliotece, więc się nie wypowiem…
    „Księgi Jakubowe” – tu mam bardzo mieszane uczucia, bo z jednej strony nie przebrnęłam do końca, a z drugiej dobrze mi się czytało, smakowało język… A czemu nie doczytałam? Bo w niewytłumaczalny sposób mnie usypiała ta książka, niezależnie od pory doby, poziomu energii i kawy w kubku – kilka/kilkanaście stron i niepohamowany opad żaluzji ;)
    Co do słynnej wypowiedzi Noblistki mam pewien niesmak… Czytanie książek (nie mówimy tu o podręcznikach i instrukcjach obsługi, tylko bardzo szeroko pojętej literaturze) rozwija, ubogaca wnętrze, wrażliwość, wyobraźnię. Więc ważne i cudowne jest, że ktoś czyta. Ile z danej książki dla siebie „wyciągnie”, ile z niej zrozumie i ile w nim – jego podświadomości, emocjach, spojrzeniu na świat – zostanie, to drugorzędna kwestia. I tu postawiłabym pytanie, czy ktoś będący zdecydowanie „nie-idiotą”, legitymujący się wieloma papierami wyższych ścisłych uczelni, posiadający ponadprzeciętne IQ i turbo matematyczny mózg oraz wrażliwość cegły, będzie „lepszym” odbiorcą literatury „wyższych lotów” niż osoba mniej wykształcona, ale obdarzona wielką wrażliwością i doświadczeniem życiowym. Każdy, kto przeczyta, odbierze po swojemu, „przepuszczając” daną książkę przez filtr swoich emocji, doświadczeń, wiedzy. Ale każdego każda książka w jakiś sposób rozwija, i to jest najważniejsze.
    Tak sobie pomyślałam, trochę obok tematu – w ramach rozwijania i ćwiczenia znajomosci angielskiego czytam czasem książki po ang. Wiadomo, jak to z językiem obcym, znanym mocno nieidealnie – jakiś fragment zrozumiem z kontekstu, albo po łebkach, coś tam sobie słownikiem pomogę, itd. To co, jestem profanem, i niegodnam ja dostępować zaszczytu czytania tegoż utworu? Bo nie zrozumiem głębi, niejednej metafory, albo żartu, tego co anglojęzyczny autor miał na myśli? Bo mój odbiór będzie inny, ograniczony przez niedoskonałe narzędzie znajomosci języka?

    • ik 29 lipca 2022 at 5:05 am- Odpowiedz

      Też mam takie książki, które mogą pomóc zamiast tabletek na bezsenność, dwa zdania i śpię :))) Ale akurat nie „Księgi”.
      Odpowiadając na Twoje pytanie – nie będzie i dokładnie to powiedziała Tokarczuk, że trzeba mieć pewną wrażliwość (a nie papiery uczelniane, co dopowiadam już ja), trzeba mieć doświadczenie, a nie IQ mierzone tradycyjnie, inteligencję, a nie wiedzę encyklopedyczną, bo to ostatnie może pozwoli zrozumieć absolutnie każde słowo, ale może już nie pozwolić zrozumieć emocji.
      Co do czytania „w językach”, to tak, nasz odbiór jest na początku ograniczony i niedoskonały, bo nie łapiemy żartów językowych, nie rozumiemy odniesień kulturowych, ale właśnie po to czytasz, żeby „złapać”. Gorzej, kiedy masz świadomość, że Twoje opanowanie języka nie jest pełne, wiedza o kraju czy środowisku niedoskonała, czytasz i stwierdzasz, że to książka jest do bani! Ja tak miałam na początku czytania po włosku współczesnych powieści, gdzie mnóstwo codziennego języka i odniesień do włoskiego tu i teraz, wiedziałam, że mi mnóstwo umyka, ale nie dochodziłam do wniosku, żem niegodna, tylko, że mam czytać dalej, to wpadnę głębiej, będę wiedziała więcej, rozumiała więcej, bawiła się lepiej, czuła mocniej. Nie stwierdzałam, że książka marna, tylko z pokorą, że to ja nie wszystko „czytam”. Ale nie czułam się jak idiotka, tylko jak uczeń.

      • Kola 29 lipca 2022 at 7:00 am- Odpowiedz

        No ale to co, że ci bez wrażliwości są niegodni czytania dzieł Tokarczuk? Bo dla mnie niestety wydźwięk tej wypowiedzi jest trochę na zasadzie „perły przed wieprze”. Ale przecież i „wieprz” może się „perłą” zachwycić, i właśnie dzięki niej rozwinąć swoją wrażliwość… A dla mnie mimo wszystko to było takie trochę pyszne, że oto ona w swym kunszcie perły tworzy, a wieprze nie docenią i nie zrozumieją…
        I nie, nigdy nie skreślam obcojęzycznej książki, że „do bani”, bo mam świadomość niepełnego odbioru. Najwyżej sobie obiecuję, że kiedyś wrócę, zrozumiem lepiej, i dopiero wtedy wyrobię sobie opinię.

        • ik 29 lipca 2022 at 7:27 am- Odpowiedz

          „Wieprz” raczej się perłą nie zachwyci, przykro mi, ale taka prawa. Jeśli chce rozwijać swoją wrażliwość i sięga po coś, co jest nawet „powyżej” jego możliwości, wrażliwości, to już nie jest „wieprzem”.
          Pycha… ja tego tak nie odbieram, bo właśnie sobie pomyślałam, że doskonale wiem, że mojego obecnego bloga też niektórzy będą omijać, bo teksty długie, nie tylko o robótkach, ale nie mam zamiaru zmieniać ani długości, ani treści, ani sposobu pisania. Czy to co właśnie napisałam czyni mnie pyszną? Ja po prostu stwierdzam fakt i decyduję, że nie chcę się zmieniać, nie chcę iść w dół. Podobnie z moimi kursami – nie szybko, prościutko i z efektem w dziesięć minut, tylko długo, z dygresjami, dla osób, które chcą więcej i nie przeraża ich moje gadulstwo. Czy jestem pyszna, bo ja tworzę „perły”, a jak ktoś nie docenia, to „wieprz”. No nie! Po prostu każdy rodzaj twórczości nie jest dla wszystkich, nie spodoba się 100% odbiorców. Ja to wiem. Ona to wie. Ja to mówię. Ona to mówi, tylko ona użyła bardzo dosadnego sformułowania. Spójrz na swoje dzieła, które niektórzy kochają i się nimi inspirują, chcąc tworzyć podobne, a niektórzy uznają za… (tu sobie wpisz dowolne niepochlebne określenia), ale ty je kochasz, ty się nimi szczycisz i głośno mówisz, że jak się komuś nie podoba, to niech nie ogląda. To nie dla nich robisz… I chyba nie myślisz o sobie jako o osobie pysznej. Tylko my nie miewamy spotkań autorskich, bo jakbyśmy zaczęły mówić o naszych dziełach, o ich odbiorze, o tym, co myślimy o krytykach… Pewnie byłybyśmy jeszcze większymi skandalistkami :)))))))))))))

          • Kola 29 lipca 2022 at 8:41 am- Odpowiedz

            Tak, to oczywiste, że nie każde dzieło z dowolnej dziedziny jest dla każdego. Odbiorca sobie wybiera z szerokiego wachlarza możliwości po co sięga, co mu pasuje, co mu się podoba. Ja to wiem, Ty to wiesz, pani Tokarczuk też to wie. Ale czy Ty napisałabyś/powiedziałabyś, głośno i publicznie, że Twój blog i filmy nie są dla idiotów? W ten sposób, tymi słowami, których użyła Noblistka, tak czarująca polszczyzną w swoich utworach? Szymborska też trafia do pewnej grupy odbiorców, nie czytają jej wszyscy, to wiadome. Ale jakoś nie kojarzę, by kiedykolwiek powiedziała, że Jej wiersze nie są dla idiotów… Itd.

            • ik 29 lipca 2022 at 8:55 am- Odpowiedz

              Dlatego właśnie napisałam, że nie wiem, co bym palnęła na spotkaniu autorskim, może bym łupnęła coś głupiego i niewłaściwego. I jak już podkreślałam wcześniej, ja się z jej użyciem słowa nie czuję komfortowo i uważam, że ona i wiele innych osób ma odpowiedzialność za słowo w zakresie obowiązków. Szymborska może nie, ale znam wypowiedzi pisarzy, którzy jasno mówili, że ich dzieła czegoś wymagają, nie są dla…, czy są dla…, ktoś ich nie zrozumie itd. Ale tutaj jest dęta afera, bo chodzi o kogoś, kto wielu osobom nie leży za nic w foremce.

              • Kola 29 lipca 2022 at 9:29 am- Odpowiedz

                Dla mnie takie nie wiem… kategoryzowanie… że „moje dzieła nie są dla…”, albo „są dla…” jest pakowaniem ludzi w szufladki, w mniej lub bardziej uprzejmy sposób nadawanie im etykietek „lepszosci” i „gorszości”. Patrzę na to w ten sposób: jeśli komuś moje „dzieła”, czy to rękodzielnicze, czy fotograficzne, czy jakiekolwiek inne się podobają, to jest mi bardzo miło. Jeśli nie, to trudno, nie płaczę z tego powodu ;) ale i nie przyszłoby mi do głowy, żeby rzucać stwierdzeniami, że te osoby nie mają wystarczającej wrażliwości/inteligencji/czegośtam, żeby docenić mój pomysł, dobór kolorów w udziergu czy tam uchwycony moment na zdjęciu itd. Nie mam tego podejścia, że ja tu perły, a jak ktoś nie docenia/rozumie, to znaczy że „wieprz” albo „idiota”. A takim właśnie podejściem mi wypowiedź Noblistki zaleciała, i niestety dla mnie jest to trochę pyszne.

                • ik 29 lipca 2022 at 11:28 am- Odpowiedz

                  Akurat z odbiorem słów i czy one kogoś uwierają bardziej czy mniej, to nie ma co dyskutować, bo to emocje, ta wrażliwość, która się nam tu pojawia non stop, własne doświadczenia to takie filtry, które czynią to kwestią bardzo subiektywną. Może ja jakoś inaczej na to patrzę, bo jednak poddaję swoje „twory i wytwory” nieustannej ocenie, bo wypycham je do ludzi i to czasami sama mając wątpliwości, jak zostaną odebrane, więc jeśli coś zostaje skrytykowane, to zastanawiam się, co nie zagrało i czy to ja dałam ciała, czy może osobie piszącej komentarz, który, o ile mam szczęście jest merytoryczną krytyką, a jak nie mam, to złośliwym wylaniem własnych frustracji, zabrakło czegoś, żeby docenić, czasu, chęci, dobrego nastroju, umiejętności, cierpliwości, obycia w temacie i tu mogę wymieniać.
                  I za nic nie będę Cię przekonywać na siłę, że skoro ja w tej wypowiedzi pychy nie czuję, to jej nie ma i koniec. Dla Ciebie jest.
                  A przy okazji mi się skojarzyło, że jeśli chcesz poczytać Szymborską w wersji nieco złośliwej krytyczki, to zajrzyj do Jacka Dehnela „Ćwiartka Szymborskiej”, bo tam jest taki intrygujący obraz noblistki jako komentatorki tego, co czytuje.

                  • Kola 29 lipca 2022 at 12:16 pm- Odpowiedz

                    No widzisz, jak się komuś Twoja twórczość nie spodoba, to analizujesz, czy Ty dałaś ciała, czy odbiorcy zabrakło czegoś… A nie z gruntu podejście „bo moja twórczość nie jest dla idiotów/niewrazliwcow/inaczej wybrakowanych, jak jesteś jakoś wybrakowany to i tak nie zrozumiesz”. I dla mnie to jest różnica, i dlatego tą pychą mi zalatuje.
                    A Szymborską jako poetkę, jej wiersze itd bardzo lubię i szanuję, grają mi na właściwej strunie. Chętnie tę „ćwiartkę” dorzucę na listę do przeczytania :)

                    • ik 29 lipca 2022 at 12:23 pm

                      Mogłabym Twój komentarz zostawić jako ostatni i pozostać jako ta szlachetna, cudowna i zawsze oceniająca racjonalnie :)))))) Piękny portrecik na płasko :)))))
                      Ale czasami nie oceniam obu stron, czyli siebie i kogoś, uwierz, że są takie sytuacje, kiedy wiem, że tym razem to komuś czegoś zabrakło, a moje emocje strzelają pod sufit. Jestem tylko człowiekiem i mogę się starać, ale czasem nawet nie próbuję. I to tak już abstrahując do sytuacji z Tokarczuk. Tylko, żeby nie wyszło, że ja taka święta.

  3. Urszula 28 lipca 2022 at 10:11 pm- Odpowiedz

    Hmmmm. Jest takie powiedzenie o nożycach i stole….Ostatnio byłam na koncercie symfonicznym. Nie rozumiałam nic z tego, co słyszałam. Nie podobało mi się, nie trafiło do serca, duszy, umysłu. Czy czuję się idiotką? Nie. Ale z całą pewnością brak mi wrażliwości, obycia, wiedzy i zrozumienia tego rodzaju twórczości (muzyka klasyczna w wersji współczesnej). Czy to automatycznie klasyfikuje mnie jako wielbicielkę disco polo ? Nie. Jest bardzo dużo pomiędzy. Ja nie czuję się obrażona przez pisarkę. Stwierdziła fakt. Pytanie – czy jestem idiotą należy zadać najpierw sobie. A potem przeanalizować odpowiedź. Ze szczególnym uwzględnieniem dlaczego. Tylko, że to może być mocno bolesne. Więc może lepiej zaatakować, potępić, ukamieniować?

    • ik 29 lipca 2022 at 5:13 am- Odpowiedz

      Tu się uśmiecham, bo to powiedzenie o stole i nożycach też mi często przychodzi do głowy w różnych sytuacjach i pasuje jak ulał.
      Co do stwierdzenia faktu, to wystarczy poczytać opinie o prozie Tokarczuk i od razu wiadomo, że ona nie pisze dla każdego, nie każdy się z niej zakocha, nie każdy ją polubi i – i znowu to nie obrażanie nikogo, tylko stwierdzenie – nie każdy ją zrozumie. Czy to czyni z tych nieprzepadających za nią idiotów? Nie. Tak jak ze mnie nie czyni idiotki to, że kiedy mój mąż zaproponował czytanie „Ready Player One”, które wręcz ocieka nawiązaniami do kultury wczesnych gier komputerowych, to ja wprost zapytałam, czy to dla mnie, bo ja o tym wiem prawie nic… I owszem, książka była „fajna”, ale Andrzej bawił się doskonale, bo łapał każdy niuans, a ja czułam się momentami zagubiona.
      A o tym, że kiedy mamy wrażenie, że ktoś mówi głośno o tym, co bardzo starannie i skrzętnie próbujemy skrywać, maskować i pudrować, to stajemy się pierwszymi obrońcami „wiary” na reducie, pierwsi walimy kamieniami i najgłośniej krzyczymy, to nie od dziś wiadomo. Może dlatego, kiedy ja czuję się „urażona” czyimś stwierdzeniem, pozornie niewinnym, stwierdzającym fakt, to nauczyłam się pytać siebie, czy przypadkiem to we mnie nie siedzi jakiś „kołtun”, z którym mam problem. I czasami dochodzę do wniosku, że tak, czasami, że nie, ale czasami uciekam od zgłębiania tematu, bo mi „niewygodnie”, co przyznaję i wtedy te nożyce są moje : )))))

  4. Monika 29 lipca 2022 at 8:02 am- Odpowiedz

    Chciałabym tylko zauważyć, że pomiędzy krytyką i niesmakiem a ukamieniowywaniem jest również bardzo wiele. Przepaść wręcz jest.
    I jaki stwierdziła fakt?

    • ik 29 lipca 2022 at 8:17 am- Odpowiedz

      Nie rozumiem, do czego to odniesienie, do którego komentarza, bo ten opublikował się jako samodzielny. O jaki „fakt” chodzi?

      • Monika 29 lipca 2022 at 8:34 am- Odpowiedz

        A, przepraszam, dziś piszę z telefonu, więc mam jeszcze gorzej. To było do Urszuli, która pisała, że Tokarczuk stwierdziła tylko fakt.
        Zaciekawiło mnie, jaki. :))

        • ik 29 lipca 2022 at 8:51 am- Odpowiedz

          A to się zdarza, że się komentarz nie „wepnie” w wątek.
          Co do przepaści to się zgadzam, ale też, nawet z własnego doświadczenia wiem, że niektórym w akcie krytyki bardzo blisko do kamieniowania, doświadczenie bolesne, ale zdarza się.
          Co do faktu, to nie będę odpowiadać za Ulę.

    • Urszula 29 lipca 2022 at 10:21 pm- Odpowiedz

      Jaki fakt? Według mnie oczywisty – Jej książki nie są dla każdego, trzeba mieć specyficzną wrażliwość i pewne przygotowanie, aby je odebrać tak, jakby chciała /założyła. Czyli oczywistą oczywistość, pasującą do miliardów utworów, nawet ustaw. Moja wiedza i chyba konstrukcja mózgu nie pozwala na zrozumienie języka prawniczego. W tym zakresie jestem totalną idiotką. I co? Obrażam się, nadymam? Nie, stwierdzam fakt. Po czym szukam kogoś, kto mi to wytłumaczy.
      Moja natomiast twórczość, z zakresu biochemii tez nie jest dla każdego. Ktoś bez odpowiedniego przygotowania/ukierunkowania tego nie zrozumie.
      Czy uważam go za idiotę? Nie. Ale tylko, kiedy nie uprawia tego zawodu. I nie sili się na bycie ekspertem.
      Inną kwestią pozostaje dobór słów i określeń. Ale litości, nie miejmy tej belki w oku! Czy naprawdę nikomu z teraz święcie oburzonych nie zdarzyło się nadużyć słów? I dlaczego nikt nie bierze poprawki na to, że ta kobieta jest atakowana, umniejszana, ośmieszana i generalnie nie wpisuje się w aktualny nurt zenkokultury wysokiej? Że mogły jej puścić nerwy? Wszyscy jesteście tak dobrzy w publicznych wystąpieniach na żywo?
      Dajcie spokój, ja już nie chcę się kłócić, pozwólmy sobie na swobodę wypowiedzi, rozumienie lub nie czyjejś wizji, przestańmy reagować histerycznie, bo ktoś poruszył kompleksy w nas siedzące. Idźmy spać. Choć ja o tej porze dopiero się budzę.
      Ps.
      Aga, kocham Cię. I niech to sobie co niektórzy interpretują jak chcą.

      • ik 30 lipca 2022 at 4:37 am- Odpowiedz

        Cudze interpretacje jakoś mnie nie ruszą, w razie czego mamy przykrywki w postaci mężów i rodzin :)))))) Ale wiesz, co sobie pomyślałam, że po pierwsze to Ci dziękuję, po drugie też uwielbiam, a po trzecie to my tak strasznie zapominamy, że można kochać bliźniego swego i jeszcze cudownie, kiedy mu się to czasem powie, więc dziękuję jeszcze raz.
        I szybciutko odnosząc się, chociaż wiem, że odpowiadałaś Monice – biochemia by mnie rzuciła na kolana mojego idiotyzmu i obawiam się, że nawet tłumaczenie musiałabyś dostosować do bardzo szczątkowego poziomu wiedzy. Czy za to przepraszam lub mi głupio? Nie, bo to nie moja dziedzina wiedzy.
        Nadużyć słów to się chyba każdemu zdarza i nawet ci cisi i zamknięci w sobie, którzy nigdy w życiu nic nikomu i o niczym słownie nie dołożyli, kiedy już wybuchają i emocje ich ponoszą raz na ruski rok, to dopiero okazuje się, co myślą.
        I nie, ja nie jestem perfekcyjna w wystąpieniach na żywo. Przy czym oceniam też te momenty, kiedy nagrywam dla Was filmy i po pierwsze wiem, że to wymaga potwornego skupienia na każdym słowie, a przecież ja o oczkach, a nie o emocjach, o włóczce, a nie o ulotnych materiach duszy. Po drugie mam ten przywilej, że nikt mojego palnięcia głupoty nie słyszy, bo jeśli się zorientuję, to fragment filmu jest nagrywany od nowa. Ale Rów Mariacki powiedziałam :))))))))))))) I znowu, czy mi z tego powodu głupio? Nie. Bo nie myli się ten, kto nic nie robi i nie palnie głupoty tylko ten, kto nic nie mówi.
        PS. Właśnie wstałam i Twój PS był w zasadzie pierwszym, co przeczytałam, więc wiesz… „You make my day!”, niech Twój będzie dobry!

      • Monika 30 lipca 2022 at 8:43 am- Odpowiedz

        Kto się tu kłóci w ogóle? Dyskutujemy tylko i myślimy sobie o różnych rzeczach.
        Biochemia jest nie dla każdego – oj tak, fakt! Na pewno nie dla mnie, bo organicznie nie znoszę żadnej chemii, pewnie dlatego że ni w ząb nie rozumiem. Czy mnie to obraża? Ależ zupełnie nie. Ale gdybym Ci powiedziała, jako energetyk, nie dotykaj transformatora, bo energetyka nie jest dla idiotów? Brzmi jak fakt?
        Ja wiem, słyszałam, ona jest zaszczuta, atakowana i pewnie ja to tłumaczy, w sumie jest nawet takie prawnicze określenie „w afekcie”.
        I tak sobie zrobiłam rachunek sumienia (chociaż nie jestem noblistką) i chyba nigdy nie wyzwałam nikogo od idiotów, nawet męża, a afekty nieraz były, najwyżej że głupio mówi, no ale to niepubliczne było.
        I proszę, nie mów o zawodzie w kontekście czytania, bo ja tuż przed emeryturą jestem, do szkoły mi się już nie chce iść, a rzucać czytania nie mam zamiaru. :D

        Ps. Też kocham Agę, wiadomo, więcej razy obejrzałam jej filmy niż niejeden oskarowy.
        Ps.ps. jeżeli moja reakcja była histeryczna, to po pierwsze przepraszam, a po drugie zapewniam, że nie mam kompleksów. To znaczy, pewnie miałam, ale wymarły.

  5. Maria 29 lipca 2022 at 12:47 pm- Odpowiedz

    Zgadzam się, że w wystąpieniu Olgi Tokarczuk kontekst i dobór słów miały spore znaczenie. Poza tym, w porównaniu z przeciętnym poziomem dyskursu publicznego (lubującego się w ekstremach i argumentach ad hitlerum/ad putinum, a przynajmniej ad personam), wyszło nieźle i kulturalnie ;) Zresztą mnie się zdaje, że nie ma co każdego słowa pani Tokarczuk traktować jak prawdy objawione. Pomyliła się w mowie noblowskiej (co ciekawe, jej pomyłkę o przędzeniu na krosnach w wersji angielskiej tłumaczka skorygowała), to i w sytuacjach mniej wyreżyserowanych może coś palnąć. Po otrzymaniu nagrody noblowskiej dalej się jest człowiekiem. Tak, zdecydowanie uważam, że była to wypowiedź z kategorii „ups, można było lepiej to powiedzieć”.
    A „Empuzjonu” jeszcze nie czytałam. Na razie nie zaciekawił mnie wstępnie na tyle, by sięgnąć. Może kiedyś… Mnie też „Księgi Jakubowe” podobały się spośród czytanych książek Tokarczuk najbardziej (i siedzą w głowie nieustająco). Toteż, jak widzę, że dla Ciebie „Empuzjon” był ok, ale bez dzikiego zachwytu, to tym bardziej przesuwam tę książkę na przyszłość.

    • ik 29 lipca 2022 at 1:09 pm- Odpowiedz

      Ja się w tej całej sprawie zastanawiam nad dwiema kwestiami – jedna to jest właśnie to, o czym napisałaś, że ona coś powiedziała, a Polska potraktowała to jako prawdę objawioną i zaczęła wojować co najmniej jak z zapisem prawa. Nie stwierdziła, że to niepanująca nad językiem kobieta, która myli się w mowie noblowskiej, a potem coś palnie, tylko nagle analizujemy słowa, definicje, znaczenia i walczymy do upadłego, nie ze słowem, z osobą. A druga sprawa mnie zastanawia jeszcze bardziej – jak w kraju, gdzie raport o stanie czytelnictwa pokazuje to, co pokazuje, nagle tyle osób walczy jak za lepszą sprawę o to, co może czytać, kto może czytać, czy potrzeba do tego kompetencji, wrażliwości, czy to pod strzechy czy dla inteligentów. I okazuje się, że mamy wojujących czytelników w ilościach, które wydają się znacznie przekraczać te średnie czytelnictwa. Gdyby ci wojujący słowem w mediach i mediach społecznościowych zaczęli udowadniać, że oni jednak czytają, to wyobraź sobie te badania czytelnictwa w przyszłym roku – raj dla księgarni, bibliotek i wydawców :)))))))
      „Empuzjon” przesuń, ale nie wyrzucaj z listy, bo ja im dalej od niego i takich pierwszych wrażeń, tym mi z nim coraz bardziej interesująco. I wyciągnęłam na wierzch kupki wstydu „Czarodziejską górę” i mam zamiar sobie dołożyć. Chociaż w tej chwili, „dla zmiany smaku”, czytam bardzo niewymagającą powieść o gwiazdce tenisa… Nie wiem, jak to o mojej „idiotyczności” świadczy :))))))

      • Maria 1 sierpnia 2022 at 8:55 am- Odpowiedz

        „Empuzjon” na długiej liście pozostaje (mam go w ebooku, kiedyś nadejdzie i jego dzień), a Twoje uwagi o raporcie o stanie czytelnictwa i masowości całej tej imby są najlepszym podsumowaniem sprawy :)
        A propos odbiorców i twórcy. Trafiłam w weekend podczas porządków na skitraną w papierach starą pracę zaliczeniową. Rozkminiałam tam rolę artysty, jego powinności i relację z publicznością na podstawie „Postscriptum” Witolda Lutosławskiego (jakbyś trafiła w bibliotece, to polecam – książeczka nieduża, a ciekawa). Lutosławski miał inne podejście niż Tokarczuk, uważał, że muzyka powinna być napisana tak, by mogła trafić i do najprostszego odbiorcy. Nie może być jednak zbyt prosta i automatyczna w odbiorze (WL żywił szczególną niechęć do muzyki lecącej z głośników w windzie lub innej przestrzeni publicznej, co wskazuje na to, że nie załapał się na disco polo). Powinna opierać się na talencie, wiedzy i co tam twórca ma najlepszego do zaoferowania, a tworzyć należy w natchnieniu i w sumie „jak dla siebie”. Wymagające podejście, prawda? Muzykolożką nie jestem, z twórczością Lutosławskiego dotąd miewałam przelotne kontakty (nie licząc piosenek komponowanych pod pseudonimem Derwid), ale faktycznie, zawsze miałam wrażenie szczerości tego artysty. I tak się teraz zastanawiam, czy specyficzność muzyki i literatury jest na tyle duża, że nie da się przełożyć rozważań Lutosławskiego na książki? A może sztuka mimo wszystko jest jedna?

        PS. Dopiero dziś odkryłam, odświeżając sobie życiorys tego kompozytora, że był szwagrem Kaliny Jędrusik (i zdarzyło mu się dla niej tworzyć). Lubię takie smaczki :)

        • ik 1 sierpnia 2022 at 9:56 am- Odpowiedz

          Jeśli to „jak dla siebie” oznacza na najwyższym możliwym poziomie dla danego artysty, to jestem za, bo wtedy niektórzy pisarze pewnie nie stworzyli był „dziełek” powstających jako coś, na czym należy zarobić i poziom jakoś odstaje, a komercją pachnie na kilometr. Ale od razu roześmiałam się w głos, bo jeśli „jak dla siebie” przełożysz na dzieła wspominanej przy innej okazji Blanki Lipińskiej… To i tak niczego nie zmieni, bo ona nadal napisze to, co zawsze :))))))))
          Lutosławskiego sobie zapisałam do przejrzenia, co napisał on i co napisano o nim, bo to jedna z tych postaci, o których wiem niewiele, więc się chętnie dokształcę.
          A te smaczki, koligacje, kto kogo znał i kto pod kim dołki kopał lub komu pomagał, to są te historie, które uwielbiam. A biografię Jędrusik akurat niedawno czytałam :)))

  6. Paulina 29 lipca 2022 at 9:28 pm- Odpowiedz

    Na 15-ste urodziny otrzymałam w prezencie „Ostatnie historie”. I ta książka mnie pochłonęła – nie wiem na ile wtedy ją zrozumiałam na ile zrozumieć powinnam, ale do Tokarczuk zyskałam wielki szacunek. Minęły lata – nie przeczytałam wszystkich jej książek, ale te które wpadły mi w ręce nie pozostały bez echa w mojej głowie. I teraz po latach, po tej wypowiedzi może powinnam się czuć dumna, że jako piętnastolatka nie byłam idiotką (a może byłam? ). Z drugiej strony dociekanie motywów tego konkretnego stwierdzenia, to jak pogoń za wiatrem… Bo może chciała obrazić, może zmusić do myślenia, może, może, może… Z drugiej strony może nie musimy być idealni tylko ludzcy? Ja zawsze miałam wiele wyrozumiałości dla inych, ale zero wyrozumiałości dla siebie i dopiero w moim aktualnym miejscu pracy okazało się, że jeśli się mylę to nie znaczy, że jestem głupia tylko normalna… Więc może nie chodzi o to czy jest się idiotą, tylko czy w ogóle się jest człowiekiem?

    • ik 30 lipca 2022 at 4:28 am- Odpowiedz

      Też nie wiem, czy przeczytanie czegokolwiek to powód do dumy czy radości, a może satysfakcji (chociaż po „W poszukiwaniu straconego czasu” jakiś tam cień dumy się pojawił, ale to raczej była duma, że przeczytałam tyle stron bez przerw na inne powieści niż z faktu, że to Proust). Ale mam wrażenie, że jak się w takim wieku da uwieść jakiemuś autorowi czy powieści, to sentyment, podziw, dobre emocje zostają na bardzo długo, czasem na zawsze. Ja w tym wieku czytałam Bułhakowa i efekt jest podobny – szacunek i absolutna podziw.
      Intencji wypowiedzi też nie znam, ale tak szczerze, po ludzku, to mam wrażenie, że tam nie było jakiś przemyślanych intencji, jakiegoś wielkie planu zmuszania nas do myślenia, bo gdzieś w głowie mam cały czas to, że to była taka spontaniczna i długa rozmowa, więc raczej mówi się to, co pytanie nam podsunie.
      Ale co do tego, że powinniśmy być po prostu bardziej wyrozumiali i bardziej ludzcy, to ja się zgadzam i podpisuję pod tym wszystkimi kończynami. I bardzo Ci dziękuję za ten komentarz.

  7. Alva 30 lipca 2022 at 3:34 pm- Odpowiedz

    Jakoś mnie ta wypowiedź noblistki nie ruszyła zupełnie. Może dlatego, że doszłam już do takiego stanu czytelniczego, kiedy czytam to, na co mam ochotę, i ani nie jestem z tego dumna, ani się nie wstydzę. Czytanie po prostu jest. Owszem, są książki, które wymagają ode mnie niezłego zaangażowania intertekstualnego – ale ja nie jestem autorką takiej książki i choćbym pękła, to nie wyłapię wszystkich nawiązań, odniesień, aluzji, bo zwyczajnie mam inne doświadczenie życiowe, z czym innym wspomniane teksty kultury mi się kojarzą, nie znam wszystkiego, co zna autor (a autor nie zna wszystkiego, co znam ja). I ani ze mnie nie czyni to idiotki, ani z osoby autorskiej. A że się pani Tokarczuk wyrwało – nie jest to powód do kamieniowania. Bo nikogo tym stwierdzeniem nie skrzywdziła. Nie uważam, że można przekreślać człowieka, który robi sporo dobrego, tylko dlatego, ze mu się parę razy wyrwało nieparlamentarne słowo.

    • ik 30 lipca 2022 at 4:29 pm- Odpowiedz

      Dobrze wiemy, że jak się chce zrobić aferę, to można ze znacznie bardziej niewinnego stwierdzenia, więc tutaj mamy do czynienia raczej z wykorzystaniem pierwszej nadarzającej się okazji. Przez kilka ostatnich miesięcy miałam wrażenie, że są tacy, którzy tylko czekają na okazję do „manifestacji” swojego potępienia. Już akcja z niszczeniem książek i odsyłaniem ich do fundacji wydała mi się kulminacją głupoty, ale okazuje się, że można dalej.
      Ale przy okazji czytania czegoś, bo może „należy” – tutaj mam taką sama postawę jak Ty – na co mam ochotę i bez wartościowania siebie na podstawie „tytułów”. Właśnie przeglądałam „longlist” do nagrody Bookera i… doszłam do wniosku, że nic mnie tam w tym momencie nie interesuje. Zamiast tego przeczytałam bardzo lekką powieść o świecie tenisowo-celebryckim. Wstyd mi? A skąd! Doskonale się bawiłam, a przy okazji pomyślałam, że to jedna z tych „łatwych” książek, które wymagają znajomości tenisowej kultury i świata, czyli zataczamy koło i poniekąd wracamy do tego, co powiedziała Tokarczuk i to wcale nie w odniesieniu do powieści z „wyższej półki”, ale w przypadku czegoś z bardzo lekkiej części rynku wydawniczego. Bo kilka lat temu nawet bym słownictwa nie rozumiała, a powiedzenie o stadionie Arthura Asha zostawiłoby mnie z pustką w głowie.

Zostaw komentarz