Dla mnie samo wyobrażenie sobie takiego eksperymentu życiowego jest trudne, bo ja nie jestem ani odważna, ani przebojowa, ani zbyt „hop siup do przodu” ekstrawertyczna. Ale wyobraźcie sobie, że na każdą propozycję, możliwość spróbowania czegoś nowego, pójścia w nowe miejsce mówicie „tak”. U mnie to by było od razu zastanawianie, cały ocean rozważań i „amożebów”, próba wyobrażenia sobie siebie w tej sytuacji i wszystkich problemów, które nie tyle mogą się pojawić, co w moim świecie na bank się pojawią, wahanie i w ostateczności efektem byłoby „mooooooże, to ja się zastanowię, nie wiem, chyba nie”. Dlatego ja raczej sobie nie zafunduję roku mówienia „tak”, ale taką decyzję podjęła Shonda Rhimes (amerykańska scenarzystka, producentka, reżyserka, czyli pani od „Chirurgów”, „Sposobu na morderstwo”, czy ostatnio „Bridgertonów”). Shonda napisała nawet książkę, dlaczego się na to „tak” zdecydowała i co jej to dało – „Year of Yes”. Przyznaję, że jeszcze nie czytałam, ale mam na liście „bardzo chcę przeczytać wkrótce”, za to słuchałam Shondy Rhimes opowiadającej o tej wariackiej decyzji i swoich odczuciach wobec takiego podejścia. Stąd moje zaintrygowanie.

I jest takie słowo w języku polskim, którego ja bardzo nie lubię, ale tutaj użyję – „ubogacać”. Ja jestem pewna, że takie podejście może ubogacić życie. Nagle odkrywasz nowe. Dajesz sobie szansę, żeby sprawdzić, czy coś lubisz, czy coś ci się podoba, czy daje frajdę, a może nie. Spotykasz nowych ludzi, interesujących, bo zakładamy, że to ludzie z pasją. Spełniasz marzenia, czasami tak skryte, że nawet przed sobą nie mówisz o nich głośno. Żyjesz pełniej. Kuszące, prawda? Kuszące. Nawet dla mnie, osoby, która spokojnie funkcjonuje na co dzień bez adrenaliny, ale lubi przyjemności i czasami nawet taki malutki dreszczyk nowości, który wywołuje kupienie innego rodzaju makaronu do spaghetti niż zazwyczaj (trochę żartuję, ale to jest poziom zmian, który mnie nie przeraża). Ale do tego trzeba odwagi, żeby powiedzieć to „tak” bez zastanowienia, a potem się jeszcze nie wycofać (piszę to jako mistrzyni wymówek i powodów do wycofywania się z sytuacji, które chociaż potencjalnie mogą być dla mnie niekomfortowe, mistrzyni, powiadam Wam!).

Moje introwertyczne Ja na takie pójście po bandzie i entuzjastyczne potakiwanie każdej propozycji się nie zdecyduje, ale za to obiecałam sobie, że na takie malutkie, bezpieczne „tak”, które lekko mnie wywleką ze strefy komfortu i dadzą możliwość spróbowania czegoś nowego, będę się odważać częściej. I druga kwestia – ja jestem mistrzynią trzymania się planu, posiadania scenariusza A, B oraz C i D na wszelki wypadek i jeśli coś mi mój plan zaburza, to przestaję się czuć bezpiecznie, bo tracę poczucie kontroli. A jak jeszcze ma to związek z postawieniem na głowie kalendarza lub planu godzinowego, jeśli powoduje, że mam za mało czasu (w moim odczuciu, bo czasami wcale nie mam go za mało tak obiektywnie) i nagle ze spokojnego tempa muszę wpaść w galop, to robię się nerwowa do granic warczenia na otoczenie. Ale obiecałam sobie, że będę bardziej elastyczna i w tej kwestii i nie każde „zaburzenie” i „zmieszanie gruntu” będę traktować jako personalny atak opatrzności na mnie malutką. A po trzecie – obietnica, że wszelkie miłe niespodzianki i przyjemności będą zyskiwały entuzjastyczne „tak”, nawet jeśli korzystanie z nich natychmiast będzie oznaczało stawianie na głowie misternie stworzonego planu. Bo ja wiem, że zabrzmię jak najgorszy mówca motywacyjny, ale życie naprawdę jest za krótkie, żeby przekładać miłe rzeczy na później. Banał, ale prawdziwy.

I teraz dochodzimy do tego co na zdjęciu, bo wbrew pozorom te skarpetki (Byzantium Socks) to jest efekt mówienia „tak”, tym razem mówienia „tak” niespodziankom stawiającym na głowie istniejący plan. Karolina przysłała ten wzór jako prezent niespodziankę z taką wiadomością, że aż mi się cieplutko zrobiło na duszy. I nie, nie miałam w planach skarpetek. Miałam w planach tkanie na akord i szycie, ewentualnie rękawy w mężowskiej bluzie, ale na pewno niczego nowego na drutach. Wzór przejrzałam, przez sekundę przyszło mi do głowy, że to by dobrze wyglądało z konkretnej włóczki, tylko nie wiem, w jakim zestawie kolorystycznym i poszłam tkać. Ale siadłam do krosna i uświadomiłam sobie, że właśnie odbieram sobie przyjemność dziergania natychmiast, bez zastanowienia, ten dreszczyk nabierania oczek na coś nowego. I dlaczego ja to sobie robię? Bo co? Bo plan jest inny? A w diabły z planem! Nikt na nic nie czeka, niczego nikomu nie obiecałam, nic mi się nie przeterminuje, nie zepsuje ani nie skwaśnieje. Tak, dla skarpetek! I wiecie co? To były najmilsze godziny z drutami od dość długiego czasu. Takie dziewiarskie „mojo”, że aż miło. Perfekcyjnie przygotowany wzór, który wymaga skupienia, ale bez przesady, do tego merino z Gusto, które od dawna chciałam wypróbować, ale jakoś mi ciągle było nie po drodze, te kolory, które powodowały, że się szczerzyłam jak szczerbata do sera i świadomość, że to było takie malutkie szaleństwo, przyjemny znienacek… Warto było powiedzieć „tak” tym razem, malusieńkiej rzeczy, ale jak bardzo frajdo-twórczej!

PS. Jak widzicie uparłam się, że sobie to dziewiarskie „mojo” maksymalnie przedłużę, niech przyjemność trwa, a motki znikną do zera (kocham wyrabianie motków do ostatniego metra!), więc do istniejącej już pary z tęczowym wzorem, dorabiam teraz „negatyw” z tęczowym tłem i granatowym wzorem. A co!

4 komentarze

  1. Anonim 1 czerwca 2022 at 12:51 pm- Odpowiedz

    To ja mam chyba trochę podobnie, bo lubię mieć plan, ale mój mąż wprowadza czasem wątki chaosu i jak puszczę sznurki i się nie denerwuję, to potem wychodzą wszyscy zadowoleni. I czasem też sobie myślę, że nie chce mi się do ludzi, ale przełamuję się (taka przełamana jestem ;-)) .
    Skarpetki są boskie. Też teraz robię skarpecioszki, ale jakoś mi coś mi w nich nie leży i chyba spruję – wzór Swirly z Dropsa Fabelkiem Guacamole. Niby się układa dobrze i robi się dobrze, ale coś mi nie pasuje i tracę przy nich „mojo”. Może wezmę do nich jakieś jednokolorowe tło?

    • ik 1 czerwca 2022 at 5:02 pm- Odpowiedz

      Bardzo mi się podoba określenie „puszczanie sznurków”, bo dokładnie oddaje to, co próbuję robić w takich sytuacjach – łapać wszystkie sznurki, żeby nie wiem, ile ich było. A masz rację, że czasem lepiej puścić.
      Te kolorowe Fabele zawsze zachwycają w motkach, a potem niektórzy czują się leciutko rozczarowani, więc jeśli czujesz w środku, że to wymaga prucia i małej zmiany, to pruj, zmieniaj i niech „mojo” wraca.

  2. Baśka 2 czerwca 2022 at 6:38 pm- Odpowiedz

    Planowanie, listy, kontrola, dopięcie na ostatni guzik – to jest to co uwielbiam, daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że czasami trzeba wyluzować, akurat dzierganie jest czymś, co daje poczucie wolności, robię to co chcę robić, jeśli zmienię zdanie to prucie nie jest problemem. Gorzej z tym luzem w życiu. Jest taki film z Jimem Carreyem „Jestem na tak” często gdy nie mogę się zdecydować na coś nowego to sobie przypominam sceny z niego.

    • ik 3 czerwca 2022 at 4:18 am- Odpowiedz

      Jak zaczęliśmy z Andrzejem rozmawiać na temat tego wpisu i książki, to było pierwsze, co powiedział, że jest taki film i ja go nie widziałam, ale chyba dobrze by było nadrobić :)
      I mam bardzo podobnie – że szycie, tkanie, dzierganie daje mi poczucie wolności, gdzie potrafię całkiem zapomnieć o zasadach, planach, kontroli. Czuję, że dobrze by mi zrobiło nieco takiej radosnej wolności i w życiu, przynajmniej w tych malutkich sprawach.

Zostaw komentarz