Gdzieś w środku tego wpisu będą rekomendacje książkowe, ale temat wymaga wyjaśnień i opowieści, więc na początek właśnie one.

Egipt faraonów to było, odkąd pamiętam, coś, co mnie fascynowało, zachwycało i ciągnęło jak fatamorgana oazy na gorącej pustyni. Jako dziecko czytałam wszystko, co mi w ręce wpadło i gdzieś tam zaczęła mi nawet majaczyć wizja machania pędzelkiem po odkopywanych z piaseczku zabytkach, ale już w którymś wcześniejszym wpisie przyznałam się, że pierwsze zobaczone zdjęcie mumii nieco mnie wyhamowało. A potem zbyt szczegółowe fotografie zabalsamowanej doczesnej powłoki Setiego I spowodowały nie tylko wyhamowanie, ale całkowitą rewizję marzeń, bo okazało się, że faraonów w wersji „żywy byłem i rządziłem” uwielbiałam, ale w wersji zasuszonych mumii już nie i miałam potem koszmary senne. A wizja, że mi się z tego piaseczku rozgarnianego pędzelkiem wynurzy czaszka… Poza tym głośne powiedzenie, że myślę o archeologii i uczynienie tego we wczesnych latach dziewięćdziesiątych w małym, prowincjonalnym miasteczku, gdzie ścieżka kariery prowadziła do banku, urzędu lub innego biura… Dorośli potrafią skutecznie wytłuc marzenia jak stonkę.

Ale miłość do Egiptu została i nadal czytam wszystko, co mi w ręce wpadnie, a doniesienia agencji informacyjnych, że coś odkopano czy odkryto powodują dreszczyk emocji. Przy czym zauważam, że coraz częściej podobają mi się opowieści „spekulacyjne”, które nie tyle opisują, co odczytano, co odkopano, co bezapelacyjnie ustalono na podstawie zdobień w świątyni czy grobowcu, one raczej próbują na podstawie tych niezbitych dowodów snuć opowieści idące krok dalej – jak mogło być, czemu ktoś coś zrobił, podbił, gdzieś wojował albo kogoś uśmiercił.

I – tu przechodzimy do rekomendacji czytelniczych – taka trochę jest opowieść Kary Cooney „When Women Ruled the World: Six Queens of Egypt” (pani napisała też książkę o jednej z tych królowych – Hatszepsut – która została wydana w polskim tłumaczeniu). Cooney opowiada o tym, jakim cudem w Egipcie tysiące lat temu kobieta miała szansę na władzę, czemu to zazwyczaj była pozycja obok lub zamiast mężczyzny, ale zdarzały się wyjątki, kiedy było to władanie samodzielne. Do tego pejzaż polityczny i społeczny starożytnego Egiptu skłania autorkę do rozważań o dzisiejszym miejscu kobiet w świecie i polityce. W recenzjach od czasu do czasu straszy słowo „feminizm”, łooooo!!! I na pewno trzeba mieć na względzie, że w wielu miejscach Cooney snuje domysły, poparte argumentami, ale czasami dość śmiałe. I znowu – wiele osób to denerwuje, bo jak można napisać o czymś, co – dosłownie w tym wypadku – nie zostało wyryte w kamieniu. Ale mnie zachwyciło. Poza tym nazwanie Kleopatry „drama queen” a  Hatszepsut królową public relations spowodowało mój szeroki uśmiech.

A druga rekomendacja to już typowa powieść. Zostajemy przy kobietach w starożytnym Egipcie, ale tym razem historia zaczyna się w małej, biednej wiosce, gdzie żyje dziewczyna, która chce więcej i jej ambicje sięgają stanowczo poza pole ojca, kurz własnego podwórka i wizję małżeństwa z wiejskim „krezusem”, który ma stado czegoś, oby nie krokodyli. „Dom snów” Pauline Gedge to powieść o tym, jak kobiety zyskiwały pozycję, nawet władzę, ale również jak szybko i bezwzględnie można ją było stracić. Dobrze się to czytało, taka typowa powieść osadzona „w klimacie”, z nieprzesadną dawką wiedzy o czasach i miejscu, ale sprawnie napisana i wciągająca, więc na jesienne wieczory idealna.

Na zdjęciu macie też mój mały… nie taki mały, bo książka ma format niestandardowy i swoje waży, ale jestem w stanie podnieść ją samodzielnie (bo mam też książkę, której nie jestem, naprawdę!) mój mały skarb, czyli albumowe wydanie kompendium wiedzy o starożytnym Egipcie, które zostało przeczytane, a teraz po prostu uwielbiam do niego zaglądać od czasu do czasu.

I zostało jeszcze wyjaśnienie tego „zdjęcia RTG” z tytułu. Opowieść nieco zabawna, ale u mnie sytuacja wywołała lekką gęsią skórkę. Chyba się do tej pory nie złożyło, żeby napisać oficjalnie, że na urodziny zafundowałam sobie „romans stomatologiczny”, czyli takie bardzo intensywne zadbanie o własne siekacze i trzonowce. I jak to w każdej porządnej klinice bywa, cała impreza zaczyna się od bardzo szczegółowego zdjęcia szczęk, żeby było wiadomo, co się dzieje i jak co wygląda. Zdjęcie pojawia się na ekranie tuż przy fotelu, co pozwala lekarzowi na rzucanie na nie okiem w czasie leczenia, ale też tłumaczenie pacjentowi, który i tak siedzi z opadniętą z konieczności szczęką, co się dzieje, gdzie i dlaczego (przy czym na zdjęciu lewa strona jest prawą, prawa lewą i u mnie to zawsze wywołuje potrzebę machania rękami, ilustrującą odwracanie zdjęcia do właściwej pozycji). Siadam zatem na fotelu, zdjęcie wjeżdża na ekran, jakość perfekcyjna, widać każdy szczególik, a ja mam w głowie: „O w mordę! Seti I! Szczęka mumii! Koszmar z dzieciństwa na żywo!”. Człowiek to ma w głowie przedziwne wspomnienia i emocje zagrzebane gdzieś głęboko, ale nie do końca zapomniane i wyłażące na wierzch w najmniej spodziewanych momentach.

4 komentarze

  1. Urszula 7 września 2022 at 6:36 pm- Odpowiedz

    Czy ty chcesz spowodować moje zejście śmiertelne z tytułu zachłyśnięcia się herbatą?! Na litość boską, Kobieto, masz skojarzenia…..
    A może jesteś inkarnacją Setiego ;D?
    Ja natomiast jestem kwiatem lotosu, gołąbkiem pokoju i gałązką oliwną w jednym. Po wczorajszym użeraniu się z tępą dzidą udałam się na jednodniowy urlop, a ramach tego urlopu na działkę mą ukochaną. I tak samo zaniedbaną, niestety, z tytułu dwutygodniowego wyjazdu. A wcześniej wyspałam się, bo budzik nastawiłam na….9 :D Jak rozpusta, to rozpusta.
    Na działce umęczyłam się tak, że nie mam siły na negatywne emocje. A potem mam w planach oglądać Top Model i kończyć torebkę szydełkową. Takie spa dla duszy sobie zafundowałam. Polecam każdemu.
    Pozdrawiam naserdeczniej.
    PS. Też miałam być archeologiem, ale mnie skutecznie zniechęciły wizje ekshumacji zdecydowanie świeższych zwłok. Takich jeszcze nie zeszkieletowanych….

    • ik 8 września 2022 at 4:39 am- Odpowiedz

      Mogę tylko mieć nadzieję, że herbata nie była gorąca. Ale za to pomyśl, ile radości ma ze mną zespół w klinice, który regularnie słyszy moje mamrotanie o mumiach :)))))))) Jakoś się na ten widok nie mogę uodpornić.
      Współczuję tępej dzidy, ale czasami się nie da uniknąć. Wysiłek fizyczny pomaga, żeby pokrywka nie wystrzeliła od ciśnienia, przynajmniej u mnie zawsze. U nas nie Top Model, ale tenis króluje i emocje sportowe ważniejsze niż jakiekolwiek inne, chociaż akurat nie muszę szukać odskoczni od negatywnych emocji i dzięki bogom! Ale jestem niewyspana, bo jak się wstaje o pierwszej, żeby obejrzeć Igę, kładzie o trzeciej i wstaje o szóstej, bo stado żąda nakarmienia, a życie przeżycia… Żuchwa mnie boli od ziewania :)))))

  2. Maria 9 września 2022 at 7:31 am- Odpowiedz

    Mam koleżankę, która skończyła archeologię pod koniec XX wieku. Z wyróżnieniem i ogólnym zachwytem. Pod koniec studiów intensywnie udzielała się na wykopaliskach we Włoszech (na praktyki dostała się tam za wyniki, zero znajomości). Gdybyśmy wtedy byli w UE, mogłaby po studiach z biegu się tam zatrudnić i dalej robić to, co kochała najbardziej, czyli zajmować się archeologią śródziemnomorską. Ale nie byliśmy, więc podjęła dobrze płatną pracę w zupełnie innej branży (pozostanie na uczelni z różnych względów nie wchodziło w grę) i choć nowa praca zapewniła jej dużo satysfakcji zawodowej, ale nigdy nie mówiła o niej z takim błyskiem w oku, jak o „wykopkach”. Wiem, że proza życia może być przepiękna i że nie zawsze wielkie pasje + praca = sukces… Ale dlaczego takie historie zdarzają się głównie kobietom? Coś mi się zdaje, że pani Cooney ma punkt widzenia, który może rezonować z moim ;)

    • ik 9 września 2022 at 11:18 am- Odpowiedz

      Podejrzewam, że pani Cooney „pogada” do Ciebie odpowiednimi słowy. Przy czym ona nie wojuje feministycznie, ona stwierdza fakty i tak podejście powoduje, że to staje się jeszcze dobitniejsze.
      A co do tego, że proza życia bywa satysfakcjonująca, to ja się zgadzam – dobrze by było, żeby była, bo wtedy żyje się lepiej, ale to nie to samo, co pasja, która powoduje, że chce się więcej i nagle okazuje się, że można góry przenosić.
      Ale kiedy słyszę takie historie, jak Twojej znajomej, to zawsze się zastanawiam, ile osób, ile kobiet straciło swoje szanse, bo dopadła ich ta proza życia i dokonywali wyborów racjonalnych.

Zostaw komentarz