Dziergałam ostatnio sporo chust mozaikowych, bez przepisu, bez wzoru, bez trybu. Czasami, kiedy zaczynałam, to nawet bez skrystalizowanej do końca wizji kolorystycznej. Dziergałam, kiwałam głową i uśmiechałam się do tej nieskrępowanej wolności tworzenia.

Żeby nie było wątpliwości – chusty robione dokładnie według rozpisanego wzoru też lubię, ale jakby troszkę mniej… Powód? Bo tam cieszy mnie efekt, wzór i to, co mam na drutach, ale mniej cieszy sam proces, bo odhaczam kolejne rzędy schematu i to nawet radośnie, ale czuję się bardziej rzemieślniczką niż artystką, kroczek po kroczku, według przepisu, bez odstępstw. A ja kocham odstępstwa, uwielbiam poczucie, że w każdej chwili mogę coś dołożyć, zmienić, pokolorować lub uspokoić (ok, przyznaję, to zdarza się rzadziej, bo ja raczej dołożę i podkręcę, niż odejmę… taka natura). Może dlatego nie lubię gotowania według przepisu, z wagą, miarkami, opisami w punktach i jednym jedynym sposobem podania. Okazuje się, że dziergam tak, jak gotuję, na oko, na bieżąco, radośnie i lekceważąc „święte rady i sugestie”.

Ale kiedy pokazuję później te „nieskrępowane dzieła”, to często pojawia się czyjś komentarz, że „ja tak nie potrafię” lub „ja nie mam takiego wyczucia koloru, brak mi fantazji”, „ja się boję, że połączę ze sobą włóczki, które nie pasują” i wszelkie wariacje powyższych stwierdzeń.

To zacznijmy od początku. „Niepotrafienie” czyli co? Nie umiem dziergać na drutach? Nieprawda! Umiesz. Nie umiem wymyślić? Aaaa, to inna kwestia. Jeśli jesteś osobą, która nie lubi kombinowania i samodzielnego ryzykowania, czy róż i pomarańczowy się pogryzą (tak, przy okazji, nie pogryzą!), a wybór splotu to droga przez mękę, wolą mieć przepis krok po kroku i dziergać coś, co od razu wiadomo, jak będzie wyglądać, to nie ma co się zmuszać. Wzorów na chusty jest takie mrowie a mrowie, że do końca życia nam starczy. Ale jeśli na widok takiej „nieskrępowanej chusty” serce zabije szybciej, to znaczy, że jednak gdzieś tam w środku jest taki kawałek dziewiarki, który chce spróbować. To dlaczego sobie zabierać tę radochę? Przecież to czysta przyjemność, wymyślać, kombinować, przekładać motki i bawić się jak dziecko.

„Brak wyczucia koloru” – może rzeczywiście są osoby, które słyszą od otoczenia „Jak żeś ty się ubrała???!!!”, bo ma fioletową bluzkę, czerwoną spódnicę, żółte rajstopki i do tego kamizelkę w błękitach (czyli kocha kolor tak jak bohaterka „Me Before You” i za podkolanówki w pszczółkowe paski da się pokroić). Stop! Jeśli ktoś się ubiera „nietradycyjnie” (cudzysłów zamierzony), a kolor go bawi i im go więcej, tym lepiej, to znaczy, że dokładnie takie chusty będzie tworzyć i kropka! Kolorowe, szalone, po swojemu i cieszące każdym odcieniem tęczy. I w drugą stronę – jeśli ktoś kocha czerń i akceptuje na sobie tylko szarości wszelakie, to niech sobie projektuje chusty w takich odcieniach i za największe szaleństwo uzna dodanie paseczków ciemnego fioletu. Każdy ma wyczucie koloru – swojego koloru! A jeśli chcecie wyjść poza swoją kolorystyczna strefę komfortu i nie wiecie jak, to już inna bajka. Szukajcie inspiracji w zdjęciach, widokach, zachodach słońca, a nawet „stylówkach” innych ludzi. Inspirujcie się do woli, a jak ktoś bardzo chce, to znajdzie nawet albumowe wydania książek o kolorach, ich łączeniu i inspiracjach (głównie wnętrzarskich, ale przełożenie tego na dzieła druciano-szydełkowe to tylko kroczek).

„A jak źle połączę włóczki?” – nie ma takiej opcji pod warunkiem, że będziecie stosować się do jednej jedynej zasady i to bardzo prostej – łącz, co chcesz, tylko niech to będzie bardzo zbliżone grubością ocenianą na oko. Koniec rady. Tutaj najważniejsza jest fantazja. Czy ja ją mam? A owszem, mam i nie waham się jej użyć. Też się nie wahajcie. Przy praniu wychodzę z założenia, że najbezpieczniejsza jest bardzo chłodna woda i pranie ręczne, żeby nie zniszczyć którejś włóczki, która nie zniesie pralki.

To jeszcze Wam opiszę, jak wygląda mój prywatny „proces twórczy” przy mozaikowych chustach. Zaczyna się zazwyczaj od tego, że mam jakiś większy motek, który staje się włóczką główną, ale jest jej za mało na całość (rzadko) albo użycie tylko jej będzie nudą do sześcianu (częściej). Taki motek zabieram do skarbca Aladyna, czyli do pracowni i wywlekam wszystkie pudła z włóczkami (no dobra, nie wszystkie, bo włóczki mam podzielone kolorystycznie i zazwyczaj wywlekam to, co jest podobne i to, co jest bardzo kontrastowe). I zaczyna się impreza! Przykładam, przekładam, sprawdzam, podejmuję szalone decyzje (zawsze sprawdzając na oko wspomnianą wcześniej grubość). Zawsze, ale to zawsze wyjmuję za dużo, żeby mieć wybór i możliwość zmiany koncepcji w locie. Cały ten włóczkowy zapasik pakuję do jednego, osobnego pudełeczka i zazwyczaj idę sobie od niego w siną dal, żeby odetchnąć od koloru i ewentualnie wybrać wzór, którego chcę użyć. Kiedy wzór jest wybrany (lub dwa…, bo przecież mogę zmienić zdanie w ostatniej chwili), to przekopuję moje przygotowane pudełko robocze w poszukiwaniu motka, który jest na tyle duży, że wystarczy go na ten wzorek. A potem to już radosna twórczość, tu pasek, tu wzór główny, tu decyduję się, że coś ma być ułożone symetrycznie przed i po wzorze, a czasem bardzo niesymetrycznie. A na końcu zazwyczaj jest wielkie wyzwanie – poukładać paski i kolory tak, żeby wyrobić do końca wykorzystywane motki. Po skończeniu chusty w pudle jest nadal tyle motków, że wystarczy jeszcze na dwie kolejne, ale zazwyczaj w głowie jest też pomysł na nowy projekt. No i jak takiego dziergania nie lubić? Ja uwielbiam.

8 komentarzy

  1. Kola 28 kwietnia 2022 at 7:50 pm- Odpowiedz

    Pięknie to ujęłaś! Kropka, amen, Alleluja i do przodu! Osobiście dziergam i szyję na wariata, gotuję na oko, i jeszcze chyba nigdy nie stworzyłam niczego (udziergu, potrawy itd) w 100% z przepisu;) Ale doskonale rozumiem, że są osoby, którym największą frajdę daje zrobienie czegoś, co wychodzi idealnie tak jak na zdjęciu, co do oczka, albo co do dekoracyjnie ułożonego listka bazylii na talerzu;) Dzierganie i wszelkie tworzenie ma dawać radochę, każdemu jego własną:) A ja dołożę, że gdyby nie odwaga i szaleństwo twórców i odkrywców we wszystkich możliwych dziedzinach, to siedzielibyśmy nadal w jaskiniach, być może nawet bez ogniska ;) Tak więc odwagi, i hamulce precz :D Marzenia są po to, żeby je spełniać!

    • ik 29 kwietnia 2022 at 5:28 am- Odpowiedz

      Ja bym jeszcze dołożyła odwagę wyłamania się ze schematów i to nie tylko przechodząc od „przepisu” do eksperymentów, ale też czasami w drugą stronę, czyli od szaleństwa do dokładnego trzymania się wskazówek czy wzoru i nie analizowania, jak to o nas świadczy i tym bardziej nie skomentowania takiej zmiany, że ona nas „cofa w rozwoju”.

  2. ZUZA 29 kwietnia 2022 at 6:03 am- Odpowiedz

    Ja lubię mieć wzór. A potem go zmieniam, ulepszam, zmieniam…. :) Częściowo jest to związane z tym, że dziergam ze starych zapasów, więc nie zawsze mam taką włóczkę i takie kolory jak w przepisie. Czasami sobie wymyślę coś, a potem szukam czegoś podobnego w DROPSie (czasami dwóch, trzech wzorów) i kombinuję. Uwielbiam Twoje chusty mozaikowe – wystarczy jeden motek główny, a reszta może być dowolna. I nawet już mnie nie stresuje różna grubość i różny skład włóczek składowych – to Twoja zasługa! I zdarza się, że wyrabiam resztki do ostatnich centymetrów! Zrobiłam ich już kilka (kilkanaście?), a każda inna :)
    W gotowaniu bardziej trzymam się przepisów, ale… Za każdym razem, gdy robię racuchy, śmieję się sama z siebie. Biorę książkę kucharską, szukam przepisu, a potem robię po swojemu (zawsze tak samo). Ten przepis potrzebny mi chyba do tego, żeby nie zapomnieć jakiegoś składnika :)

    • ik 29 kwietnia 2022 at 7:32 am- Odpowiedz

      Jak się dzierga z przeróżnych zapasów, to chyba najczęściej skutkuje szaleństwami, bo się trzeba wpasować z tym co się ma w pomył lub wzór. Też zauważyłam, że jak robię z resztek, czasami bardzo dziwnych, to wychodzą mi najciekawsze rzeczy.
      I bardzo się cieszę, że pokonałaś stres związany z łączeniem nierównych i różnych włóczek :))))
      A co do przepisów, to zauważyłam, że Andrzej tak ma – przepis jest, sprawdza, czy wszystko dodał, a potem zaczyna się dokładanie „po swojemu” :))))

  3. aśka 1 maja 2022 at 11:01 am- Odpowiedz

    Dziękuję za to co napisałaś. Czas zacząć walkę z ograniczeniami, które są we mnie.

    • ik 1 maja 2022 at 2:08 pm- Odpowiedz

      Potraktuj to jak zabawę i to bezpieczną, bo nikomu niczym nie grozi : ))))

  4. Alva 7 maja 2022 at 8:28 am- Odpowiedz

    Ostatnio wykańczam rozpoczęte motki, a że chcę nie tylko dziergać, ale i czytać, to lecą chusty niemal samymi prawymi, tyle że kolory łączę jak mi się podoba – czy raczej, jak mi się sięgnie do szuflady z włóczkami :D Mam je ułozone według grubości, no, mniej więcej, i ostatnio połączyłam dropsową Florę z merceryzowaną bawełną, jedno szaroniebieskie, drugie neonowo zielone. Mnie się podoba i już od dawna uważam, ze to jest najważniejsze.
    Ale takiego podejścia – ma się podobać MNIE, to ja mam się dobrze czuć i w gotowym wyrobie, iw trakcie dziergania – nauczyłam się od Ciebie, za co będę wdzięczna do grobowej deski ;)

    • ik 7 maja 2022 at 2:04 pm- Odpowiedz

      Ten manewr z sięganiem „w ciemno” chyba muszę przetestować, ale zaplanuję to przy tkaniu, bo mam pomysł na wzór i całe morze resztek i reszteczek bawełny, a zupełne zero koncepcji kolorystycznej, będzie idealnie :))) Dzięki!
      I bardzo się cieszę, że podejście MNIE się ma podobać na każdym etapie działa! Niech nigdy nie przejdzie!

Zostaw komentarz