Na początek wykonajmy małe ćwiczenie umysłowe. Siedzicie na ławce przed biblioteką lub księgarnią i wychodzi z niej dojrzała pani (mój wiek, czterdzieści mocno plus) i w rękach niesie te osławione „50 twarzy Greya” lub inną powieść z okładką, gdzie pan świeci nagim naoliwionym torsem i jednoznacznie wchodzi w kontakt cielesny z postacią kobiecą, atrakcyjną. Po niej wychodzi pani, wiek niech będzie podobny, a w rękach tomiszcze (ponad trzysta stron) z trupią czaszeczką na okładce – „Stulecie trucicieli”, a obok, okładka w okładkę „Trucizny i niewidzialni zabójcy”.

I teraz pytanie – gdyby się tak mocno zastanowić i rozpocząć bardzo swobodne dywagacje, czy lektury odzwierciedlają jakoś charakter człowieka i oceniać „po okładce”, to potępicie panią Trucicielkę, panią Erotyczną, obie czy żadną z nich?

I dlaczego czytelnik zainteresowany truciznami nawet przez sekundę nie pomyśli, że powinien włożyć lektury do siatki z materiału, zasłonić tytuły lub owinąć w szary papier? A w przypadku lektur bardziej pikantnych od razu upycha się je głęboko w torbie, żeby przypadkiem nikt nie widział? I w sumie temu się nawet specjalnie nie dziwię. Jest we mnie mnóstwo zrozumienia, że można po prostu nie chcieć się później spotkać z durnym sąsiadem, który ryknie na środku ryneczku: „A jak tam, sąsiadko? Już sąsiadka tę książkę o seksie przeczytała? Mąż skorzystał?”.

Ale czytelnicy takich lektur nie przyznają się do ich czytania na przykład również na kontach i profilach w serwisach o książkach, gdzie można sobie tworzyć listy swoich przeczytanych tytułów i dzielić się recenzjami. Do przeczytania najnowszej Tokarczuk to owszem, a do kolejnego tomu Bridgertonów lub Greya to już nie. Dlaczego?! Dlaczego horrory, gdzie mroczne widmo zjada dusze mieszkańców miasteczka na odludziu lub kryminał, gdzie seryjny morderca torturuje, okalecza i zabija kobiety, są czytane, ludzie się do tego przyznają i nie zastanawiają się, że może ktoś o nich pomyśli, że są sadystami, skrycie marzą o wymordowaniu sąsiadów i najchętniej by sprawdzili, czy kanibalizm jest atrakcyjna dietą sezonową. Dlaczego?

Bo społeczeństwa nie gorszy szukanie sensacji w książkach o mordercach ani czytanie horrorów, gdzie ktoś dusi małe dzieci, ale seks… oj, seks to złooooo, obciach i grzech. I źle o nas świadczy. O nas, o naszym morale i o naszych gustach czytelniczych.

No to ja łupnę małą bombą, a co! Okazało się, że jestem wielką miłośniczką – i tak, piszę to wyraźnie, a dlaczego wyraźnie i nie oblewam się zawstydzona purpurowym rumieńcem, o tym za chwilę – zatem okazało się, że jestem wielką miłośniczką romansów z epoki, gdzie trup nie ściele się wcale, a za to bohaterowie potrafią wyskoczyć z odzieży. Bridgertonowie się bardzo do tego przyczynili, bo serial serialem, ale to jest cały cykl powieści Julie Quinn o perypetiach całego rodzeństwa. A z polskich powieści Melisa Bel i jej cykl „Niepokorni”, też jest „kostiumowo” i ze sporą dozą humoru.

Żeby „być w czytelniczej prawdzie”, to to dodam, że owszem czytałam „50 twarzy Greya” i jakieś kolejne części też, chyba nie wszystkie, bo uznałam całość za niekoniecznie porywającą tak, żeby z niecierpliwością czekać na kontynuację i ją przegapiłam, a jak się obejrzałam, że są, to były ciekawsze rzeczy do czytania. Filmu nie oglądałam, Andrzej też nie, doszliśmy do wniosku, że chyba nie przetrwamy. Darowaliśmy sobie. Najbliżej filmowego Greya byliśmy, oglądając „Book Club” („Pozycja obowiązkowa” po polsku) o paniach, które w ramach spotkań klubu książki Greya czytały i uznały, że to powieść, która zmienia ich życie (film miły i „oglądalny”).

Polski „fenomen” Blanki Lipińskiej, czyli „365 dni”… Tu zapada długa cisza… Zabił mnie po dwóch akapitach i niestety nie przyczyniłam się tutaj do bicia rekordów popularności i zarobkowania polskich autorek. Bo u mnie powieść może być z erotycznym posmakiem, ale jednak musi być powieścią, a nie grafomaństwem.

No to wróćmy do oblewania się tym purpurowym rumieńcem wstydu, a raczej nieoblewania się owym.

Po pierwsze od zawsze wyznaję zasadę, że czytanie jest tak cudowną czynnością i jednocześnie tak zanikającą rozrywką, że jeśli ktoś czyta, to mnie cieszy sam fakt i nie zaczynam od razu oceniać, czy te jego lektury są „wartościowe”. Każdy czyta to, co mu w danym momencie potrzebne i jednego dnia to będzie poszukiwanie zaginionego czasu z Proustem, innego zakochiwanie się razem z bohaterami lekkiego romansu autorki o szerzej nieznanym nazwisku, a po tygodniu będziemy czytać o śladach dinozaurów, bo nas nagle złapie chętka na paleontologiczne odkrycia. A może przez rok to będą tylko lekkie powieści z happy endem, bo tylko to działa jak lekarstwo na całe zło dokoła.

Bardzo mnie wkurza, że wiele osób próbuje szufladkować innych według tego, co czytają. Jak „Traktat o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego to dobrze, jak Harlequiny to źle, a jak Dorota Masłowska, to w sumie nie wiadomo, czy dobrze czy źle. Według mnie każdy czyta to, co chce, co mu potrzebne, co go cieszy, odrywa od rzeczywistości i jest po prostu miłe. Książki z obowiązku czytuje się w szkole, na studiach i czasami z powodów zawodowych, ale poza tym… wolność Tomku w swoim czytelniczym domku. Ja się zawsze zastanawiam, jak ci oceniający z taką łatwością innych „po tytułach” zakwalifikowaliby mnie, oglądając listę moich lektur z, powiedzmy, roku… Chyba jako podpadającą pod zaburzenia dysocjacyjne i podejrzenie, że psychiatra powinien się zająć moimi zbyt wieloma osobowościami.***

I tu dochodzimy do tego przysłowiowego „Greya” i rumieńców. Nie oblewam się rumieńcem ani z powodu tego, że powieści, gdzie pojawiają się sceny seksu. Czytuję też takie, gdzie bohaterowie jedzą, tańczą, pracują, mają koszmary senne… Czyli żyją. Nie jest mi wstyd, że nie jest to literatura wysokich lotów. Gdybym miałam czytać tylko taką, to bym została znaną krytyczką literacką i żyła z recenzowania najświeższych i najgłośniejszych powieści i przyznawania nagród za debiuty literackie, których czasami nie czyta zbyt wiele osób poza krytykami.

Po prostu czytajmy. Z radością. To, na co mamy ochotę. Bez wpędzania się w poczucie winy, że rzucamy się na najnowszy romans, a nie na nową Tokarczuk (a może na jedno i drugie, z taką samą niecierpliwością).

*** Gdyby ktoś chciał ocenić moje absolutne rozdwojenie – rozmnożenie? – czytelniczej jaźni, to proszę bardzo, oto lista książek, które w czasie jednego tygodnia czytałam, słuchałam, skończyłam lub choćby zaczęłam, samotnie lub z mężem. Kolejność alfabetyczna, żeby nie sugerować „wartościowości”:

Bel „Kapitan Ross” – romans „ze scenami”, z epoki, ze wspomnianego cyklu „Niepokorni”

Forster „Pokój z widokiem” – klasyka we włosko-angielskich klimatach, ale w sumie też romans, chociaż „sceny” też były, ale… nie damskie

Howell „Córka pustyni” – biografia Gertude Bell, dyplomatki, pani szpieg, archeolog, pisarki i kobiety stanowczo ponad swoje czasy

Kazantzakis „Ostatnie kuszenie Chrystusa” – kontrowersyjna powieść o życiu i wyborach Jezusa

Lowell „The Duke Undone” – romans z czasów wiktoriańskich

Maciąg „Menopauza” – no to wiadomo, poradnik taki raczej „uduchowiony”, a nie medyczny

Riordan „Młot Thora” z cyklu o Magnusie Chase’ie – nordyccy bogowie w akcji

Stillman „Ajurweda. 10 kluczowych nawyków…” – wschodnie podejście do życia i zdrowia we współczesnym, zachodnim wydaniu

I co diagnozujecie na podstawie tych tytułów? Bo ja to widzę tak, pani w wieku przed menopauzą przerażona wizją uderzeń gorąca szuka wiedzy, jak ich uniknąć, a przy okazji poczyta sobie o zdrowiu, bo może samo czytanie da już jakieś rezultaty, do tego trochę gorszycielka, bo tu pikantny romans a tu kontrowersyjna powieść z religią w tle, do tego marząca o miłości (no, wiadomo, te romanse), nordyccy bogowie… to ja nie wiem w sumie, ale ten „Pokój z widokiem” to na bank próba pokazania, że klasyka to coś, co nie jest jej obce i to leży na honorowym miejscu, żeby się książka załapała na każdym zdjęciu do Instagrama :)))))))))))))))))))))

30 komentarzy

  1. Monika 23 maja 2022 at 6:08 pm- Odpowiedz

    Nie, jednak się nie zgadzam. Nie jest wszystko jedno co się czyta. Książka nie jest bezwzględnie święta – jest lekturą i jest też makulatura. W samym romansie nie ma nic złego, ale niech on w sobie ma coś jeszcze – balkon jakiś, ogórki w miodzie, likier pomarańczowy. Postacie niepapierowe, akcję sensowną, opisy przyrody, język zgrabny. Na makulaturę i grafomanię szkoda oczu.
    Ech, temat rzeka, nadaje się na długie pogaduchy przy winie a nie post. :))
    Ja czytam od ponad pięćdziesięciu lat tylko i wyłącznie dla przyjemności. I to chyba uchroniło mnie od snobizmu czy wstydu czy wartościowania. Czytam Małą księżniczkę i się nie wstydzę, nie przeczytam Ulissesa i też się nie wstydzę.
    A czy można wyciągać wnioski z czytanych tytułów? Moim zdaniem, trochę można ale bardzo ostrożnie. Sam fakt, że ktoś je marchewkę nie świadczy o tym, że ktoś jest koniem, bo może być królikiem. :))

    I w ogóle to bardzo ciekawe, dlaczego czytanie tak często wiąże się z uczuciem wstydu? Uważam, że wartość człowieka leży w ogóle daleko poza książkami. Wnioskować możemy o pobudkach takich wyborów albo o smaku literackim. No a smak, to już w ogóle temat rzeka jest. Osobiście wierzę, że powinno się go jednak kształtować .

    Ps. W literaturze wysokich lotów też jest zwykłe życie, myślę sobie, że w im wyższej, tym prawdziwsze. :)))
    Ps. Przy czym Traktat tak, ale Tokarczuk nienie. W ogóle nobliści raczej nie. Chyba że Reymont. :)

    • ik 24 maja 2022 at 5:51 am- Odpowiedz

      To zdanie, że książka nie jest bezwzględnie święta, to ja się zgadzam, ale bym to stosowała szeroko. Nie jest świętością „kanon”, nie jest świętością noblista, nie jest świętością to, co najpopularniejsze, nic nie jest świętością i każdy sobie sam ocenia, co jest makulaturą, a co książką dla niego miłą. Ja sobie na to popatrzyłam niechcący, kiedy porządkowaliśmy książki po mamie. Ja wiedziałam, że chcę zabrać to, co było dla mnie sentymentalnie ważne i znalazły się tam przedziwne rzeczy. Reszta książek została oddana do dyspozycji sąsiadki i ona na dzień dobry powiedziała, że chce wszystko, „tylko nie żadne lektury, żadne Sienkiewicze, żadne Reymonty, żadne Orzeszkowe”. Bo dla niej to coś, czego nie chce, kropka, za nic, makulatura. A ja wiozłam Sienkiewicza, Szołochowa i Tołstoja przez całą Polskę, bo lubię łamane na kocham i chciałam mieć swoje stare wydania, znane od zawsze, rozpadające się i zaczytane. A za makulaturę uznałam setki najnowszych, popularnych tytułów i oddawałam bez mrugnięcia okiem.
      Ale ponownie się zgodzę, że gust i smak można i trzeba kształtować, ale nie na „obraz i podobieństwo swoje”. I tu znowu osobiście – Andrzej zaczął czytać, a raczej słuchać powieści, bo poszło „po żoninym przykładzie”, ale na początku to się nam gusta rozjeżdżały absolutnie. Teraz powoli się zaczynają zazębiać, bo nie upodabniać. Przy czym, ja dokonuję niezłej ekwilibrystyki, żeby znajdować tytuły, które są atrakcyjne dla nas razem. Czasem poczytamy coś, co chce Andrzej i ja sobie poszerzę horyzonty i to bardzo niespodziewanie pozytywnie (gdybyś mnie zapytała, czy będę cenić literaturę lit-RPG, to bym się w głowę puknęła, a okazało się, że bawiłam się świetnie i doceniłam autora za umiejętność przeniesienia klimatu gry komputerowej do całego cyklu powieści). Andrzej na wieść, że będziemy czytać Rushdiego miał dziwną minę, a potem gonił mnie wieczorem do czytania, bo czekał niecierpliwie, co się będzie dalej działo w „Czarodziejce z Florencji”. Serwujemy sobie zatem dziwności, czasem z sukcesem, czasem nie, ale bywa ciekawie.
      I tak, ja nie cenię Blanki Lipińskiej, uznaję jej powieści za grafomaństwo, ale gdyby mnie ktoś zaczął przekonywać, że „w tym coś jest”, to nie wiem, czy bym nie przeczytała, żeby móc dyskutować, czy ja to samo „coś” widzę, czy nie i dlaczego. Bo ja w ogóle kocham dyskutować o książkach i tym, co w nich zachwyca lub nie zachwyca (po gombrowiczowsku czasami : ))))))
      PS. Reymont nie, Tokarczuk tak, Traktat może być.
      PPS. Ulisses też nie.

      • Monika 24 maja 2022 at 8:50 am- Odpowiedz

        Chyba skłaniam się ku poglądowi, że istnieją pewne kryteria obiektywne, które pozwalają ocenić książkę. Na pewno nie są to kryteria związane z gatunkiem. Mamy dobre kryminały i kiepskie kanony (bo książki też się starzeją – w sumie najlepszym parametrem jest wiek, no ale kto ma czas, żeby czekać sto lat, albo nawet pięćdziesiąt czy książka się dobrze zestarzała, jak dobre wino, czy jest już octem po prostu).
        W ogóle to kilka śmiesznych rzeczy funkcjonuje w świecie książek – bardzo często właśnie na komunikat, że czytam na przykład „Zew krwi” spotykam się z reakcją – „Ale to przecież lektura jest?”. No, wiadomo, wciągnięcie na listę lektur nie ujmuje piękności (ale i nie dodaje, natomiast widać, dla wielu osób jest to nie przeskoczenia – lektura, to musi nuda być.
        I moim zdaniem, to że sąsiadka nie lubi Sienkiewicza (no, jest w dobrym towarzystwie, bo Gombrowicz też nie lubił) nie znaczy, że to makulatura – po prostu nie leży w kręgu jej zainteresowań. To, że dla mnie Ulisses jest obrzydliwy i wolę jednak oryginalną Odyseję, wcale nie znaczy że tam nie ma całej kopalni znaczeń, odniesień i „piękna inaczej”. No, nie dla mnie. Ale uważam, że nie mamy mocy nadać czemuś status zera literackiego.

        A sentymenty – mnie się nie trzymają, jeżeli darzę sentymentem Winnetou i doceniam, ile wzruszeń mi dostarczył, to jednak nie trzymam, bo tego się nie da czytać już (ja nie mogę).
        Nie, nie, na swoją modłę nie ma co nikogo przerabiać. Tylko zawsze tu jest pytanie, czy ktoś nie czyta, bo nie zna, albo nie lubi, bo nikt mu nie opowiedział, jakie to piękne jest i fajne. Czy też może dlatego nie czyta, bo na pewno nie polubi. Wtedy warto mu pokazać to, co samemu się ceni. Ja już jestem w takim szczęśliwym wieku, że wiem czego nie lubię – realizmu magicznego czy fantastyki, może dlatego że kocham baśnie (mina mojego stolarza na wieść, że bajek nie oddaję do antykwariatu, bo czytam ciągle, bezcenna) i jakoś ta fantastyka nieautentyczna mi się wydaje.

        Z własnego doświadczenia wiem, że wiele, wiele pięknych książek przeczytałam z polecenia innych osób. Do niektórych nawet musiałam się przymusić i przeczytać jakieś opracowania, bo z marszu nie dałam rady. Tak miałam z Proustem i tak miałam z Homerem. Warto było. Ale właśnie rozumiem, że pewne rzeczy są nie do przejścia.
        Na starość też nie uważam, że koniecznie trzeba czytać – nie wiem nawet czy kiedykolwiek tak uważałam, po prostu to było dla mnie dziwne. Nie gorsze, ale dziwne. Ale naprawdę przekonałam się, że można się przyjaźnić z kimś kto nie czyta, nie szanować kogoś, kto uwielbia Homera, bo, naprawdę, książki jeszcze o niczym nie świadczą. Mogą, ale nie muszą. :D

        PS. Przepraszam, ale ja o książkach też długo mogę :D

        • ik 24 maja 2022 at 9:44 am- Odpowiedz

          Czekaj, czekaj, to ja doprecyzuję, bo sentyment nie oznacza starych, dobrych wspomnień i tylko tyle. Ja swoje sentymentalne tytuły mogę obecnie kochać i zaczytywać się nimi regularnie (jak Tołstoj między innymi i stara Jeżycjada) albo mogę z nich wyrosnąć i po sprawdzeniu, czy mi z nimi nadal dobrze, dojść do wniosku, że już nie (jak było z „Anną Jarosławną królową Francji”), a wtedy książka ląduje na stosiku do oddania. Ja pisałam o wożeniu książek z sentymentu do danych egzemplarzy, tych konkretnych, które kojarzą mi się z dobrymi wspomnieniami (na przykład czytania przy jedzeniu zupy jarzynowej z zacierkami :)))) I nie było ważne, że mam w domu inne wydania. Jak miałam sposobność, to chciałam te moje ukochane, z duszą i wspomnieniami, a moje dotychczasowe odłożyłam do oddania. To jest dla mnie sentyment do książek. A konkretne tytuły mogę po prostu kochać, lubić, ale to zawsze jest uczucie „na teraz”, z sentymentu nie czytuję niczego, czego już nie lubię. Szkoda czasu.
          Masz rację, że pokazywanie, że czytanie jest super komuś, kto nie miał okazji tego docenić, bo mu się tak jakoś życie poukładało, to jak dawanie komuś potężnego narzędzia tworzenia szczęścia. Ale właśnie czynem to pokazujmy a nie słowem. Na przykładzie a nie wykładem. Szczególnie, jeśli to pokazywanie dzieciom. Entuzjastyczny czytający dorosły zdziała więcej niż gadający o książkach, ale jakoś z książką mało widywany.
          I bardzo dobrze, że o książkach możemy długo :)))))

          • Monika 24 maja 2022 at 10:25 am- Odpowiedz

            To ja tak nie mam. I tak sobie myślę, że trzymam swojego Kubusia Puchatka, którego dostałam będąc małą dziewczynką, tylko dlatego, że się ładnie zestarzał. Gdyby był szkaradną książką z lat osiemdziesiątych, to bym go wymieniła na nowszy model, tak jak wymieniłam rozpadnięte Muminki na śliczne nowe wydanie. :O
            I tak, tak, szkoda czasu – ja już teraz nie sprawdzam, chyba że są naprawdę silne przesłanki.

            Z czytaniem to ja sama nie wiem – moi rodzice dużo czytali, zwłaszcza mama, a u dziadków w ogóle nie było żadnych książek. To znaczy potem była Trylogia, którą babcia kupiła na subskrypcję w Próchniku :D
            No ale moja babcia była świetną opowiadaczką. Ja od najmłodszych lat, kiedy nie wiedziałam jeszcze nawet co to książka, zamęczałam ją, żeby mi opowiadała. „Zmyślaj, ale opowiadaj” – prosiłam, kiedy repertuar jej się kończył. Tak lubiłam opowieści. U mnie w domu za to było mnóstwo książek (mnóstwo to eufemizm nadmiaru) i moje dzieci mało czytały. Chociaż próbowałam różnych lektur, nie to że zabiłam w nich czytelników torturując synów moją ukochaną Anią z Zielonego Wzgórza. Starszy syn w dojrzałości zaskoczył czytając Kinga, może więc faktycznie nie trafiłam na nic w dzieciństwie, co by go pociągnęło.

            Nie bardzo chyba działa przymus – moja przyjaciółka, której rodzice sporo czytali, nie bardzo lubi czytać i czyta bardzo mało, mimo że rodzice czytali jej na głos i przerywali w najciekawszym momencie, żeby dokończyła sama. A jej to po prostu nie ciekawiło.
            Trzeba mieć w sobie głód opowieści, nie wiem czy to się da wyrobić. Ale w przypadku muzyki uważam, że tak. Moja mama ciągała mnie do opery, kiedy byłam nastolatką – cierpiałam tam katusze. No a teraz na starość słucham wyłącznie klasycznej (chociaż nie wiem czy to nie w wyniku jakiś mikroudarów, bo ponoć jeden pan zaczął słuchać wyłącznie klasycznej po porażeniu prądem – tak wyczytałam u Sacksa). Tajemnica. :)

  2. Anna Szyzsa 23 maja 2022 at 9:00 pm- Odpowiedz

    Tak! Nie ma litości dla „podrzędności” , bo jeśli już czytamy KSIĄŻKĘ (w twardej oprawie najlepiej) , to wiadomo, że jesteśmy elitą narodu, wzorem cnót i warstwą yntelygencką, a tej nie przystoi!!11oneonejedenaście1! Mam nawet koleżankę (po kulturoznawstwie, nomen omen), która nie ma konta na goodreadsie ani lubimy czytać, bo, jak zdradziła mi w przypływie poufałości, i tak nie dodałaby większości przeczytanych pozycji. No cóż, trudno! Ja akurat czytam Wańkowicza, więc nie hańbię aktualnie warstwy czytającej, ale Bridgertonowie czekają już na mojej liście! I chwalę się zawsze także, że namiętnie oglądałam „Wspaniałe stulecie”, po czym dodaję, że byłam na koncercie Behemotha (w pierwszym rzędzie) – chociaż na co dzień nie słucham. Po takiej dawce informacji wszyscy puryści gatunkowi pierzchają, zostawiając mnie z poczuciem dziwnej, mało cnotliwej, satysfakcji. :))

    Pozdrowienia :)

    • ik 24 maja 2022 at 6:00 am- Odpowiedz

      Ja nie pierzchnę, bo uwielbiam ludzi z szerokimi horyzontami, co czytają od Sasa do lasa, słuchają podobnie i oglądają takoż (u mnie z oglądaniem najgorzej, bo nie przepadam za ruchomymi obrazkami).
      Ja konto na Lubimy czytać mam i jestem tam prawdomówna, wprawdzie nie ma tam wszystkiego, bo próba wrzucenia tam książek przeczytanych dawniej niż kilka kat temu mnie przerosła i czasami nie ma tam czegoś, co czytam lub słucham nie po polsku, ale to jakieś pojedyncze tytuły. Ale nie ukrywam, że czytam „eklektycznie”.
      A twarde okładki kocham, ale wybieram miękką oprawę, bo ja często zasypiam z książką i ona mi wtedy spada na łeb i twardy róg… niebezpieczne :)))))))) Pomijając, że większość czytam z tableta, też chyba źle i „niepoprawnie” :)))))

    • Monika 24 maja 2022 at 9:08 am- Odpowiedz

      To właśnie coś, czego nie rozumiem. Nie rozumiem czytania dla pozoru, do elity nie należę i nie mam aspiracji (ani warunków). Czytam bo lubię i muszę. Tak samo jak jem, bo lubię i muszę. Jeżeli lubię sernik, to najlepiej, żeby był dobrze upieczony, z kajmakiem, puchaty i kremowy. Jeżeli nie lubię, to nie jem – nie widzę tu żadnego powodu, żeby się z tym ukrywać. No ale z książkami jest o tyle inaczej, że właśnie utożsamiamy człowieka z tym co czyta, co na ogół nie jest prawdą.

      Tablet nie (w słońcu nie można) – ale czytnik, o tak. Czytnik dla mnie to taki sam nośnik jak papirus czy gliniana tabliczka. I tyle. Kocham książki ładnie wydane, pachnące papierem, kocham dotykać grzbiety, dlatego nigdy się papierowych nie pozbędę, ale czytnik ratuje moje miejsce na półkach.

      • ik 24 maja 2022 at 9:29 am- Odpowiedz

        Z tym jedzeniem, to też się zaczyna robić dziwnie, też się zaczyna utożsamianie człowieka z tym, co je, ile je i jak. Długi temat, trudny temat.
        Ale zgadzamy się co do tego, że ocenianie po tym, co na pólkach i na talerzu to błędna droga.
        I mamy podobne zdanie, że czytniki czy tablety to po prostu kolejna forma nośnika. Ale też uwielbiam papier i stare wydania.

  3. Kola 23 maja 2022 at 9:20 pm- Odpowiedz

    Cudowny wpis!!!! <3
    Nie mam kont na portalach czytelniczych, bo jakoś mnie to nie ciągnie. Zdarza mi się czytać opinie na lubimyczytać, ale nie sugeruję się nimi jakoś mocno, bo nie to ładne co ładne, tylko to co się komu podoba;)
    I nie oceniam ludzi po tym, co czytają. Przyznaję się do oceniania po tym, CZY czytają;)
    Czytałam Greya i sagę Zmierzch z wypiekami na twarzy, do całego Pottera, Jeżycjady, Chmielewskiej i Szwai wracam namiętnie, jak potrzebuję ucieczki od złego świata. Pratchetta kocham i Szymborską, Lee Childa i Poświatowską, i McDermid i Gałczyńskiego, i Leca (losowa myśl nieuczesana przed snem albo po przebudzeniu), i Historię brudu i Historię pijaństwa, i wstęp do imagineskopii, i Historię używek też, oraz Ekologię biochemiczną (z własnej woli, bo te zależności w przyrodzie są fascynujące – co zjada gąsienica i dlaczego, żeby potem ptak jej nie zjadł? Jak drzewa wołają na pomoc biedronki, gdy żrą je mszyce?). Mary Roach wielbię miłością wielką, jeśli napisze książkę o konstrukcjach dachów to ja też to chcę przeczytać! Kocham autora „what if?” za absolutnie abstrakcyjne myślenie, i wyliczenia matematyczne i z humorystycznymi obrazkami m in co by było, gdyby istniał mol kretów (nieprzetłumaczalna z ang gra słów „mole”=kret oraz mol jako jednostka liczności materii 6,02×20^23 sztuk). Jedną dziurką od nosa wciągnęłam „przeminęło z wiatrem”, a „księgi Jakubowe” usypiają mnie po 3 stronach. Sienkiewicz ma w moim wyobrażonym piekle swój prywatny kocioł, ogrzewany paliwem donoszonym przez polonistów. A nieznanymi z podręczników fraszkami Kochanowskiego zdemolowałam kiedyś lekcję i sprawiłam, że baba od polskiego uciekła z klasy. A jak ktoś chce się porumienić inteligentnie, poszerzając horyzonty z literatury polskiej nieznanej z lekcji języka polskiego, to polecam „sekscytacje”;)
    I niech mnie ktoś spsychoanalizuje albo zaszufladkuje na podstawie lektur, jestem niezmiernie ciekawa wyników!!

    • ik 24 maja 2022 at 6:06 am- Odpowiedz

      To ja się podpiszę pod tym „CZY czytają”, chociaż, jeśli nie czytają, to też nie zamieniam się od razu w surowego sędziego, tylko raczej w czytelniczego psychoanalityka i od razu zaczynam drążyć, a jak to było w dzieciństwie i czy przypadkiem rodzice lub dziadkowie kogoś nie skrzywdzili i może warto spróbować i to od czegoś bardzo dowolnego, co jest spójne z zainteresowaniami.
      Sienkiewicz u mnie w pisarskim raju, ale wiem, że jestem w tej kwestii osobą nie wpisującą się w standardy, ale nic nie poradzę, kocham i już, z całą świadomością, że wcale kochać nie trzeba i można go do piekła.
      Psychoanalizę na podstawie wymienionych autorów i tytułów zostawię sobie na później, bo to ewidentnie wymaga wyobraźni i czasu :))))))

      • Kola 24 maja 2022 at 7:11 am- Odpowiedz

        Ja też się nie zmieniam w surowego sędziego;) U mnie to działa bardziej tak, że jeśli to ktoś świeżo poznany, to już widzę, że wspólna fala nadawania jakaś będzie, i lekkość rozmowy w sensie języka też, bo „swój człowiek” ;) Bo niestety doświadczenia mam takie, że z tymi co absolutnie nie czytają i nie czytali nigdy niczego jednak trudniej mi się dogadać. I językowo, bo niby dwie osoby po polsku, ale jednak „po innemu polsku”, i w kwestii patrzenia na świat podobnymi oczami.
        Jeśli mnie w wolnej chwili spsychoanalizujesz na podstawie tego wycinka spektrum, to proszę daj znać, Ci wyszło!! :)))))

        • ik 24 maja 2022 at 7:42 am- Odpowiedz

          Ja się nigdy nad tym nie zastanawiałam, czy kwestia czytania ma wpływ na moje relacje, ale chyba nie, bo wtedy bym na bank miała innego męża :))))))) Chociaż, jak widać, w Andrzeju coś jednak „siedziało”, co tylko musiało wyleźć na zewnątrz i rozkwitnąć.

          • Kola 24 maja 2022 at 8:35 am- Odpowiedz

            No cóż, mój były mąż nie czytał nigdy niczego, i ogólnie czytanie (w tym moje…) uważał za bezsensowną stratę czasu… W moim nowym lepszym trwającym już ponad 3 lata życiu niemąż czyta namiętnie więcej ode mnie, bo kiedy ja osiołkuję pomiędzy robótką a książką, on po prostu wciąga kolejne pozycje z biblioteki ;)))) I sama nie wiem czy to zbieg okoliczności, czy jednak nie;)

            • ik 24 maja 2022 at 9:31 am- Odpowiedz

              Oj nie, gdyby ktoś uważał jakiekolwiek moje ukochane zajęcie za stratę czasu, to bym się odwracała na pięcie szybciej niż bączek-zabawka. I nie jest ważne, czy partner sam to lubi czy nie. Oboje szanujemy swoje czytanie czy oglądanie. Andrzej szanuje moje robótki wszelakie, a jego granie w gry komputerowe, chociaż mnie do tego trudno namówić. Ale okiem nie mrugam na takie spędzanie czasu czy wydawanie na hobby pieniędzy.

  4. Alva 24 maja 2022 at 10:36 am- Odpowiedz

    Z romansami, szczególnie współczesnymi, mam ten problem, że one nie raz przedstawiają relacje mocno toksyczne – jak choćby właśnie Lipińska, w której gwałt nie jest gwałtem, tylko „bo on nie może sie powstrzymac, bo ona taka ładna, a w ogóle to sama chciała, bo po co się tak wyzywająco ubiera”. Relacje, gdzie kobieta jest przedmiotem, z góry ustawionym na słabszej pozycji względem „prawdziwego” mężczyzny. I jak widzę, że osoby czytające zachwycają się tym wzorcem męskości (który gwałci, lekceważy, osacza, podporządkowuje psychicznie i finansowo – tak, Gray, na ciebie patrzę – ale za to jest przystojny i bogaty), to tak, to się złoszczę i uważam, że lepiej już by wcale niczego nie czytały. Albo czytały ze świadomością, że to jest złe, że w rzeczywistości od takiego przemocowca należy zwiewać, a nie go usprawiedliwiać.
    Książki kształtują nasze podejście do życia, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi. A usprawiedliwianie przemocy w książkach czy ogółem tekstach kultury może się łatwo przełożyć na usprawiedliwianie (albo nawet niedostrzeganie!) przemocy w życiu realnym.
    Przepraszam, jeśli za ostro, ale kwestia przemocy domowej i seksualnej względem kobiet jest dla mnie bardzo bolesna.
    A co do własnych lektur… pewnie, że czytam erotykę. Nawet pornografię czytam, jak mam nastrój. Na zmianę z reportażami, fantastyką, kryminałami… Ze świadomością, że to fikcja, że nie może mieć przełożenia na realność, że osoba autorska jest człowiekiem i mieć swoje poglądy. Jeśli te poglądy mi nie odpowiadają, jeśli są otwarcie złe, nawołujące do nienawiści – to przestanę czytać, ale nie będę milczeć, tylko napiszę/powiem, co jest nie tak i dlaczego. Bezrefleksyjne czytanie… No nie, jest absolutnie nieakceptowalne. Nawet jeśli dla przyjemności.

    • ik 24 maja 2022 at 11:20 am- Odpowiedz

      Nie za ostro, skoro to budzi Twoje emocje! Masz prawo tak na to patrzeć. Ale na pewno masz świadomość, że to czytanie bez takich refleksji może się zdarzyć tylko osobom, które same nie doświadczyły emocji, nie miały przeżyć, które by powodowały, że im się od razu świeci światełko, że tutaj mnie boli, zgrzyta mi, itp. Ale dlatego ważne jest to, co napisałaś, że warto czasami podyskutować o pewnych kwestiach głośno i wyraźnie, że jakieś relacje nie są ok, że coś może być toksyczne, że warto się nad czymś zastanowić, żeby się ktoś w rzeczywistości nie wplątał w coś bardzo złego i niebezpiecznego. Ja może mniej reaguję tak na opisy toksycznych relacji damsko-męskich (chociaż sceny bicia, przemocy czy gwałtu od razu wywołują we mnie coś pierwotnie zwierzęcego w swoje niezgodzie, ale to wynika z historii rodzinnych, które znam z opowieści), a bardziej na toksyczne relacje matka-córka. I też mam czasami ochotę zacząć bardzo poważną dyskusję nad bardzo lekką książką, że to, co ja tam czytam, to się skończy psychicznym pogięciem dorastającego dziecka i że to się powinno potępiać, a nie gloryfikować. Każdy ma swoje demony i one się w naszych lekturach pojawiają w najdziwniejszych miejscach i to jest naturalne. Ale ja sobie często powtarzam, że ja wybucham emocjonalnym wulkanem, ale Andrzejowi muszę tłumaczyć, skąd mi się to bierze, gdzie we mnie w środku to siedzi, bo on na to patrzy bez takich emocji. A on mi często wtedy mówi, że to fikcja i wtedy do mnie dociera, że dla wielu osób to tylko fikcja, to ja bardziej czuję. A potem czytamy coś, co jego wyprowadza z równowagi, ja tego nie rozumiem, on mi tłumaczy, skąd mu się to bierze…
      Ale generalnie zgadzamy się na pewno, że jeśli już książka sprawia przyjemność i jest oddechem od codzienności, to nie należy się zastanawiać, czy to literatura wysokich lotów, czy coś bardzo „popularnego”, ważne, że daje radość.
      A o tych przeróżnych tematach, na które książka uwrażliwiać powinna, które są z różnych względów ważne emocjonalnie to kiedyś należy podyskutować, bo pewnie okaże się, że ta lista jest bardzo długa, różnorodna i czasami zaskakująca (tak jak niesamowicie przeróżne są nasze doświadczenia).
      I jeszcze raz napiszę – tak masz prawo pisać ostro i emocjonalnie!

      Lipińska… no to jest dla mnie fenomen powieściowy. Ja bym na to nasłała profesora Izdebskiego, niech on mi wyjaśni, skąd się bierze ta liczba zachwyconych czytelniczek.

      • Monika 24 maja 2022 at 11:55 am- Odpowiedz

        Ale to jest ciekawe. Nie wiem czy strawne byłyby książki poprawne pod każdym względem. Kiedy byłam młoda to wolałam Bohuna, chociaż było czarno na białym, jaki nerwowy jest. Myślę, że i tak samemu trzeba zmądrzeć.
        I to ciekawe, co Agnieszka pisze powyżej o fikcji. Fikcja w książkach dla nas przestaje być fikcję dopiero, kiedy sami czegoś doświadczymy. I z drugiej strony im jesteśmy bogatsi, tym bogatsze jest nasze odczytywanie. Wtedy książka byłaby faktycznie tylko pryzmatem.

        • ik 24 maja 2022 at 12:56 pm- Odpowiedz

          Książki poprawne pod każdym względem pewnie po jakimś czasie już by nie były poprawne, bo czasy się zmieniają, role społeczne się zmieniają. A Bohuna też wolałam, ale też mi nieco przeszło.
          A z fikcją to tak jest, że się przestaje na nią patrzeć jak na fikcję, kiedy się coś przeżyło, trochę na szczęście to działa i przy dobrych rzeczach i na nieszczęście przy złych. I masz rację, im więcej doświadczeń, tym bardziej się patrzy przez pryzmat własnych emocji.

  5. Maria 24 maja 2022 at 12:16 pm- Odpowiedz

    Ostatnio w kawiarni przyznawałam się przyjaciółce, że właśnie czytam Bridgertonów. Przyciszonym głosem, bo a nuż ktoś usłyszy ;) Po czym już normalnie dodałam, że czytam to po angielsku, żeby jakaś konkretna korzyść z lektury była. To jest moja metoda na lekką beletrystykę (i nie tylko): mam mało wolnego czasu i lubię łączyć relaks z nauką przy okazji. Bardzo mi to odpowiada.
    Poza tym nauczyłam się nigdy nie dyskwalifikować z założenia jakiegokolwiek gatunku literackiego lub autora. Wielokrotnie sięgałam po książki zupełnie dla mnie nietypowe i odkrywałam coś/kogoś genialnie rezonującego ze mną (kilka takich lektur pochodziło z Twoich polecajek).
    Dla słabej literatury szkoda mi czasu i ją omijam (jeśli przez pierwsze kilka-kilkanaście stron lektury nie opuszcza mnie poczucie żenady, to bez wyrzutów sumienia żegnam się z książką). Ale… w czasach studenckich zdarzyło mi się dostać stosik harlequinów do przeczytania (znajoma mamy dostawała tego multum w redakcji). Miałam czas, sporo z tego przeczytałam. Wniosek wyciągnęłam następujący – co kilka-kilkanaście książek trafiają się naprawdę nieźle napisane powieści obyczajowe, z wyrazistymi postaciami i czytelnymi motywacjami. Jak się ma dużo wolnego czasu i chęci, to czemu tego nie czytać? Te harlequiny (wszystkie, nie tylko te najlepsze) trafiły potem na jeden z oddziałów szpitalnych, gdzie leczono moją ciocię. Ciocia donosiła, że zrobiły furorę. Bo w warunkach szpitalnych lekkie bajeczki pasują idealnie. Są idealnym „odmóżdżaczem”, pozwalają oderwać się od trudnych myśli, przewietrzyć głowę. Prawdopodobieństwo trafienia na trigger emocjonalny jest w ich przypadku zminimalizowane.
    Wspomniane powyżej „Księgi Jakubowe” cenię wysoko i przeczytałam od deski do deski, bo mnie urzekła muzyczność języka (słowa mi grały w głowie) i historia wciągnęła. Pewnie spory udział w takim odbiorze miało pierwsze zetknięcie z Księgami w nieodżałowanej Trójce (jak Jan Peszek to czytał w odcinkach!). Olga Tokarczuk zrobiła porządny research i po przemieleniu go przez swoją wrażliwość stworzyła coś takiego, że ja trwam w niemym zachwycie. Niemniej mam wrażenie, że różnorakich triggerów jest tam dostatek. Sama przez jeden miałam w trakcie lektury mniej więcej dwuletnią przerwę. Na szczęście całościowy zachwyt nie minął i jak wróciłam do czytania, to szybko skończyłam, a ogólne wrażenie pozostało znakomite.

    /Tak na marginesie, to Greya nie czytałam, wystarczyła mi Twoja opinia :D W przypadku ekranizacji poprzestałam na lekturze recenzji Zwierza Popkulturalnego, zdecydowanie film nie miał szans przebić ich uroku ;) /

    • ik 24 maja 2022 at 1:16 pm- Odpowiedz

      Ha, ta korzyść z lektury, kiedy się czyta w oryginale to może być niezły „dodatek” do po prostu przyjemności (zdradzę Ci, że polski przekład mnie nie urzekł, za to w angielskiej wersji sporo się językowo nauczyłam, więc tym bardziej popieram).
      Dyskwalifikowanie czegoś gatunkowo i treściowo u mnie niestety istnieje, bo horrory nie dla mnie (potem cały dom śpi przy zapalonych światłach, na mam zbyt bujną wyobraźnię) i te nieszczęsne zwierzątka, które naprawdę potrafią wywalić w kosmos całą powieść, bo ja nie jestem w stanie tego dźwignąć. Ale gdyby mi ktoś powiedział, że jakiś horror, to ma w sobie to „coś” i może warto sprawdzić, to ja się nie zapieram, pewnie by mnie nie trzeba było długo namawiać, najwyżej później bym wysłała polecającemu rachunek za prąd : ))))
      Tokarczuk mnie urzeka mniej więcej tym samym – ona robi z językiem swoich powieści coś takiego, że ja się zachwycam i to mi się przydarzyło nie tylko przy „Księgach”. I mam wrażenie, że to będzie jedna z tych książek, do których będę wracać z wiekiem, bo one mi pachną innym widzeniem i emocjami, kiedy się samemu ma inne doświadczenia i emocje. Ale jednocześnie wiem, że wiele osób się z Tokarczuk nie dogada, Andrzejowi nawet nie proponuję, bo czuję, że go nie zachwycą, przynajmniej nie teraz, może kiedyś. Za to ja mam lekki problem z „Biegunami”, widocznie nie ten moment, bo nie wciąga.
      Co do lektur szpitalnych, szczególnie na oddziałach, gdzie pozytywne patrzenie na świat jest ważne (czyli w sumie każdym), to sporo się przez poprzedni rok nauczyłam w tej kwestii. Różni ludzie potrzebują różnych rzeczy (te przysłowiowe horrory też się zdarzają jako ulubiona lektura), ale generalnie jest dokładnie tak, jak piszesz – dobry świat, perypetie bez bardzo trudnych emocji i bohaterowie, którzy na bank dotrwają do happy endu są najlepsi, a takie powieści najbezpieczniejsze. I seriale, gdzie się dużo dzieje, ale miłość zwycięża też : ))))) I te seriale mają jeszcze jedną magiczną cechę, o której się w pozaszpitalnym życiu nie myśli – one pchają człowieka, żeby dotrwał do następnego dnia, do następnego odcinka, żeby się dowiedział, co było dalej. Niby nic, a bywa, że działa cuda.

      • Maria 24 maja 2022 at 1:47 pm- Odpowiedz

        O, to tym bardziej pogalopuję rączo z lekturą Bridgertonów – dla dobra nauki! :D
        Ja w sumie też niechętnie sięgam po horrory i tylko polecenie zaufanej osoby by mnie mogło zachęcić. Dawno temu czytałam Manitou (to była wtedy dość modna lektura) i do dziś pamiętam, jak się nerwowo rozglądałam w tramwaju znad książki ;)
        I „Bieguni” też nie są moi. Za to „Prawiek i inne czasy” przeczytałam w sumie ze sporą przyjemnością. Kawałkami niekoniecznie mnie urzekało, ale wątek bohatera, który przechytrzył pocztę, jest moim ulubionym.

        • ik 24 maja 2022 at 2:11 pm- Odpowiedz

          Ja przeczytałam „Lśnienie” i robiłam to w chorobie, mając dość wysoką gorączkę, z książki pamiętam niewiele, za to sny z tamtych dni, do dzisiaj doskonale :)))

  6. Asia 24 maja 2022 at 7:32 pm- Odpowiedz

    Każdy niech sobie czyta, to co lubi niezależnie od wieku. Kiedyś był wielki szał na Harlequiny czy inne Sagi o Ludziach Lodu (moja mama się w tym zaczytywała). Obecnie jest moda na fantastykę i polskie kryminały. Moja siostra przez kilka lat miała fazę na lejąca się krew. Im więcej tym lepiej. Ojres ten przyadlna dwie jej ciąże, a z czasem wyszły dziwne fascynacje lasek krwią i cmentarzem, więc chyba ma znaczenie to kiedy coś czyta 😉 Ja dla za to totalnie nie idę za trendami i pozostaję wierna literaturze popoluarno-naukowej i piłkarskiej… Ale o gustach się nie dyskutuje 😂

    • ik 25 maja 2022 at 5:46 am- Odpowiedz

      O gustach się nie dyskutuje, ale Twoje może nietypowe, za to ciekawe. Z tymi modami to chyba jest „dwustronne”, z jednej strony jest moda na czytanie, a z drugiej autorzy mają ewidentnie okres intensywnego tworzenia tych gatunków, bo ilość tytułów z fantastyki i kryminału jest wielka, do tego lekkie powieści obyczajowo-romantyczne i nagle się okazuje, że tygodniowo to jest kilkadziesiąt tytułów-świeżynek.

    • Monika 25 maja 2022 at 6:23 am- Odpowiedz

      Mój szef zwykł mówić – „O gustach się nie dyskutuje, ale dobrze je mieć” ;)

  7. Urszula 25 maja 2022 at 8:36 pm- Odpowiedz

    O matko, a ja się zastanawiałam, czy to, że Gray po pierwszym tomie znudził mnie śmiertelnie i nigdy, przenigdy to tego nie wrócę świadczy, że jestem seksualnie ułomna? Czytelniczo – całkowicie subiektywnie, pomysł dobry, ale warsztatowo autorka nie dała rady i wyszedł potworek. O preferencjach seksualnych tak samo jak o gustach – nie dyskutuję, póki nikt mnie nie zmusza do czynienia czegoś, co jest wbrew mnie. Niemniej jednak, w mojej prawdopodobnie ograniczonej wyobraźni, nie mieści się zgoda na przemoc, poniżenie i jeszcze wmawianie, że to wyraz miłości… Niezmierna popularność tej produkcji świadczy chyba o atawistycznych przystosowaniach kobiet do dominacji silniejszych fizycznie mężczyzn. Żeby się nie załamać, nie popaść w depresję i tak dalej. No ale ja, w osobistej swej postaci, się z tym nie godzę. Jeśli facet (ktokolwiek) zadałby mi z premedytacją ból fizyczny lub psychiczny, to oznaczałoby koniec relacji. Dlatego nie rozumiem fenomenu. Do 365 dni nie podeszłam nawet z kijem.
    Z kanonów – nie czytałam Trylogii, nie cierpię Sienkiewicza (trąci grafomaństwem ) i Żeromskiego (wpędza mnie w depresję). Za to bardzo dziękuję za wskazanie kolejnej pozycji o trucicielstwie. Stulecie trucicieli dostałam od córki na dzień matki :) Aktualnie nadal tkwię przy Stepherdzie, choć w aktualnej sytuacji geopolitycznej trudno mi czytać o ekshumacjach i ofiarach zbrodni….

    • ik 26 maja 2022 at 5:22 am- Odpowiedz

      Właśnie dlatego ja bym na „Greyów and company” nasłała jakiegoś dobrego seksuologa i niech wyjaśnia, skąd to się bierze. Ja się nie czuję na siłach nawet dywagować, bo brak mi wiedzy, a doświadczenia osobiste mam raczej szacunku i miłości. Ale jedna z pań, która czytała i oglądała film powiedziała mi, że ona była zachwycona tym, ile uwagi on jej poświęcał, jak bardzo był zaangażowany… więc może to tego nam na co dzień statystycznie brakuje w związkach – uwagi, zaangażowania. A do tego bohater według niej był męski, zdecydowany i, cytuję z pamięci „nie ciamciak taki nijaki”. I znowu mam wrażenie, że na ten temat spokojnie można pisać pracę doktorską, z kilkoma niezłymi hipotezami badawczymi na dzień dobry.

  8. Urszula 26 maja 2022 at 9:28 pm- Odpowiedz

    W najbardziej skrótowym skrócie. Ręce mi opadły. I chyba nie tylko ręce….
    Że niby on poświęcał jej czas?! Przecież ten czas on poświęcał SOBIE. Ona była dla niego tylko narzędziem. Ja chyba tak się troszczę o kosiarkę do trawy, żeby mi dobrze działała i nie sprawiała problemów. Nerwowa się zrobiłam….

    • ik 27 maja 2022 at 6:06 am- Odpowiedz

      Ale widzisz, są inne punkty widzenia i może stąd ten zachwyt relacją, którego część osób nie rozumie.

Zostaw komentarz