Kiedy w mojej głowie kiełkowały pierwsze, jeszcze bardzo nieśmiałe myśli o tkaniu, to wydawało mi się, że tkanie i robienie na drutach czy szydełku, to będą dwie osobne „szufladki” mojego twórczego szaleństwa. Łączyć je będzie materiał i co najwyżej będę się zamartwiała, czy ten motek przeznaczyć na projekt dzianinowy czy tkany. Miałam rację? Początkowo może i tak, ale z czasem okazało się, że moje tkanie zaczyna mieć wpływ na moje dzierganie. Zaczęłam inaczej patrzeć na to, co powstaje na moich drutach – bardziej jak na tkaninę – coś, co miesza włóczki, kolory, faktury.

Przykładem właśnie powstająca mężowska bluza. Andrzej zachwycił się kolorystyką motków i uznał, że chce bluzę. Podkreślam – bluzę nie sweter. A to oznaczało, że nie ma mowy o samych prawych oczkach, bo zbyt swetrowate. Nie ma mowy o za miękkiej dzianinie, bo nie będzie się bluzowato układać. Poza tym, ja po prostu wiem, że mój mąż kocha nieoczywiste faktury swoich ubrań i skoro wymaga to ode mnie tylko pokombinowania, to czemu go nie uszczęśliwić. Poza oczekiwaniami męża były jeszcze moje wątpliwości. Między innymi fakt, że tak farbowane motki układają się przeróżnie w dzianinie, najczęściej w plamo-ciapki, ale potrafią zmienić wygląd i jak kameleon nagle stać się paskami (wystarczy zmienić szerokość robótki, z korpusu w rękaw). Poza tym chciałam czegoś nieoczywistego.

Motki leżały już trzeci miesiąc (Andrzej stwierdził, że chce to na jesień, więc mam się nie stresować i nie martwić, że się za nie nie zabieram), a ja myślałam. Wiecie, kiedy mnie oświeciło? Przy krośnie! Przy tkaniu szaro-różowego szala, gdzie tkam niby paski, ale bardzo delikatne i do tego jest wzór, też nienachalny, a wszystko wygląda jak perfekcyjnie zmiksowane. I nagle wiedziałam, że chcę tego samego na drutach. I wyszło! Po kilku próbach, po kilku pruciach, po kilku chwilach myślenia, jak zrobić to inaczej. Po dodaniu drugiej nitki i to bardzo odmiennej, bo kolorowa Kalia to włóczka-pończoszka o bardzo egzotycznym składzie, a do niej dołożyłam bardzo cienką czystą bawełnę – skład inny, skręt inny, faktura inna, nawet druty zalecane bardzo daleko od siebie. I działa? Działa!

Wyszedł mi wzór mieszany – ryżowo-tkany (bo jest i ryż, i są oczka przekładane bez przerabiania) i nagle mam dokładnie taki efekt, jaki pasuje mnie (kolory wymieszane, dzianina grubsza i sztywniejsza) i Andrzejowi („oooo, doskonale!”).

I gdybym nie tkała, to bym w życiu nie podeszła do tego w taki sposób, nie miałabym odpowiedniej perspektywy. A co ja będę ściemniać – bałabym się. Tak po prostu.

Dlatego nie zastanawiajcie się, jeśli chcecie poznać coś teoretycznie lub skoczyć na główkę do basenu nowego rękodzielniczego obszaru, bo może nie zakochacie się w nim tak, jak w swoim ulubionym (a może tak), ale na pewno zyskacie bardzo nieoczekiwane inspiracje i szersze, bardziej szalone spojrzenie. Haft krzyżykowy? A proszę bardzo – możecie haftować na dzianinie drucianej i szydełkowej (moim zdaniem na tej drugiej nawet fajniej), ale ile osób zaczyna wykorzystywać schematy haftu do dziergania, to mogłoby Was zaskoczyć. Szycie? Szycie jest konstruowaniem odzieży w sposób precyzyjny i z założenia pasujący do sylwetki dokładnie tak, jak tego chcecie. Podejrzewam, że krawcowe do dziergania potrafią podchodzić inaczej – jak do konstrukcji, może częściej zszywają, może częściej łączą ze sobą elementy w bloki kolorystyczne, ale to poszerza horyzonty i nagle nie dziergacie kardiganu, a prawdziwy żakiet. Tkanie? Tkanie uczy innego podejścia do włóczki, mieszania jej i tworzenia wzorów, które bardziej opierają się na przeplataniu, łączenia włóczek przeróżnych i niepanikowania, że to nie wyjdzie. A macie jeszcze przędzenie, farbowanie, koronki wszelakie, makramę, sashiko i tysiąc innych pomysłów.

I tak jest chyba z każdym obszarem tworzenia. Kiedy oglądaliśmy Akademię Czekolady, czyli show o tworzeniu cukierniczych cudów, to nagle okazało się, że czekolada lub masa cukrowa poddają się takiej samej obróbce jak przy dmuchaniu szkła i można używać do bloków czekolady tokarki. Tokarki!!! I tylko wyjście hen hen poza ścisły obszar czekoladowych technik pozwalało na tworzenie czegoś niezwykłego. I ja to sobie wzięłam do serca, bo mnie ta tokarka zachwyciła, bo wiecie, że ja proces takiej obróbki drewna kocham, a jak to jeszcze na dodatek jest proces obróbki czekolady… Ale poważniej, to walnęło mnie to prosto w czoło, że prawdziwi pasjonaci próbują rozwijać swoje umiejętności, patrząc na świat jak na nieustanne, wielkie źródło inspiracji, nie tylko estetycznych, ale też technicznych. I niektórym chodzi o ciągły rozwój, ale nawet jeśli to tylko możliwość znalezienia większego szczęścia z nieskrępowanego tworzenia, to takie podejście też ma swoją potężną wartość.

U nas, twórców włóczkowych, jest tak samo, dlatego – użyję pięknego słowa – eksplorujcie nowe rękodzielnicze światy i od razu kombinujcie, czy da się je jakoś wykorzystać w Waszej głównej, ulubionej dziedzinie. I nie zaczynajcie od autosabotażu, od wmawiania sobie, że nie ma sensu, że nie ma czasu, że nigdy nie zdążycie ze wszystkim za życia. Też tak kiedyś myślałam i nadal wiem, że nie zdążę ze wszystkim do śmierci, ale przestałam się tym martwić, bo zależy mi na tym, co mogę zrobić dziś lub jutro, żeby poczuć nieco więcej twórczej radości i żeby móc sobie powiedzieć, że jednak spróbowałam tylu zarąbistych rzeczy.

A i jeszcze przy okazji jedno, bo kiedyś rozmawiałam z kimś, kto miał poczucie winy, że nagle tak zakochał się w tkaniu, że porzucił całkowicie druty, a przecież druty, to była pierwsza miłość jego życia. Źle się z tym czuł. Może wydawać się dziwne, ale spójrzcie na to od tej strony – tyle lat poświęconych dzierganiu, tyle godzin spędzonych na uczeniu się, próbowaniu i pewnie pruciu i nagle rzuca to wszystko w diabły i zdradza (tak, używam tego słowa bardzo celowo), zdradza ukochane druty, te najlepsze przyjaciółki dla nowego zauroczenia. Nie myślcie tak o zmianach! Druty wiele komuś dały, należy je doceniać, mieć świadomość, ile pozwoliły się nauczyć o włóczce, o dzianinie, ale zrobienie kolejnego kroku na rękodzielniczej drodze jest nie tylko normalne, ale i pożądane. Ale często wobec naszych ukochanych rodzajów hobby miewamy tak silne emocje, że zaczynamy je traktować prawie jak relację z człowiekiem, stąd ta zdrada. Ale może nie myślcie o hobby jak o partnerze, a jak o nauczycielu, mistrzu, którego z szacunkiem żegnamy, żeby znaleźć nowego.

7 komentarzy

  1. Kola 14 kwietnia 2022 at 9:33 pm- Odpowiedz

    Ja myślę, że w tym wszystkim najważniejsze jest danie sobie odwagi próbowania, pozwolenie w głowie na błędy, na to, że coś może nie być od początku perfekcyjne, ale jest NASZE. Drutow, szydełka, haftu, szycia ręcznego i na maszynie i wielu innych rzeczy uczyłam się synchronicznie od Babci, już od kilkuletniego brzdąca. Wcześniej robiłam na drutach i szyłam, niż pisałam, serio;) Potem tak wyszło, że i od drutów, i od szycia miałam dłuższą przerwę, co nie znaczy, że nie tworzyłam;) Kilka lat temu wróciłam do drutów i szydełka, wpadłam pierwszy raz na IK, i mała łódeczka odkryła ocean;) Żegluję po nim coraz sprawniej, cały czas się uczę, przy każdym udziergu odkrywam nowe możliwości, eksperymentuję. Patrząc z perspektywy na produkcje sprzed iluś (lat, miesięcy) wiele rzeczy technicznie bym zrobiła inaczej, ale nadal tamte udziergi kocham i noszę z dumą, bo „na wtedy” były szczytem ;) Teraz mam swoją maszynę i odkrywam samodzielne szycie, bez Babci jako pomocy i wsparcia technicznego, ale jednocześnie bez ograniczeń („nie tak rób, inaczej Cię uczyłam), i daję sobie pozwolenie na to, że się uczę, że oswajam nową maszynę, że nie wszystko jest idealnie perfekcyjne;) Nie boję się, galopuję za wizją z głowy, ciesząc się jsk dziecko, że ten obrazek z głowy mi się przekłada na rzeczywistość :D Nie samobiczuję się pijanym o 1-2mm szwem, bo mam świadomość już wyniesioną z drutów, że z kazdym kolejnym szyciem będzie lepiej :D I wiem, że nawet za rok-dwa nie będę sę wstydzić tej pierwszej, nieidealnej od spodu spódnicy, bo jest pierwszym samodzielnym szwalniczym produktem, z całym moim sercem i duszą i frajdą tworzenia :D Ja jestem tylko człowiekiem, nie jestem perfekcyjna, i moje udziergi/uszydłki/uszyłki siłą rzeczy też nie będą;) A bycie multi-toolty (Aga, zapamiętałam i pożyczyłam ze starego bloga, mam nadzieję, że wybaczysz;)) bardzo pomaga :D projektując udziergi łapałam się na myśleniu krawieckim (z czasów, gdy jako nastolatka pod okiem babci szyłam sobie ciuchy), nader często i do wszystkiego bez zastanawiania używam matematyki i geometrii, i błogosławię dar wyobraźni przestrzennej ;) I ogólne widzę, że im więcej umiem (znam technik itd) tym bardziej moja wyobraźnia bryka, myślę obrazami, a techniki i środki jakoś intuicyjnie same wskakują na miejsce:D i to jest piękne! Ale jedno jest pewne – Aga, bez Ciebie i IK nie byłabym w tym miejscu gdzie jestem, pokazałaś mi i nadal pokazujesz bezgraniczny ocean, a ja czuję, jak dzięki Tobie od tych kilku lat coraz bardziej nabieram wiatru w żagle! Po raz kolejny dziękuję!

    • ik 15 kwietnia 2022 at 6:33 am- Odpowiedz

      Zupełnym przypadkiem (o ile wierzy się w przypadki, ale zaczynam mieć wątpliwości, czy to jednak nie jest opatrzność wciskająca nam w odpowiednim momencie dokładnie to, czego nam potrzeba) czytałam właśnie o czymś, co nazywa się wewnętrznym krytykiem, chociaż wychodzi na to, że on nie jest taki wewnętrzny. Jest raczej bardzo zewnętrzny, bo budujemy go sobie ze strzępków wspomnień, przekonań, słów, które słyszymy, krytyk, które na nas spadają i całego tego nieprzyjemnego i bolesnego bagażu. I te nasze niepozwalanie sobie na błędy, to oczekiwanie perfekcji od pierwszego szwu, ten strach, że mi nie wyjdzie, więc na wszelki wypadek wcale nie zacznę, bo po co, to zawstydzanie siebie, bo coś nam się wymarzyło, na przykład nowe hobby, to wszystko efekt tego, że nie potrafimy tego krytyka uciszyć. Dlatego to, co napisałaś jest cenne i wiele osób powinno to sobie wydrukować, że to jest uczenie się, że jak mamy rzeczowy dowód, że w poprzedniej robótce coś było krzywe, to jest tylko fakt, że nabieramy wprawy i następnym razem będzie co najmniej mniej krzywe, że ten głos „nie tak cię uczyłam”, „tak się nie robi”, trzeba zakneblować na amen, bo nas blokuje, bo czasami nie pozwala na radosne eksperymentowanie.
      I mam nadzieję, że będę Wam nadal pokazywać te bezgraniczne oceany możliwości i tego, że w czym, jak w czym, ale w rękodziele hamulce, bariery, cudze granice i cudze dobre rady należy często wywalać do kosza i od razu wynosić na śmietnik, żeby przypadkiem z tego kosza ich nie wyjąć. A jak się nauczymy być bezczelnie odważne w twórczości, to jest szansa, że się to zacznie przenosić na inne dziedziny życia.

      • Kola 15 kwietnia 2022 at 7:05 am- Odpowiedz

        Z tym wewnętrzno-zewnętrznym krytykiem to święta racja, to przeważnie otoczenie i wychowanie wtłacza nas w to myślenie. Wiesz na jakiej refleksji się złapałam? Babcia była moją pierwszą nauczycielką wszelkiego rękodzieła. Teraz idąc do Niej (ogólnie, pokazując jej) jakiś udzierg jestem spokojna, że krytyki nie będzie, bo bardzo nieskromnie pisząc – jeśli chodzi o druty i szydełko, umiejętności, rozwiązania techniczne, to obecnie jestem lata świetlne przed Nią. I Babcia ogląda z zaciekawieniem, dopytuje jak to jest zrobione, ale nie krytykuje, bo nie ma jak… Teraz w niedzielę na wielkanocny obiad zamierzam założyć tę moją pierwszą, idealnie nieidealną spódnicę, z której jestem dumna (bo się odważyłam na taki własny szalony projekt „z ręki i na oko” na pierwszy rzut, zamiast przez najbliższe pół roku treningowo obszywać obrusy, bo mi się udało obrazek z głowy przenieść na materiał, bo nie poległam na łączeniu najróżniejszych grubościowo i jakościowo resztek jeansu, oraz bo wyciągnęłam z niej mnóstwo wniosków na przyszłość). I pomimo tej wewnętrznej dumy mam mrówki na kręgosłupie… Bo nie wiem, czy bardziej będzie docenione to co wyszło, czy będzie „nie tak Cię uczyłam!” okraszone oglądaniem spodu i pouczaniem dot. każdego miejsca, w którym mogłam coś zrobić lepiej… Ech, nie chodzi mi o to, że otoczenie powinno zawsze tylko i wyłącznie ciuciać i piać z zachwytu, bo wiadomo, że nie;) To my musimy być pewne własnej wartości, poukładać to sobie w głowie, i nie pozwolić stłamsić radości tworzenia:) Nosić tę spódnicę i szyć kolejne rzeczy będę niezależnie od tego, co Babcia powie;)

        • ik 15 kwietnia 2022 at 7:20 am- Odpowiedz

          A może będziesz pozytywnie zaskoczona :) Bo mądry nauczyciel jest najbardziej dumy wtedy, kiedy wie, że nauczył i pozwolił wypłynąć samodzielnie na szerokie wody. Ja wierzę w mądrość Twojej Babci, tym bardziej, że widać, że nie próbuje nadal udowadniać, że druty i szydełko to coś, w czym „dowodzi”, z wdziękiem przyjęła fakt, że teraz ona się może dopytać :)))))

          • Kola 15 kwietnia 2022 at 7:44 am- Odpowiedz

            Mam taką nadzieję, że będzie wyrozumiała;) Babcia już generalnie nie szyje, nie drutuje ani nic w tym stylu, bo „nie te oczy, nie te ręce” (88lat), więc to raczej nie jest na zasadzie, że dopyta o technikę i zastosuje u siebie, tylko zdumienie, że takie rzeczy ludzie wymyślili;) Poza tym ja mam taki styl, że te moje wszystkie radosne produkcje są powiedzmy dosyć odważne i kolorystycznie i fasonowo, noszę i gdzieś mam „acoludziepowiedzą”, ale Babci zdarza się głośne zdumienie „i ty w TYM chodzisz PO ULICY?!”;) No chodzę i chodzić będę, i niczyje słowa nie sprawią, że rnę do kąta szafy albo do kubła na śmieci;) To też jest odwaga, która mi przyszła z wiekiem, i której musiałam się nauczyć – bycie sobą bez „ojej, najmocniej przepraszam, to ja założę coś, co nosi 99% społeczeństwa i grzecznie zniknę w tłumie”

  2. Anonim 19 kwietnia 2022 at 8:41 am- Odpowiedz

    Moja Mama zrobiła mi z 40 lat temu taki sweter tkanym wzorem.
    Był jednokolorowy, ale nosił się fantastycznie.

    • ik 19 kwietnia 2022 at 10:22 am- Odpowiedz

      Mam nadzieję, że ten też się będzie nosił tak dobrze.

Zostaw komentarz