Tak mi się właśnie przypomniało coś, co mnie łupnęło potężnie i jak widać nawet po długim czasie nie odpuściło.

Kiedy Iga Świątek grała swój pierwszy mecz w ATP Finals w Guadalajarze z Marią Sakkari, to – ujmując to łagodnie – położyła go koncertowo. Dlaczego? Mało ważne! Chodzi o to, że ewidentnie walczyła z kortem, piłką, przeciwniczką i chyba przede wszystkim ze sobą i swoimi emocjami. I kiedy spotkanie się kończyło, to polały się łzy. Łzy frustracji, łzy smutku, łzy wstydu? I to też nie jest ważne, po prostu ktoś publicznie dał wyraz swoim emocjom. I okazuje się, że nie wszyscy to akceptują, bo jak to! Tak publicznie! Łkać! Wstyd!

I znowu Iga (czepiam się jej, bo ją uwielbiam, ale mogłabym użyć jako przykładu wielu innych zawodniczek, nawet królowej Sereny Williams) – US Open poprzedni rok, mało udane spotkanie, sfrustrowana Iga drze się w kierunku trybun „Przestań!”. Media szaleją. Do kogo? Czemu? Jak może? A jeśli do trenera, to czy ona go szanuje? A jeśli do publiczności, to nie wypada! Kobiecie na bank nie wypada…

No dobra, to teraz jesteśmy rok później. Iga wygrywa z Sakkari w Dosze i to nie „jako-tako”, ale gromi Greczynkę jak mistrz mało rozgarniętego ucznia (no, może przesadzam, ale to z uwielbiania). Tryska radością, skacze, śmieje się, krzyczy i leje łzy szczęścia, rzuca się w ramiona swojego zespołu i zachowuje się jak źrebię na łące w słoneczny dzień. Wypada? Krzyki radości są ok? Łzy szczęścia są dopuszczalne? Nikt by się nawet nie zająknął, że nie wypada. Bo cieszyć się można, a smucić nie.

I to emocje, i to emocje, więc jaka jest różnica? Dlaczego społeczeństwo „pozwala” nam na bardzo energiczne i wylewne okazywanie radości, a nie pozwala na w sumie ciche, ale przejmujące okazywanie smutku czy frustracji? I tu dołożę do pieca – jak Djokovic łamie rakietę na korcie i drze się jak potępieniec z obłędem w oczach, to jest ok, bo „on tak ma, taki typ, musi wyrzucić z siebie emocje”. Czyli co? Facetowi wolno więcej? Ciekawe, co by powiedzieli komentatorzy od emocji, gdyby im się Novak na korcie zapłakał aż do poziomu hiperwentylacji i schodził do szatni w objęciach trenera?

(O ośmieszaniu płaczących chłopców to ja nawet nie napiszę, ale każdego rodzica, który w ogóle robi cokolwiek, co ma na celu ośmieszenie zachowań własnego dziecka, wysłałabym na jakiś intensywny kurs odpowiedzialnego rodzicielstwa. Inny temat, długi i ważny, może na inny wpis.)

I żeby nie było, takie traktowanie dotyczy nie tylko osób publicznych, sportowców. Ono się panoszy też w zaciszu domowym. Fakt, że ja jestem od kilku lat emocjonalna i to bardzo, wywołuje nawet w członkach rodziny… dezaprobatę, tak to ujmijmy. No bo jak to? Wielką radość okazuję jak wariatka, smutek wywołuje potoki łez, a złość wyrzucam z siebie jak wulkan (lub Włoszka). I ja bardzo doceniam w sobie to, że nie jestem „letnia” w swoich emocjach, że potrafię je rozpoznać, zauważyć i uzewnętrznić. A że czasami ekspresyjnie… Staram się to robić z dala od co bardziej „wrażliwych” członków rodziny, ale czasami są takie sytuacje…

Przez całe lata wszystkie swoje emocje chowałam głęboko i tłamsiłam lepiej niż prasa do wyciskania winogron. Na co dzień mi to szkodziło potężnie. Kończyło się tym, że jak już ciśnienie urosło i nie dało się tłamsić dłużej, to zamieniałam się w „broń masowego rażenia” i nie było czego ratować, w tym mnie, bo płaciłam cenę nie tylko za wybuch, ale i za całe miesiące duszenia w sobie wszystkiego. Po takim wybuchu zostawały ruiny i popioły. Zbierałam się po nich tygodniami. Ale zbierali się też moi najbliżsi, bo fala uderzeniowa tej eksplozji waliła w nich równie mocno. Jaki sens???!!!

Nauczyłam się, że emocje trzeba w sobie dostrzec, trochę częściej zadawać sobie pytanie „Co ja w tej chwili tak naprawdę czuję?”. Zatrzymać się i poczuć to, co się w środku kotłuje i jeśli to jest dobre, i jeśli to jest złe. I pozwolić sobie to pokazywać. Czasami z fajerwerkami, jeśli mam wrażenie, że spokojniej nie potrafię. Co ciekawe, z czasem tych fajerwerków ubywa, bo po daniu sobie prawa do przeżywania, nauczeniu się, jak sobie z nimi radzić, co u nas działa, co nie, co uspokaja, co pociesza, rzadziej reakcje są skrajne. Wszystko się naturalnie wycisza i radość nadal powoduje śmiech, a smutek płacz, ale już nie przypomina to eksplozji.

I dlaczego niby nie wypada, wracając do początku tego tekstu? Bo ktoś się poczuje niekomfortowo, nie będzie wiedział, jak zareagować, bo jemu się wydaje, że nie wypada? To oznacza tylko tyle, że to ten ktoś, komu się fizjonomia krzywi, jak po spożyciu cytryny na widok cudzych emocji i może te pozytywne, to by jeszcze zniósł, ale negatywne to absolutnie nie, to on właśnie ma rzeczywisty problem z emocjami. Kropka!

Bo jak tak na to popatrzeć od drugiej strony (wiecie, rola adwokata diabła zawsze w cenie), to osobnik sfrustrowany, wiecznie skrzywiony i pałający niechęcia do wszystkiego i wszystkich poczuje się równie obrażony do żywego naszym okazywanym szczęściem. No bo jak! Ja tu cierpię, a ty masz powody do radości! Nie możemy funkcjonować, żyjąc tak, żeby przypadkiem nie urazić dziadka tetryka, teściowej z pretensjami czy koleżanki mistrzyni marudzenia na każdy temat.

Ja się długo uczyłam, że emocje są naturalne, są potrzebne, bywają trudne, ale bywają też uskrzydlające. I że inni powinni wiedzieć, jak mi właśnie w tej chwili jest na świecie, bo wtedy wbrew pozorom łatwiej się ze mną żyje, kiedy wiadomo, co czuję i umiem to wyartykułować, bo wtedy jest jasne, że w tym momencie lecimy i przytulamy, bom smutna, w tym odsuwamy się i pozwalamy się wypalić złości albo wyciągamy na spacer dziwnie przypominający galop, a w innym popiskujemy wespół w zespół z radości, bo świat jest taki fajny.

Iga na korcie ma prawo powiedzieć głośno i pokazać, że jest zmęczona, że jest głodna (bo to czuje jej ciało), ale ma też prawo powiedzieć i pokazać, że jest smutna, że jest zła (bo to czuje jej głowa i ciało też!). Ja mam prawo powiedzieć, że jestem przestraszona lub spanikowana albo wściekła na coś i nie udawać bohatera, nie ukrywać, nie tłamsić. Mamy prawo tryskać szczęściem jak jednorożec kichający brokatem (powiedzenie zapożyczone z serialu „Good Witch”, ale bardzo tu adekwatne).

Emocje po prostu są. Czasami wylewają się z nas bez świadków, czasami przy świadkach, ale nie da się żyć bez nich, bo jak  pożegnamy emocje, to okradniemy się też z radości, szczęścia, pasji, entuzjazmu, ale w sumie to ja bym nie chciała pożegnać nawet smutku czy złości z powodu niezgody na coś…

8 komentarzy

  1. Halina 24 marca 2022 at 4:22 pm- Odpowiedz

    Zgadza się – emocje są. I nie każdy wie, jak reagować, gdy wyrażane są gwałtownie, czasami się boi, czasami się złości, dlatego mało który rodzic pozwala bądź uczy dziecko pokazywania/wyrażania emocji. Jak to zrobić, by nie zaszkodzić sobie i innym?
    Przeczytałam w jednej książce, że można zrobić w domu 'wykrzalnię’ – miejsce, gdzie można się wykrzyczeć, wyzłościć, spuścić parę. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie. Kiedyś chodziłam płakać do kościoła. Teraz – chyba mniej płaczę.
    Też kiedyś zakładałam towarzystwo wolności płaczu…
    Pozdrawiam

    • ik 24 marca 2022 at 4:36 pm- Odpowiedz

      Rodzic, żeby nauczyć, musi sam umieć (albo przynajmniej mieć świadomość, że to jest sfera, gdzie sobie nie radzi) i… tu się bardzo często kółko nieszczęścia zamyka.
      Miejsce do upuszczenia pary, wykrzyczenia, wypłakania, jak najbardziej. Niektórzy w tym celu idą pobiegać, boksują, szukają jakiegoś innego zdrowego sposobu na wywalenie z siebie emocji. Ja kiedyś namiętnie myłam schody na klatce schodowej. Nie wiem czemu akurat to, ale dawało mi moment na takie fizyczne wyrzucenie emocji. Teraz już nie, teraz szybciej powiem, że muszę iść na spacer (który bardziej przypomina galop), ale ewidentnie potrzebuję ruchu i wysiłku, żeby się uspokoić i czasami dosłownie przewietrzyć.
      A towarzystwo wolności posiadania mokrych oczu możemy nadal zakładać i śmiania się na głos, i mówienie, że się czegoś boi – zrobimy towarzystwo wolnych emocji :)

  2. Urszula 24 marca 2022 at 11:14 pm- Odpowiedz

    Kamil Stoch po konkursie olimpijskim, kiedy zajął 4 miejsce… Chłopak płakał. I tak mi bardzo zaimponował. Lubię ludzi okazujących emocje, bo są autentyczni. Nie można się wstydzić uczuć. Tłumaczę to córkom. Trudno jest przełamać wieki stereotypów i pierwszej powiedzieć chłopakowi, że mi zależy, że jest dla mnie ważny a nie czekać w charakterze biernej księżniczki. Na szczęście córka posłuchała.
    Ja też nie mam problemów z okazywaniem uczuć i emocji. Tych pozytywnych i tych złych. Nie wstydzę się ich, bo są prawdziwe. Tak jak prawdziwa jestem ja. Nie mnie oceniać, czy dobra, czy zła. To zostanie i tak zweryfikowane, mniej lub bardziej obiektywnie. Życie mnie nauczyło jeszcze, żeby nigdy nie mówić, że ja to nigdy, że ja na pewno….Przykład. Do niedawna nikomu nie życzyłam śmierci. Od miesiąca owszem. Jak najszybszej.
    Czy mi wstyd – nie. Czy jestem dobrym człowiekiem – hmmmm……………………

    • ik 25 marca 2022 at 8:04 am- Odpowiedz

      Co do życzenia śmierci, to ja się łapię na tym, że tak bardzo chcę, żeby ludzie przestali ginąć, żeby budynki już nie zamieniały się w ruinę, żeby skończyła się ta zbrodnia, że zgodziłabym się na wszystkie sposoby, ale jak się zastanawiam, to widzę tylko jeden pewny… I tu dochodzimy do tego samego punktu – musiałaby zniknąć osoba, która za to odpowiada. I też nie wiem, jakim człowiekiem mnie to czyni, ale wiem, jakim człowiekiem czyni wydanie rozkazu o mordowaniu cywili, dzieci, kobiet – zbrodniarzem wojennym.

  3. Maria 25 marca 2022 at 8:45 am- Odpowiedz

    Ano, dla tych wszystkich dobrych emocji, skakania ze szczęścia i piszczenia z radości warto popracować choć trochę nad mniej różowym odcinkiem.

    • ik 25 marca 2022 at 9:06 am- Odpowiedz

      Warto, ale ten mniej różowy też jest ważny, bo przecież na tle szarości róż zawsze wygląda lepiej :)

  4. Ula Hahnoma 25 marca 2022 at 12:28 pm- Odpowiedz

    Chyba chodzi też o to, że łatwiej nam się utożsamić z pozytywnymi emocjami, niż tym negatywnymi, łatwiej nam zareagować. Negatywne emocje, szczególnie te okazywane bardziej żywiołowo, mogą budzić lęk – chciałabym zareagować, ale nie wiem jak, żeby jeszcze mi się nie oberwało rykoszetem, albo żeby nie pogłębić tego stanu. Bardzo trafnym spostrzeżeniem jest brak przygotowanie psychologicznego do bycia rodzicami, do tego, jak radzić sobie z emocjami dzieci, żeby nie wychować skrzywionych, czy poranionych ludzi.

    • ik 25 marca 2022 at 12:59 pm- Odpowiedz

      Mnie nie dziwią sytuacje, kiedy się człowiek cofa albo zatrzymuje niepewny w pół kroku, bo ma przed sobą emocje, na które nie wie, jak zareagować, a zareagować jakoś powinien albo czuje, że powinien. Mnie bardziej wyprowadzają z równowagi ludzie, którzy są dosłownie postronnymi, zupełnie niezaangażowanymi „widzami”, nie muszą reagować, nie muszą się w żadne interakcje wplątywać, ale mają wiele do powiedzenia, bo oceniają, bo komentują, bo wiedzą lepiej, bo „według mnie” i tu się zaczyna litania dobrych rad, uwag, złośliwości i ocen, jak to tak można.

Zostaw komentarz