Niemiec (i tu podkreślam, że Niemiec, bo ich raczej nie kojarzę z powieściami „podnoszącymi na duchu”, a jak widać i im się zdarza takie popełnić) Carsten Henn napisał „Spacerującego z książkami”. I w moim świecie chwała mu, że napisał! A mam nadzieję, że w Waszych światach „Spacerujący” też okaże się ciepłym okładem na duszę.

Po pierwsze wpadłam na książkę przypadkiem. Potrzebowałam czegoś relatywnie krótkiego na weekendowe poranne czytanie. Niecałe 200 stron wydało się właściwe. Po drugie ja kocham, uwielbiam i pasjami czytuję książki, których bohaterami są książki i ludzie je czytający, a „Spacerujący z książkami” jest o księgarzu siedemdziesięciolatku, który ma w zwyczaju zamówione pozycje zanosić osobiście niektórym czytelnikom (specjalnie nie używam słowa „klientom”, bo to stanowczo za mało na ich określenie). Lubi to. A czytelnicy to oczywiście nietuzinkowa grupa. Każdy ze swoją historią. Ale księgarz wcale nie próbuje na siłę poznać ich przeszłości i teraźniejszości, raczej obserwuje i dopisuje im swoje interpretacje, ale ostrożnie i z szacunkiem. A na dodatek nadaje im przydomki, utożsamiając ich z postaciami ze znanych książek, jest zatem pan Darcy, Lektor, ale i emerytowana Pippi Langstrump. Co wytrąci księgarza z jego codziennej, bezpiecznej rutyny? Po pierwsze mała Schascha, która koniecznie chce mu towarzyszyć przy dostarczaniu książek. Po drugie „dobra zmiana” w księgarni, w której pracuje, bo córka poprzedniego właściciela jest zwolenniczką nowoczesności w domu i zagrodzie, a stary pracownik się „nie wpisuje”. Więcej Wam nie powiem.

„Spacerujący z książkami” to „hallmarkowa”*** książka, która u mnie ląduje na stosie „do czytania, kiedy potrzebuje się natychmiastowej wiary, że świat jest trudny, ale bywa piękny”. Tak, jest przewidywalna. Tak, jest momentami naiwnie optymistyczna, chociaż ze smutnymi momentami. Ale jest o książkach i o tym, że one naprawdę mają moc zmieniania świata. Do tego Henn stworzył galerię wyjątkowo łatwych do polubienia bohaterów, którym się kibicuje, żeby sobie poradzili i to najlepiej wspólnie. Jeśli szukacie czegoś po prostu przyjemnego do poczytania, co zostawi Was z poczuciem „ciepełka”, to sprawdzicie, jak Wam się spodoba.

*** Określenie „hallmarkowe” pojawiło się u nas w okresie, kiedy byłam wyjątkowo spragniona optymizmu i ciepła w filmach, serialach i książkach. A raczej powinnam napisać, że bardzo, ale to bardzo źle reagowałam na przemoc, smutek, stratę, problemy, złe emocje w tym, co oglądałam i czytałam. O odpowiednie książki dbałam sama. A o filmy dbał mąż i to wtedy Andrzej stwierdził, że nie ma mowy o eksperymentach, oglądamy razem tylko produkcje Hallmarku, bo tam jest zawsze rodzinnie, ciepło i bezpiecznie. Działało.

8 komentarzy

  1. Joanna 23 kwietnia 2022 at 10:10 am- Odpowiedz

    Pani Agnieszko, jakże dobrze Panią rozumiem. Też tak mam. Czytam aktualnie rodzinną sagę autorstwa Wioletty Sawickiej. Ciekawa, wciągająca, wartka akcja. Ale rzecz się dzieje na kresach w czasach pierwszej i drugiej wojny światowej, więc siłą rzeczy pełno w tej powieści strachu, śmierci, gwałtów, głodu… Włączam radio lub telewizor i równie straszna rzeczywistość. Chyba znowu przeczytam Anię z Zielonego Wzgórza. I jeszcze pozostaje ogród, druty, szydełko…Wszystkigo dobrego i pogodnego, Pani Agnieszko!

    • ik 23 kwietnia 2022 at 10:14 am- Odpowiedz

      Ja się już nauczyłam, że takie „ciężkie” emocjonalnie książki odkładam na czas, kiedy sama czuję się dobrze i bezpiecznie. Czasami to trudne, bo wiem, że autor lub autorka pisać potrafią i książka jest świetna i jestem niecierpliwa, ale staram się sobie nie dokładać, kiedy i tak rzeczywistość przytłacza. Ania to zawsze dobry pomysł, u mnie jeszcze ze starszych książek Chmielewska z cyklem o Teresce i Okrętce i Pierwsze tomy Jeżycjady.

  2. Urszula 23 kwietnia 2022 at 9:08 pm- Odpowiedz

    O, ja też tak mam! Aktualne okoliczności spowodowały, że odłożyłam „Siedem wieków śmierci ” i chyba za szybko do nich nie wrócę mając przed oczami te wszystkie okropieństwa na Ukrainie :( Nie potrafię nie śledzić wiadomości i nie być na bieżąco, a to wpędza mnie w głęboki dół na granicy depresji, bo w dodatku w życiu prywatnym tez nie jest najweselej. Ale o czym to ja? A, o książkach. Chyba w ramach balsamu i odtrutki powrócę do opowiadań o Robercie Stormie – uwielbiam ten klimat i opisy odnawiania starych rzeczy, ten szacunek dla historii i drobiazgów związanych z codziennym życiem. Sama od niedawna zajmuję się renowacją starych mebli i kocham to. Jedna z najbrudniejszych robót świata, ale ile daje satysfakcji!!! A w ramach totalnego odmóżdżenia czytam po raz kolejny sagę o Diablicy. I w dalszym ciągu mnie bawi.
    Pozdrawiam maksymalnie optymistycznie :D

    • ik 24 kwietnia 2022 at 11:20 am- Odpowiedz

      To chyba dobra zasada, żeby sobie w trudnych czasach nie dokładać jeszcze książkowo. Książki optymistyczne, „z ciepełkiem”, świata nie naprawią, ale przynajmniej pozwalają na chwilę uciec, zapomnieć, odetchnąć. A ja dawno powtarzam, że najbezpieczniej jest wracać do tego, co się zna, co zawsze bawi lub poprawia nastrój, dlatego bardzo rozumiem i popieram Diablicę.

  3. ZAKMA 24 kwietnia 2022 at 6:43 pm- Odpowiedz

    Na trudne czasy polecam książkę „Cuda codzienności” Marii Paszyńskiej. Niedawno wyszedł drugi tom ” Skrawki nadziei”. Bardzo lubię wszystkie książki tej autorki, zawierają wspaniałe opisy. Roberta Storma też bardzo lubię. Czekam cały czas żeby ktoś nakręcił serial na podstawie opowiadań o tym bohaterze, to byłoby coś niesamowicie ciekawego. Pracuję w bibliotece i moi czytelnicy mają dwa sposoby na przeżycie tych trudnych czasów. Jedni czytają delikatne, miłe opowieści koniecznie z happyendem, drudzy natomiast proszą o ciężkie, krwawe historie, bardzo wciągające żeby się chociaż na chwilę wyłączyć. Każdy musi znaleźć swój idealny sposób. Mnie zdecydowanie od dwóch lat trzymają przy życiu książki i druty.

    • ik 25 kwietnia 2022 at 6:07 am- Odpowiedz

      Ja się bardzo zgadzam z tym, co napisałaś na końcu, że każdy musi znaleźć sposób idealny dla siebie i jeśli działa, to się go trzymać. Bez zastanawiania się, co ludzie pomyślą i czy to „właściwe”.
      Pomysł serialu też uważam za świetny, bo te wszystkie opowiadania mają taki klimat, że w wersji filmowej (nieschrzanionej!) byłoby to coś genialnego do oglądania. I te Wasze wspominki o Stormie uświadomiły mi, że ja go znam, ale Andrzej nie, a na pewno by mu się spodobało, więc chyba zaplanuję do rodzinnego czytania.

  4. aśka 26 kwietnia 2022 at 10:26 am- Odpowiedz

    „Spacerujący z książkami” to dla mnie plasterek na skołataną duszę. Kojąca i ciepła. I śmieszna i trochę smutna. Jak życie. Jak każdy z nas.

    • ik 26 kwietnia 2022 at 4:20 pm- Odpowiedz

      Ja rzadko potrafię się tak polubić z książkami, w których wszystko jest różowe i bezproblemowe, może dlatego „Spacerujący” też mi się tak podobał, bo jest emocjonalnie prawdziwa, z nadzieją, smutkiem, radością i łzami.

Zostaw komentarz