Ten wpis miał powstać wczoraj, ale było we mnie za dużo emocji i doszłam do wniosku, że jak Wam go napiszę w takim stanie ducha, to będzie bez sensu i może i da wgląd w to, jak pokręcone bywają moje myśli, ale niewiele więcej.

Od początku. Skończyliśmy oglądać trzeci sezon „Making the Cut”, czyli rodzaj „reality show”, gdzie projektanci rywalizują o potężną nagrodę, która bez dwóch zdań pozwala zbudować własną markę i zaistnieć w świecie mody. Oglądamy takie programy od zawsze i ja od zawsze wpadam wtedy w stan absolutnego zachwytu nad ludzką kreatywnością, pomysłowością, umiejętnościami, talentami i… determinacją. Bo czasami historie, które stoją za tymi ludźmi to opowieści o latach walki o swoje marzenia, o zaczynaniu od zera, o bankructwach i wstawaniu z kolan, o zwątpieniu i braku wsparcia i o tych momentach, kiedy nagle coś się udaje, ktoś ich dostrzega i przez chwilę wydaje się, że słońce zaświeciło i będzie dobrze.

Tegoroczny sezon „Making the Cut” nie był wyjątkiem, emocje jakie w podobnych sytuacjach już mi się zdarzały, ale finał rozłożył mnie na łopatki – popłakałam sobie cichutko, poczułam mnóstwo ciepła w sercu i wielki podziw dla tych ludzi, którzy walczą o swoje marzenia. I po raz kolejny doszłam do wniosku, że w moim życiu często bywa tak, że jakiś program, film, książka, człowiek, rozmowa pojawia się dokładnie wtedy, kiedy właśnie tego mogę potrzebować. Bo to jest ten moment, kiedy i ja nagle mam wielkie marzenia związane z własnymi pasjami i talentami, tak wielkie, że aż się zastanawiam, czy realne i „Making the Cut” uświadomił mi, że one mogą być nawet zbyt ambitne, ale nic w tym złego. To ode mnie zależy, które z dwóch słów „na eM” zafunduję sobie w życiu: marzenia czy mrzonki. I czy jeśli to będą marzenia, to mają szanse na urzeczywistnienie i sukces. A jeśli nie, jeśli się nie uda, to obiecuję sobie, że będę na to patrzeć jak na zdobywanie doświadczeń.

Po pierwsze mnie od zawsze denerwowało takie „fantazyjne” podejście, że jeśli masz marzenia i wierzysz, że one mogą stać się rzeczywistością, to jest to najważniejszy i jedyny czynnik sukcesu. Masz wizje, chcesz czegoś, stajesz przed lustrem, mówisz sobie: „Jestem kobietą sukcesu!”, siadasz w fotelu i czekasz aż wszechświat usłyszy i ześle ten sukces z chmurki. Afirmacje, które, jak kiedyś Amol, działają na wszystko, przynoszą ulgę we wszystkim. A dupa! Jak siądę w fotelu i będę czekać, to nic, ale to nic się nie stanie. Nie ma takiej opcji. Wtedy wszystko, czego pragnę, zostaje w świecie bajek, fantazji i opowieści z mchu i paproci. A człowiek zamiast milionów i sukcesu ma balię frustracji i żali do świata, bo nie słucha. I żeby nie było wątpliwości, ja jestem wielką orędowniczką wizualizacji i afirmacji, ale jako wstępu do planowania, realizowania i ciężkiej harówy, żeby te marzenia miały szanse na stanie się rzeczywistością.

I to jest między innymi wniosek z oglądania „Making the Cut” – pozwól marzeniom zdominować dzień, pracuj, myśl non stop o tym, czego chcesz, ale i o tym, jak tego dokonać. Czasem nie śpij, nie jedz, zwariuj na punkcie swoich marzeń i niech każda decyzja, każde działanie chociaż potencjalnie przybliża do celu. I tak, wizualizuj sobie, jak to będzie, kiedy marzenia będą rzeczywistością, jak będzie wyglądać ten wymarzony dom, książka, nowa praca, własna pracownia, tłumy usatysfakcjonowanych klientów, kartki z podziękowaniami od ludzi, którzy doceniają ten twój niesamowity talent. Tak, stawaj przed lustrem i mów sobie: „Jestem kobietą sukcesu, mogę góry przenosić, a jak nie, to wiem, gdzie kupić dynamit i wywrotkę!!!”, ale dwie sekundy później cała energia idzie już w działanie. Bo marzenia bez ciężkiej harówy szybko sflaczeją i staną się mrzonkami i powodem do samobiczowania lub użalania się nad sobą.

To teraz zostawię telewizyjne show i opowiem Wam jeszcze coś innego. Dwa miesiące temu założyłam na Pintereście tablicę i obiecałam sobie, że będę tam dodawała każdy cytat, jaki do mnie „pogada”, ale nie będę tam zaglądać na bieżąco. Po dwóch miesiącach spokojnie usiądę i sprawdzę, co było dla mnie ważne, co mnie złapało za serce, za głowę albo dowolną inną część ciała. Trochę taki test na to, co dla mnie ważne, co mnie uwiera, co mam w głowie, czasem bardzo nieświadomie. I wiecie co? Kiedy na to spojrzałam, to zdziwiło mnie jedno – tam nie było zbyt wiele o szczęściu, czego się spodziewałam. Tam było mnóstwo o zmianach. O tym, że na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale na swoje reakcje i działania mam. I o pasji, i pracy, i dosadnie ujmując o niesiedzeniu na tyłku, czekając na cud. Przykłady tego, co sobie zapisałam? A proszę bardzo!

„Jednym z najbardziej niedocenianych sekretów ludzi sukcesu jest to, by zacząć działać, zanim poczujesz się do tego gotowym.”

„Nigdy nie bój się nowych wyzwań i pamiętaj, że to amatorzy zbudowali arkę a profesjonaliści Titanica.”

 I moje ulubione: „Cokolwiek dzisiaj robisz, rób to z pewnością siebie czterolatka w koszulce z Batmanem.”

I jeszcze jedno na deser, ale musi być po angielsku: „Impossible? Rather I’m possible!”

A na koniec wytłumaczę się Wam ze zdjęcia – swobodny lot balonem na gorące powietrze to jedno z moich wielkich marzeń, ale ja zazwyczaj mam marzenia bardzo skonkretyzowane (wiecie, te wizualizacje, które powinny być ze szczegółami :)))), więc to nie może być byle gdzie, bo ja chcę w Kapadocji. Spełni się? Nie wiem, ale właśnie wypatrzyłam, że Trefl wydał puzzle z balonami nad Kapadocją, więc teraz mogę przynajmniej poukładać.

8 komentarzy

  1. ulinka DIY 11 września 2022 at 7:14 pm- Odpowiedz

    Oj tam, oj tam! Zaraz Kapadocja! Miałam identyczne marzenie o locie balonem. I odkładałam i odkładam. Oglądałam tęsknie, jak nad moim ogrodem wznosiły się te kolorowe cudeńka i majestatycznie przepływały daleko, daleko. Aż pewnego dnia moje kochane (i całkiem dorosłe) dzieci uznały, że wreszcie musi nastąpić TEN LOT. I wykupiły mi event pod tytułem „spełniamy marzenia”!!! No i poleciaaaałam… Cóż za fantastyczne przeżycie! A jaka konkluzja? Aga, nie odkładaj na Kapadocję, LEĆ!!!

    • ik 12 września 2022 at 4:23 am- Odpowiedz

      Mądre dzieci! A ja… ja może sobie dopiszę lot balonem do listy marzeń jako niezależny punkcik, bez konkretyzowania miejsca, ale tej Kapadocji nie odpuszczę :)))))

  2. Bożena 11 września 2022 at 10:12 pm- Odpowiedz

    ale numer, pomyślałam, gdzie ja bym poleciała balonem i zanim doczytałam wpadła mi na myśl Kapadocja :)

    • ik 12 września 2022 at 4:24 am- Odpowiedz

      :)))) Bo to takie najbardziej widowiskowe miejsce i pewnie nie tylko nam dwóm się marzy.

  3. Kola 12 września 2022 at 6:46 am- Odpowiedz

    Dokładnie tak. Dołożę się nie z cytatem, ale słówkiem, które ileś lat temu zobaczyłam jako grafikę/plakat gdzieś w necie: „impossible” ze skreślonym „im”. Tak do mnie trafiło i tak przemówiło, że mam to wytatuowane na wewnętrznej stronie nadgarstka. I jak mam chwile zwątpienia, że coś się nie da. To na to patrzę. I sobie mówię: skreśl „im”, i wszystko stanie się possible :)

    • ik 12 września 2022 at 7:52 am- Odpowiedz

      Doskonały pomysł na tatuaż! Ale to często tak jest, że same sobie wmawiamy, że się nie da, a jak zaczniemy powtarzać, że będzie ciężko, ale się da, bierzmy się do roboty, to nagle dzieją się cuda.

  4. Magda 12 września 2022 at 7:30 am- Odpowiedz

    Mam stały zgrzyt pomiędzy tym „możesz wszystko” a „g… prawda”. Mnie niepokoi obawa czy uda mi się zauważyć moment kiedy angażując się w spełnienie marzenia zauważę tą chwilę kiedy skończą się moje emocjonalne środki i będę jechać na kredycie zaciągniętym w moim sercu i okaże się potem ze marzenie owszem spełnione ale cena była zaporowa i wokoło siebie mam zgliszcza. Oczywiście jest to być może alibi, które powstało w mojej głowie żeby usprawiedliwić to, że moje marzenia mają nadal status mrzonki …

    • ik 12 września 2022 at 7:58 am- Odpowiedz

      Może alibi, może nie. Ale ja się kilka razy w życiu przekonałam, że jeśli coś nawet wymaga mnóstwa energii i zaangażowania i wkłada się w coś serce i jelita, to jednocześnie każdy krok w przód powoduje przypływ wiary i energii, więc to zaczyna dziać jak akumulator, dajesz i dostajesz, bilans wychodzi często nawet nie na zero a na plus. Ale jeśli coś zaczyna zostawiać za sobą zgliszcza, to jest toksyczne i należy zrobić krok w tył i przemyśleć, dlaczego tak jest i albo rzucić to w diabły, albo zmienić strategię. Ale konkluzja i tak będzie taka, że dopóki nie spróbujesz, to nie będziesz wiedziała, czy Cię to wydrenuje, czy naładuje i tak, może się okazać, że żałujesz tego, czego z powodu tych obaw nawet nie spróbowałaś.

Zostaw komentarz