Lubicie biografie? Ja lubię, chociaż nie jest to najczęściej czytywany przeze mnie rodzaj literatury.

Po pierwsze, i to chyba oczywista oczywistość, one pozwalają mi zrozumieć lepiej kogoś, kto mnie interesuje jako człowiek, twórca, polityk, naukowiec… Ta lista się nie kończy. Czasami nie lepiej zrozumieć, ale w ogóle zrozumieć, bo przyznaję, że bywają takie postacie, które wydają mi się tak pokręcone lub niezwykłe, że zaczyna mnie gryźć ludzka ciekawość, skąd im się to wzięło? Kto ich tak pokręcił? Co pomogło im się aż tak rozwinąć? Jakie wspomnienia wyłażą z nich tak wyraźnie, że w ich twórczości aż się od nich roi?

Drugi powód może nie będzie o mnie świadczył najlepiej, ale i tak się przyznam. Kiedy czytam czyjąś biografię, to mam wrażenie, że idąc wieczorową porą ulicą, zatrzymałam się przed oświetlonym, lekko przysłoniętym, uchylonym oknem i zaczynam podglądać i podsłuchiwać. Mam wrażenie, że umiejętność takiego napisania biografii, żeby czytelnik miał właśnie takie wrażenie, że staje się bardzo bliskim świadkiem zdarzeń w czyimś życiu, czuje zapachy, słyszy emocje w głosie, jest mu zimno lub gorąco, boi się i cieszy razem z opisywaną postacią, włazi w jej świat i żyje w nim przez chwilę, to jest wielki dar i zdarzają się tacy autorzy, którym się to udaje. Na mojej osobistej liście biografii, które mnie wessały, przemieliły emocjonalnie i nie chciały długo puścić, na pierwszym miejscu jest książka Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. Matko jedyna, na jak potężnym wdechu czytałam od pierwszej do ostatniej strony!

Ale dzisiaj nie o Beksińskich, a o kimś, kto w moim życiu pochłaniaczki książek pojawił się wcześnie i został na zawsze.

Moja rodzicielka wierzyła w to, że dziecko powinno mieć lektury dostosowane do poziomu rozwoju a nie wieku wynikającego z daty urodzenia. Dlatego bajeczki o laleczkach ze szmatek dość szybko zostały zamienione na bajeczki o robotach i tak pojawił się w moim świecie Stanisław Lem.**

Pana Lema czytam zatem od dziecka, wiem, jak wyglądał, wiem, gdzie mieszkał, wiem, co sądził o Internecie i o wielu innych rzeczach, ale… w sumie o nim, jako o człowieku, o jego historii nie wiem prawie nic. Czas nadrobić i to podwójnie, bo nie mogłam się zdecydować na jedną książkę (no, cała ja). Czytałam Wojciecha Orlińskiego „Lem. Człowiek nie z tej ziemi” i Agnieszki Gajewskiej „Stanisław Lem. Wypędzony z Wysokiego Zamku”… jednocześnie, równoległe. Szaleństwo! Ale doszłam do wniosku, że jeśli przeczytam najpierw jedną, całą, od deski do deski, to druga zacznie mnie momentami nudzić. Czytałam zatem „okresami”, żonglując książkami. Ciekawe doświadczenie!

Gdybym miała te dwie biografie porównać, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to fakt, że Orliński jest lżejszy, skupiający się na Lemie jako człowieku z każdym jego przyzwyczajeniem, marudzeniem, dziwactwem i uzależnieniem (od marcepanu na przykład, dogadałabym się z Lemem w sekundę!). Gajewska idzie w bardziej naukowo-panoramicznym kierunku, opisuje miejsca i czasy, z drobiazgowością badacza, historyka, socjologa. Przez to biografia staje się trudniejsza do czytania, ale za to dostaje się obraz malowany wszystkimi kolorami i z takimi detalami, że czasami trudno je wszystkie jednocześnie ogarnąć wzrokiem.

I podobno nie ma przypadków, więc w sumie wcale mnie nie dziwi, że czytałam o tym, jak w czasie drugiej wojny światowej żołnierze radzieccy wchodzili do Lwowa, kiedy w telewizji widać było obrazki z tego miasta szykującego się na inwazję Rosji… Koła historii…

Ale wracając do Lema, do tej pory widziałam w nim intrygującego, niesztampowego, nie dającego się zamknąć w żadne ramki twórcę, naukowca, filozofa i żartownisia. Teraz dołożyłam głębszą warstwę – chłopaka przerażonego wizją śmierci i uciekającego przed prześladowaniami; osoby świadomej swojego pochodzenia, ale nigdy o nim nie mówiącego głośno i z dumą; lawirującego w świecie kartek na żywność, braków wszystkiego i zakazów dewizowych z „okresu minionego”; Polaka, który słuchając prezydenta Wałęsy przemawiającego w Stanach Zjednoczonych śmiał się, że Amerykanie i tak nie dowiedzą się, jaki poziom polszczyzny prezentuje prezydent, bo tłumacz nie da rady; a w końcu osoby z depresją, wrażliwego, czującego bardziej.

I już wiem, że przede mną czytanie Lema od nowa. Lema, o którym teraz wiem więcej i na wiele jego opowieści będę patrzyła przez zupełnie „inne okulary”.

** Dopiero teraz, jako osoba dorosła uświadomiłam sobie, że między innymi Lemowi czytanemu w tak młodym wieku, kiedy chłonęłam jak gąbka wszystko, co „przez oczy do serca i głowy”, zawdzięczam moje podejście do języka polskiego. Tę radochę z nieumiarkowanego słowotwórstwa. Później dołożył się do tego Leśmian, ale to sporo później.

6 komentarzy

  1. Kola 14 marca 2022 at 3:56 pm- Odpowiedz

    Nie jestem fanką biografii… Ale mnie zaciekawiłaś, i zamówiłam w bibliotece tych „Beksińskich”😉 Zobaczymy, czy mnie wessie…

    • ik 14 marca 2022 at 5:02 pm- Odpowiedz

      Też jestem ciekawa, daj znać, czy Cię zawirowało.

  2. Anonim 15 marca 2022 at 8:50 pm- Odpowiedz

    Ja też uwielbiam czytać biografie i też szukam w nich odpowiedzi co ukształtowało daną osobę co miało wpływ na jej życie. Oczywiście Beksińscy to najbliższa pozycja do czytania.

    • ik 16 marca 2022 at 7:04 am- Odpowiedz

      Jestem bardzo ciekawa, jak się będzie o Beksińskich czytało.

  3. Marzka 24 marca 2022 at 7:31 am- Odpowiedz

    Zaintrygowałaś mnie tymi biografiami Lema. Spróbuję je zdobyć i czytać w podobny sposób.

    • ik 24 marca 2022 at 7:59 am- Odpowiedz

      Sposób jest co najmniej dziwny, przyznaję, ale u mnie się sprawdził. Daj znać, jak Ci się czytało o Lemie.

Zostaw komentarz