Wpis będzie o tkaniu, ale spokojnie, nie o technice, a bardziej o emocjach, które się przy krośnie odczuwa i o cierpliwości, bo przy tkaniu cierpliwość  i wytrwałość to dwie bardzo ważne cnoty.

Ale po kolei. Od kilkunastu miesięcy chodzę i pożądliwie patrzę na książki o skandynawskiej technice tkania o warczącej nazwie „krokbragd”. Co ją wyróżnia wśród innych technik? Gęstość tego, co powstaje na krośnie. Tutaj nitki wątku dobija się z siłą tarana i dba o to, żeby nigdzie, ale to nigdzie nie pojawił się chociaż fragmencik prześwitującej nitki osnowy. Tu ciekawostka. Po angielsku takie miejsca, gdzie z jakiegoś powodu (najczęściej naszej niedbałości przy dobijaniu wątku, co tu ukrywać!) widać nagle kropeczkę koloru z osnowy nazywa się po angielsku „lice”, czyli… „wesz”. Urocze, prawda? Tkanina jest gęsta, sztywniejsza niż tradycyjne produkcje na krośnie, może być bardzo kolorowa, można tkać laleczki, drzewka, kwiatki, wzory geometryczne i najczęściej staje się to później dywanikiem, chodniczkiem lub tkaniną na pokrowce do poduszek czy tkaniną obiciową. Jeśli chcecie popatrzeć na przykłady tej techniki tkania, to wystarczy wpisać w wyszukiwarkę słowo „krokbragd” i nagle znajdziecie się w bardzo bajkowej krainie.

Ja chcę dywanik do kącika na antresoli. Dywanik w odcieniach ecru, beżu i brązu, który zostanie utkany tak, że przenikające się kolory w gotowej produkcji stworzą coś w rodzaju gradientu. Wizja jest, bawełna jest, podręczniki są, nawet podstawowa wiedza teoretyczna o tkaniu w tej technice jest. Ale okazuje się, że ja nie jestem typowym Polakiem mądrym po szkodzie, bo zamiast szukać rozwiązania potencjalnych problemów dopiero w momencie, kiedy one się już pojawiły i trzeba ratować sytuację (co przy tkaniu bywa albo łatwe jak kaszka z mleczkiem, albo prawie niemożliwe), ja chcę wiedzieć, co mnie może czekać. I tak sobie chodzę i myślę, że ok, już wiem, jak zacząć i skończyć tkanie, żeby te brzegi były śliczne. Że wiem, jak zapewnić tą odpowiednią gęstość tkaniny. Że zaplanuję osnowę ze wzmacnianymi długimi brzegami, żeby były estetyczne i tu pojawia się temat, który zawsze wywołuje o tkaczy i tkaczek lekki niepokój – estetyczne, równe boki. Teraz będzie dygresja językowa.

Po angielsku te długie brzegi nazywa się „selvage”, co czytamy mniej więcej „selwydż”. I to jest słowo, które pojawia się często, bo i kwestia tkania ze ślicznymi równiutkimi brzegami jest czymś, co spędza nam sen z powiek, żeby nie falowały, nie zostawały tam wystające pętelki, żeby cały projekt nagle nie robił się szerszy o pięć centymetrów, żeby ładnie wyglądało miejsce zmiany koloru… Tych „żebysiów” jest mnóstwo, a co projekt, co technika, co włóczka, to wszystko zaczyna się od nowa. Kiedy ja pierwszy raz zobaczyłam słowo „selvage”, to miałam natychmiastowe skojarzenie z innym angielskim słowem „savage” (czytane „sawydż), czyli dziki, okrutny, brutalny. I tak mi zostało, że to takie dzikie i brutalne brzegi, które niejednego tkającego doprowadzają do szewskiej pasji.

Wracamy do dywanika. Któregoś poranka, gdzieś między karmieniem kotów, potykaniem się o ich zabawki, a sprzątaniem kuchni, zastanowiło mnie, czy może w jednej z książek, które mam o krokbragdzie jest coś o tym, jak sobie z tymi dzikimi brzegami radzić. Bo tak na kobiecą intuicję wydało mi się, że to może być wyzwanie. Rzucając ściereczkę do kurzu w diabły, pognałam do pracowni, wyjęłam literaturę fachową, siadłam, gdzie stałam (czyli na podłodze na środku rzeczonej pracowni) i oddałam się lekturze, bo okazało się oczywiście, że są całe rozdziały o właściwym podejściu do brzegów. Po pół godzinie nadal siedziałam, ale już nie skupiona, a chichocząca bez opamiętania. Otóż w książce są trzy strony zapisane gęsto, które podsumować można mniej więcej tak: „Brzegi w krokbragdzie są tematem rzeką i to topiącą tkającego. Niby można zastosować pewne rozwiązania (tu kilka podpowiedzi sposobów, które już znałam), ale w sumie, to zależenie od wzoru, częstotliwości zmiany kolorów, stosowania lub nie dodatkowych nitek osnowy na brzegach, to zadziała lub nie. Trzeba sobie poeksperymentować. A jak nie wyjdzie, to natychmiast odwołujemy się do mądrych i zawsze humor poprawiających słów guru tkania Toma Knisely’a, który powiedział, że zapewnia, że jeśli nasze tkane brzegi nie wyglądają perfekcyjnie, to nie oznacza od razu, że robimy coś źle, to jest tkanie i czasami po prostu tak wychodzi.”

Filozoficzne podejście, ale może uchroni mnie przed frustracją. Cierpliwie podejdę do tematu, sprawdzę dwa najczęściej sugerowane sposoby, będę na te brzegi chuchać i dmuchać, a jak nie wyjdą… To dywanik będzie miał doszyte wzdłuż boków plisy wykończeniowe z pasującej fabrycznej tkaniny i nie mam zamiaru popełniać z tego powodu metaforycznego seppuku.

3 komentarze

  1. Kola 10 września 2022 at 9:48 am- Odpowiedz

    Trzymam kciuki, żeby dzikie brzegi grzecznie dały się oswoić!
    A co do „chodzenia dookoła tematu”, to ja chodziłam już ze 2-3 lata dookoła kocyka temperaturowego. Już od 2 lat wiedziałam, że z Limy, bo mi się paleta kolorystyczna bardzo podoba, i skład całkowicie naturalny, i grubość też. A że trzeba dużo, to wiadomo – alpaca party;) W ubiegłym roku jakoś rozeszło się po kościach, bo inne wydatki, ale w tym roku już nie odpuściłam, i w czwartek zamówiłam wagon rzeczonej Limy:) Najpierw miałam robić w 2023, grzecznie, przez cały rok. Taaaa… ja, gapiąca się na leżącą włóczkę, czekająca ileś miesięcy żeby zacząć, a potem jeszcze rok, żeby zrobić;))) ekhem… Na szczęście internety wiedzą wszystko, w tym temperatury maksymalne na każdy dzień dla mojej miejscowości, więc sobie nadrobię 2022 od początku, a potem będę grzecznie jechać do końca. No i w czwartek wieczorem nastało pandemonium probkowe… W życiu, do żadnego udziergu tyle próbek nie narobiłam… Szydełkowałam i prułam, szydełkowałam i prułam… Żeby te 365 rzędów dało pożądaną długość kocyka, a przy tym miało odpowiednią, niedziurawą fakturę, i nie ciągnęło się pod własnym ciężarem. Stanęło na polslupkach owijanych, wbijanych pomiędzy te z poprzedniego rzędu. A że akurat ten kolor, od którego uprzejmie zaczyna się 2022 mam w zapasach, to pierwsze 4 dni stycznia już mam, i teraz tuptam z niecierpliwością do poniedziałkowej paki pocztowej ;)))) A miałam na tym projekcie ćwiczyć moją dziewiarską cierpliwość przez cały 2023;)))))

    • ik 10 września 2022 at 12:50 pm- Odpowiedz

      Jeśli je oswoję, to będę z siebie dumna, jeśli nie… trudno, będzie wyjście alternatywne :)))
      Cierpliwość bywa cnota pożądaną, ale nie zawsze trzeba ją ćwiczyć. W Twoim przypadku pewnie też bym wcale nie czekała, a pomysł, żeby to był 2022, a nie 2023 popieram, bo tym sposobem koc powstanie wcześniej, a ja nie chcę podpuszczać, ale ty możesz już myśleć, czy jest jakiś inny projekt, którym chcesz się zająć przez cały 2023…

      • Kola 10 września 2022 at 6:19 pm- Odpowiedz

        To, żeby kocyk był gotowy za kilka, a nie kilkanaście miesięcy, to u nas aż się prosi – bo jeden z naszych dwóch kanapowych kocyków do owijania, otulania i przykrywania pierwszą, drugą i nawet trzecią młodość ma już za sobą – więc tym bardziej mam pretekst do robienia tego roku, a nie przyszłego;) A projekt taki na cały rok, to bym jakiś chciała, tylko drugiego kocyka temperaturowego nie chcę, ogólnie drugiego kocyka nie chcę, bo nie potrzebujemy;) Fajny mógłby być kocyk z 3 kolorów, albo 3 gradientowych odcieni, też projektowany przez naturę, na zasadzie: słonecznie/pochmurno/zmiennie, bo tu już bym nie oszukała żadnymi danymi z internetów, trzeba by uczciwie codziennie szydełkiem „zapisywać” pogodę, albo przynajmniej notować;) Ale przecież do diabła, ja nie potrzebuję kolejnego koca!!! Ogólnie, żeby to był dla mnie projekt na cały rok, to bym musiała mieć jakiś zewnętrzny czynnik hamujący, bo bez tego pogalopuję do przodu;) Ostatnio mi się machnęły dwa swetry w tydzień, z tego jeden żakardowy a drugi w resztkowe i sari silk paski, oba w dorosłym solidnym rozmiarze. Przy okazji schudłam kilogram, bo mnie tak wessało dzierganie, że mi było szkoda czasu na wszystko inne;))))) Więc naprawdę tylko coś bezwzględnie nie do przeskoczenia by mi mogło ściągnąć cugle;)))

Zostaw komentarz