Mam małą zimową tradycję czytelniczą – zawsze czytuję coś, co opowiada o mrozie, wietrze i nadludzkich wysiłkach tych, którzy idą w góry i to w te najwyższe, czyli pojawiają się książki o zdobywaniu himalajskich szczytów. W tym roku jeszcze mi się nie udało (ale w końcu zima się jeszcze nie skończyła, więc tradycji zapewne stanie się zadość). Ale mam usprawiedliwienie i to dobre!

Wsiąknęłam po sam czubek głowy w opowieści o wojnie trojańskiej. I tak, czytam jedną książkę po drugiej, ciągle tą samą historię, o ciągle tych samych bohaterach i nie mam dość. Przy czym nie miejcie złudzeń – co autor, to inne źródła, inne interpretacje, nawet nieco inne detale wydarzeń. W którymś momencie zaczęłam czuć się jak dociekliwy detektyw, który zauważa coraz więcej różnic i odmiennych detali.

Poniżej bardzo subiektywny „ranking” (brzydkie słowo wobec książek, ale niech będzie).

W głowie najdłużej i najmocniej zostaną mi dwie książki. Zacznę od „Pieśni o Achillesie” Madeline Miller* (drugi tytuł, chyba zasugerowany jako bardziej marketingowy to „Achilles. W pułapce przeznaczenia” i od razu robi się dramatyczniej). Wprawdzie wydaje się, że autorka poszła po linii najmniejszego oporu, bo wybrała opowiadanie wojny trojańskiej z punktu widzenia Achillesa, ale poradziła sobie genialnie. Po pierwsze zaczyna znacznie wcześniej, niż pod murami Troi rozbrzmiały pierwsze okrzyki wojenne, opowiada o tym, jak Achilles stał się „Achillesem”, takim przez duże A i z całym bagażem znaczeń tego imienia. Po drugie koncentruje się na jego przyjaźni, a później miłości do Patroklesa. (Dygresja – czy wiecie, ile jest pisowni pojedynczego imienia w trojańskich opowieściach? Nie dość, że bohaterów tam prawie tyle, ile w książce telefonicznej, to jeszcze sporo z nich miewa dwa, a nawet trzy wersje imienia. Piękne słowo – konfuzja – pasuje tu jak najbardziej.) Po przeczytaniu „Pieśni” chyba pierwszy raz łupnęło mnie tak potężnie, jak bezsensowna była ta wojna, jak wielu straciło wiele przez pragnienie Parysa by mieć Helenę dla siebie. Ale!

I tu przechodzimy do drugiej książki, która mnie oszołomiła – Colleen McCullough „Pieśń o Troi”. Dlaczego? Bo ona ma w sobie cały potencjał tego „ale” z poprzedniego akapitu. Autorka opowiada historię tej wojny (i robi to doskonale), dodając do niej całe mnóstwo elementów, które może i są tworem jej wyobraźni, ale nadają poszczególnym zdarzeniom, wyborom, decyzjom znacznie więcej sensu, bo czy na pewno Agamemnon zdecydował się na wyprawę przeciwko Troi tylko dlatego, że jego zdradzony brat Menelaos pozostał bez żony, za to z rogami po strop najwyższej świątyni? A może to tylko pretekst, a powód rzeczywisty był znacznie bardziej prozaiczny, bo handlowy i ekonomiczny? Nie zdradzę Wam wszystkich pomysłów Colleen McCullough, ale nadała wielu wydarzeniom, które do tej pory wywoływały we mnie tylko wielki krzyk: „Dlaczego?”, więcej sensu.

Mogłabym napisać, że lekkim rozczarowaniem był Stephen Fry** i jego „Troja”, ale to się chyba po prostu nie mogło udać. Fry ma specyficzny sposób pisania, który doskonale sprawdził się w dwóch poprzednich jego książkach opartych o mitologię – humor, lekka zgryźliwość, posługiwanie się wymyślonymi dialogami z bardzo współczesnym językiem (wyobraźcie sobie poranne rozmowy przy śniadaniu między Zeusem a Herą…). Ale jak pisać lekko i komicznie o wojnie, gdzie giną tysiące? Nie można, więc Fry pozbył się swojego znaku firmowego, a okazało się, że na poważnie nie do końca umie tworzyć (moja subiektywna opinia i można się z nią spierać). A po drugie, przez całą książkę miałam wrażenie, że sam autor gubi się w ilości postaci i przerasta go wyjaśnienie, że Ajaksów było dwóch i jeden był mniejszy, a drugi większy, że ktoś był spokrewniony z kimś, ale w sumie to nie wiadomo, bo chodzą plotki, że jego ojcem wcale nie był śmiertelnik, tylko bóg… I do tego Fry potrafi napisać, że oto zaczyna akapit, w którym wymieni kilkunastu bohaterów, ale jak nie zapamiętamy ani jednego, to mamy się nie przejmować, bo w sumie to nie jest kluczowe… To po diabła wymienia? Gdyby mnie ktoś zapytał, czy „Troja” Frya to może być książka, którą warto przeczytać, jako tą jedną jedyną o wojnie trojańskiej, to bez sekundy wahania powiem: „Nie”. Jako jedną z kilku – i owszem.

Do tego dołożę Natalie Haynes „A Thousand Ships” (w Polsce chyba nikt tego nie wydał), czyli znowu ta sama historia, ale opowiedziana z kobiecego punktu widzenia. Wszystkie najsławniejsze uczestniczki tej opowieści (Helena, Kasandra, Hekabe, Penelopa, a także boginie) zyskują tu głos, mocny, chwilami pobrzmiewający bardzo feministycznie. Mniej tu akcji, więcej emocji, więcej cierpienia, chwilami jest bardzo przygnębiająco. I na pewno jest to książka „na dodatek”, nie nadaje się czytania jako pierwsza o wojnie trojańskiej, bo autorka założyła, że czytelnik porusza się po polu bitewnym pod Troją jak po własnej dzielnicy, Ajaksowie mu się nie mylą i wie, jak miał na imię syn Achillesa.

* Madeline Miller napisała też „Kirke”, którą czytałam i też poczułam się zachwycona jej sposobem opowiadania o tym, jak to bogowie mieszają w życiu śmiertelników.

** Fry napisał napisał wcześniej „Mythos” i „Heroes” (nie wiem, czy to przetłumaczono na polski), czyli opowieści mitologiczne i opowieści o półbogach i bohaterach greckich i to mu wyszło.

4 komentarze

  1. Monika 5 kwietnia 2022 at 1:25 am- Odpowiedz

    A Homer? Był chyba największym specem od Troi. :)))
    Pozdrawiam serdecznie!

    • ik 5 kwietnia 2022 at 5:20 am- Odpowiedz

      Spec od Troi owszem, ale chyba nawet on nie pałał tak wielkim zachwytem i miłością wobec Achillesa jak Aleksander. Chyba nie sypiał z żadnym opisem jego życia pod poduszką, a Aleksander podobno tak.

  2. Monika 5 kwietnia 2022 at 12:55 pm- Odpowiedz

    Ależ pałał! Nie sypiał z opisem, bo jego opis był pierwszy i spisany już grubo po jego śmierci. Czyli nie mógł i jest usprawiedliwiony. Ale do Hektora też pałał i Hektor u niego jest taki piękny, dzielny i prawy. Naprawdę, po Homerze to już nic pysznego nie ma, najwyżej dobre jest.
    (Dobre, ale nie pyszne, jak powiedziała wnuczka profesora Raszewskiego wypiwszy atrament)
    ;))

    • ik 6 kwietnia 2022 at 9:38 am- Odpowiedz

      Ja się czasem zastanawiam, kogo Homer wielbił najbardziej? Gdyby mierzyć ilością wersów, to wygrywa Odyseusz, ale czy na pewno…

Zostaw komentarz