Czasami mi się śni, że ktoś się próbuje do nas włamać. Zazwyczaj moją reakcją we śnie jest odegranie perfekcyjnej żony Lota, bo zastygam z przerażenia i nawet palcem nie jestem w stanie kiwnąć ani wydać żadnego dźwięku. Tym razem, nie wiem, za jakie grzechy, było inaczej, żona Lota okazała się nadaktywna.

Wyśniłam środek nocy, ja w tym śnie zaspana, słyszę z okolic drzwi wejściowych coś tak dziwnego i niepokojącego, że bez chwili namysłu zsuwam się z łóżka, żeby móc uciec w drugą stronę. We śnie łóżko jest standardowe, czyli sięga mi gdzieś do kolan i proces zsuwania przebiega bezszelestnie i bezproblemowo. Taaaaa, jasne…

W tym momencie się budzę! Bum!

To znaczy „bum!” będzie za chwilę, bo w chwili przebudzenia czuję, że rzeczywiście zsuwam się z łóżka i lecę w dół. Tylko nasze prawdziwe łóżko nie jest standardowe. To bardzo wysokie łóżko kontynentalne, które sięga mi do połowy ud, więc dosłownie lecę kamieniem w dół, a przez głowę przelatuje mi tysiąc myśli – że gdzieś blisko łóżka zawsze śpią koty i żebym któregoś nie uszkodziła (tak, to była pierwsza paniczna myśl, która daje pojęcie o moich życiowych priorytetach), że przy łóżku stoi lampa z wielką, ciężką podstawą i chyba właśnie celuję w nią głową i lepiej trzymać czaszkę daleko od podłoża, że słyszę paniczną ucieczkę obu kotów w kierunku salonu, więc żaden nie ucierpi i że właśnie nastąpiło „bum!” i boli mnie tyłek i lewy nadgarstek… The eagle has landed. Czyli orzeł wylądował. Bez gracji.

Sekundę później nade mną zwisa głowa Andrzeja i słyszę: „Boże! Słońce, co się dzieje?”. Leżę, dokonując inwentury możliwości poruszania kończynami i bólu, który na szczęście nie jest wielki (na coś się spory tyłek przydaje, zamortyzował większość mojego spadającego impetu) i tłumaczę, że mi się śniło, że muszę uciec z łóżka i chyba mi wyszło. Gdyby jakikolwiek potencjalny włamywacz próbował się do nas dostać, to już pewnie zszedłby na zawał od huku i hałasu w wykonaniu moim i kotów. Mąż z dżentelmeńską rewerencją wyciąga moje sponiewierane zwłoki zza łóżka, koty z bardzo daleka patrzą zdegustowane na panią, która odbiera im chleb, bo w końcu generowanie hałasu, demolka i dokonywanie autodestrukcji to ich rola w tym domu, a tu im pod bokiem rośnie nowa gwiazda katastrof.

Dla uspokojenia napiszę, że potłukłam się umiarkowanie i mam świadomość, że mogło się skończyć znacznie gorzej, bo lampa tylko złośliwie czekała, żeby mi dołożyć w potylicę, nadgarstek okazał się sponiewierany i potłuczony, ale bez żadnych skręceń czy złamań, a życie wtedy tak mi dokopywało w tyłek, że jeden siniak więcej na lewym pośladku przeżyłam z godnością i bez marudzenia, biodro okazało się nieuszkodzone.

Ale teraz jest część druga tej historii. Rodzina się ogarnęła z szoku, mąż mnie troskliwie przytulił, uważając na to, żeby nie dotykać mojej lewej strony, Timofiej położył się na straży przy łóżku, żeby mieć oko na wariatkę, a Teodor tradycyjnie doszedł do wniosku, że najlepiej położyć się na mnie, swoje siedem kilo waży, to mnie przydusi i nawet nie drgnę, o ponownym spadaniu nie mówiąc. Leżę zatem otoczona miłością i troską, lekko nią nawet przyduszona i w tym momencie odczuwam wielką ulgę, bo… Bo uświadamiam sobie, że miałam w planach kręcenie Dziewiarskich Drobiażdżków i chyba się mimo wszystko uda. Bo mam uszkodzoną lewą rękę, ale siniaki i otarcia są od zewnętrznej strony, na filmie nikt nie zobaczy. Ruszać nią mogę, trochę boli, ale na drutach kawałek pewnie zrobię bez pojękiwania jako dodatkowych efektów dźwiękowych. Czyli nie muszę zmieniać planów. I tu spływa na mnie spokój i zasypiam natychmiast.

O czym to świadczy? Niestety o tym, że ja jestem z tych, którzy przestają wykonywać obowiązki, dotrzymywać obietnic i pracować dopiero w momencie, kiedy unieruchamia takiego osobnika kroplówka i pielęgniarka burcząca, że chyba pacjent zwariował, niech leży i odpoczywa, a nie próbuje pracować i twierdzić, że chirurg niech poczeka, bo on tu ma wideokonferencję i nie może jej przełożyć. Wszelkie mniejsze problemy, obrażenia, uszkodzenia i kłopoty mają znacznie niższy priorytet niż praca.

Filmy nakręciłam dwa dni później, możecie sprawdzić, czy widać obrażenia. Wystarczy obejrzeć Dziewiarskie Drobiażdżki o mieszaniu kolorów metodą „na sękacza”. Za to odpuściłam sobie poranną jogę tego dnia (tak, rozważałam, czy mi przypadkiem dobrze nie zrobi na potłuczenia, żeby się rozruszać, ale pierwszy skłon sprawił, że mój lewy pośladek powiedział, co o mnie myśli i mam sobie na nim siąść i nie szaleć).

8 komentarzy

  1. Kola 22 kwietnia 2022 at 8:08 am- Odpowiedz

    Jeżu kolczasty, ja przepraszam najmocniej, ale TAK to opisałaś, że nie mogę przestać chichotać;)))
    To poczucie, że dopóki człowiek nie leży pod kroplówką, to nic się nie stało, znam doskonale;) Rok temu na przedłużonym weekendzie w Toruniu zaraz pierwszego wieczora porządnie nadwyrężyłam kostkę. Rano kopytko było spuchnięte, lekko sinawe oraz bolało przy każdym ruchu. I teoretycznie to powinno ograniczyć moją aktywność do poziomu „to ja Kochanie sobie poleżę w hotelu, a Ty idź zwiedzać”… Ale przecież nie będzie noga pluła w twarz moim planom, niszczyła mojego wymarzonego po kolejnym długim lockdownie wyjazdu-w-końcu-gdzieś! Pierwsza z brzegu apteka, maść i bandaż elastyczny, i kolejne 3 dni chodziłam w rozsznurowanym bucie (żeby się lekko opuchnięta bulwa z warstwą bandażu zmieściła) po 15km dziennie, z wspięciem się na wieżę ratuszową włącznie;P Bo przecież „Polacy, nic się nie stało!!”:D A wyjazd był wyjątkowo udany :D Parę lat wstecz normalnie funkcjonowałam domowo i zawodowo ze złamanym/pękniętym małym palcem u stopy, bo „eeeee, tylko sobie stłukłam, wygląda jak śliwka węgierka i boli, ale przecież przejdzie…”O tym, że to nie było „tylko stłuczenie” powiedział mi 3 miesiące później zaprzyjaźniony ortopeda, gdy w warunkach luźno-towarzyskich opisałam mu objawy:)))) I ja nie twierdzę, że to jest odpowiedzialne i zdrowe, ale mnie tak zawsze szkoda czasu i życia na przystopowanie i „odchorowanie”. Zwłaszcza, że jak na złość takie rzeczy dzieją się w najgorszych momentach, kiedy tyle ciekawego i/lub „mnie-niezbędnego” się dzieje, że na sam pomysł odpuszczenia żal tyłek ściska…

    • ik 22 kwietnia 2022 at 9:40 am- Odpowiedz

      Opisane wypadki to już nieco przykurzona przeszłość, więc można chichotać, chociaż mnie wtedy było średnio do chichotu, bo mnie tyłek bolał potwornie :))))
      A funkcjonowanie z bólem lub dyskomfortem to ja mam opanowane do perfekcji. Chociaż też uczę sama siebie, że owszem czasami muszę, ale naprawdę nie zawsze, czasem mogę odpuścić.

      • Kola 22 kwietnia 2022 at 10:06 am- Odpowiedz

        Bolącego wtedy tyłka współczuję ogromnie, i doprawdy wiem, że nie powinnam, ale mi się przypomniało i muszę-bo-się-uduszę, mam nadzieję, że wybaczysz;) U mnie w rodzinie się mawiało, że „dupa nie szklanka, nie pęknie” – przeważnie w okolicznościach, gdy jako dzieciak zleciałam z czegoś albo się przewróciłam, i był ryk;)) Oczywiście to było z humorem i w akompaniamencie przytulania i pocieszania;) Najważniejsze, że wtedy nic Ci się poważnego nie stało, i że umiesz to z takim humorem opisać;)
        A co do aktywności przezsennej – żałuję, że Mój nigdy nie pamięta snów… Bo czasem nie wiem co mu się śni, ale efekt jest taki, że budzę się gwałtownie z uczuciem bycia cytryną – tak mnie przytuli przez sen i ściska wszystkimi kończynami, że walczę o oddech;) Czasem jest to wyciskanie pulsacyjne, a czasem tryb „złapałem i nie puszczę”;) Wrażenia bezcenne;D

        • ik 22 kwietnia 2022 at 10:15 am- Odpowiedz

          A to masz jak u mnie – Andrzej też najczęściej nie pamięta. Ja pamiętam, a na dodatek sny mam barwne, długie i abstrakcyjne… I mogę tu zaproponować cały cykl wpisów komediowych pod hasłem „Co durnego mi się przyśniło”. Niestety w okresach, kiedy zjada mnie stres, to się przekłada na koszmary i to takie, z których budzę się z krzykiem.
          Ale i tak nikt tak nie śpi i nie śni jak Teodor. Gada przez sen, biega, poluje, je i potrafi obudzić się z krzykiem i przylecieć, żeby go pocieszyć, bo mu się śniło. Filmy można kręcić.

  2. Grażyna 22 kwietnia 2022 at 8:23 am- Odpowiedz

    Dobrze że mi nie śnią się złodzieje, bo lądowanie byłoby podobne bo łóżko też wysokie,za to często śni mi się małe dziecko z którym nie wiem co zrobić 😂
    Agnieszko zdrowiej szybciutko i bardzo uważaj na siebie ❤️

    • ik 22 kwietnia 2022 at 9:38 am- Odpowiedz

      To na szczęście było już jakiś czas temu i nawet śladu nie zostało.
      Mnie się czasem śnią, ale też rzadko na szczęście, bo to zawsze bardzo męczący sen.

  3. Halina 23 kwietnia 2022 at 7:00 am- Odpowiedz

    Wspaniały opis pracoholizmu! A film sobie obejrzałam, też doskonały pomysł. Mam włóczkę dywanową, do takiego projektu też się nadaje (a kawałki w niej i 30 cm mają, czekały na pomysł, co z nimi). Dziękuję za przypomnienie!

    • ik 23 kwietnia 2022 at 7:56 am- Odpowiedz

      W sferze pracoholizmu jestem mistrzynią, niestety.

Zostaw komentarz