Osoby szydełkujące i dziergające mają wielką przewagę – mogą oddawać się ulubionemu hobby w zasadzie w dowolnych warunkach i wielu przedziwnych miejscach. Ja dziergam grzecznie na sofie w salonie, zdarza mi się w łóżku w sypialni, nad garami w kuchni (co ciekawe gotowanie makaronu jest szczególnie dziewiarsko-przyjazne), dziergam namiętnie w samochodzie, w poczekalniach wszelakich i pod Wawelem też, a co! Ale tkanie… Tkanie to inna przestrzenna bajka.

O ile krajki na małych krosnach do nich przeznaczonych można tkać w dość mobilnych warunkach, bo niby wymagana jest stabilna, płaska powierzchnia, ale z doświadczenia wiem, że własne kolana też się sprawdzają i jak się człowiek przyzwyczai, to jest dość wygodnie, a to oznacza możliwość szaleństw krajkowych w wielu okolicznościach przyrody. O tyle, kiedy przechodzimy do bardziej tradycyjnych krosien do tkania…

Krosno stołowe może rzeczywiście stać na stole (przytwierdzone do niego, bo w trakcie tkania używa się czasami sporo siły, a nawet jeśli nie dobija się wątku z mocą siłaczki, to i tak krosno musi nam dać możliwość pełnej, stuprocentowej kontroli nad mocą, jakiej używamy, a nie jeździć jak początkujący łyżwiarz na lodowisku). Ale często takie krosna lądują na stojakach, podstawach do nich przeznaczonych. Moje oba je mają i nie wyobrażam sobie innej opcji, przyzwyczaiłam się do takiej ich wersji i jest mi tak bardzo wygodnie. Krosno na stojaku niewiele się różni od krosien podłogowych (ok, zazwyczaj jest nadal nieco mniejsze i nie przypomina szafy, ale i tak trzeba na nie patrzeć gabarytowo jak na komodę a co najmniej komódkę). I tu dochodzimy do sedna tego wpisu.

Moje krosna stoją pod ścianą… Teoretycznie stoją, bo prawda jest taka, że w trakcie tkania, a już szczególnie na etapie przed nim, czyli osnuwania krosna, one tańczą, a ja z nimi. Lądują odsunięte od ściany. Potrafię je przesunąć na środek pracowni, a nawet odwrócić pod innym kątem, bo potrzebuję światła i muszę usiąść tak, żeby go sobie nie zasłaniać. Ciągam zatem i to małe krosno, i to wielkie też… A to oznacza, że kiedy wybieracie miejsce na swoje krosno, które ma później być bardziej stacjonarne, a nie stołowe, to od razu bierzcie pod uwagę, że musicie mieć do niego dostęp z każdej strony, a przynajmniej musicie mieć możliwość zapewnienia go sobie, kiedy jest to potrzebne.

Przy okazji wyznam, że etap osnuwania krosna bywa… ciekawy fizycznie i akrobatycznie. Klęczenie, siedzenie po turecku, schylanie się w siedzeniu na krześle i zwijanie się w ósemkę niczym indyjski jogin zdarza się częściej, niż myślicie. Między innymi dlatego ja tak cenię sobie fakt, że mam w pracowni krzesło z regulowaną wysokością. Kiedy osnuwam krosno i muszę mieć wzrok i ręce na poziomie siatki i nicielnic, czyli gdzieś na wysokości dużego siedzącego psa, to zjeżdżam z krzesłem najniżej i siedzę jak w sportowym samochodzie, ale jest mi wygodnie, prawie szorując tyłkiem po podłodze. A do tkania mam później zwykłą wysokość krzesła i jest mi łatwiej machać siatką i mogę utrzymać taką pozycję ciała, a już szczególnie takie ułożenie kręgosłupa, żeby nie męczyć mięśni i stawów w trakcie długotrwałego tkania. Bo tkanie może być kontuzjogenne! Trzeba pamiętać o przerwach, rozciąganiu się, gibaniu się w lewo i w prawo, wstawaniu i nauczeniu się takich ruchów ramionami, szczególnie, jeśli używa się zwykłych czółenek (nie łódkowych), które trzeba po prostu przełożyć, nie ma możliwości „rzucenia” ich od jednej krawędzi do drugiej, nie ślizgają się prawie same, żeby sobie niczego nie naciągnąć i nie uszkodzić. Jeśli do tego szerokość tkaniny jest słuszna, to obręcz barkowa czuje, że pracuje. I tu kolejna kwestia dotycząca przestrzeni – na machanie czółenkiem też musicie mieć miejsce, więc krosno przy samej ścianie… to się nie uda. Będziecie walić czółenkiem w tę ścianę i kląć na czym świat stoi, że macie ograniczoną swobodę ruchu.

I akurat kwestia miejsca docelowego dla krosna i przestrzeni, jaka jest potrzebna przy każdym etapie tkania to coś, o czym się bardzo rzadko mówi i pisze, a dobre decyzje w tych kwestiach gwarantują nam później komfort pracy i brak powodów do dramatycznych zmian i przebudowy domu… Chociaż ja przyznaję, że kiedy przybyło mi drugie duże krosno, to zarządziłam absolutne przemeblowanie pracowni, łącznie z przestawianiem najcięższej półki z książkami, ale dzięki temu mam teraz miejsce na te tańce i balety z krosnami.

A to wszystko przy okazji prezentacji najnowszego szala – wersja zimowa, merino i owcza wełna (Estońska Artystyczna) w kobiecej kolorystyce, jest do kupienia w Kram-IKu, ale to na pewien czas ostatnia taka produkcja (szalowo-odzieżowa). Mam w planach znacznie więcej szaleństw i eksperymentów z tkaninami do szycia i nowymi technikami tkackimi. Już zacieram rączki z radości, bo uwielbiam się uczyć i testować nowe pomysły. Na pierwszy ogień pójdzie resztka różowej Estońskiej z prezentowanego szala, ale w zupełnie innej odsłonie. Bądźcie czujni, będę się chwalić na bieżąco.

4 komentarze

  1. Ula Hahnoma 9 maja 2022 at 12:26 pm- Odpowiedz

    Miałam szansę potkać na dużym stacjonarnym krośnie i wszystko dokładnie się zgadza, a jeszcze jak się zerwie nitka osnowy lub kilka, to też niezła gimnastyka z wyłapaniem, sztukowaniem i wpleceniem w materię. Bardzo wciągające zajęcie i trzeba się pilnować, żeby nie przegiąć, bo potem przykurcze barków i inne mało przyjemne rzeczy nas dotykają ;-) A tkanina kusi…

    • ik 9 maja 2022 at 1:25 pm- Odpowiedz

      Dopóki nie zaczęłam tkać, to zdjęcia, na których trzy osoby tańczyły wokół krosna i co najmniej jedna leżała pod nim, wydawały mi się przesadą, ale już nie :)))) Teraz na widok takich kadrów jest we mnie mnóstwo zrozumienia i odruchowo trzymam kciuki za powodzenie przeprowadzanych operacji :)))

  2. Kinga 24 maja 2022 at 7:09 pm- Odpowiedz

    Z przyjemnością czytam o tkaniu! Moje krosno od miesięcy stoi w kącie z niedokończonym bieżnikiem, ale może ten wątek ;) zmobilizuje mnie do nawiązania z nim współpracy. Dziękuję :)

    • ik 25 maja 2022 at 5:43 am- Odpowiedz

      Mam wrażenie, że tka się zawsze falami i te okresy, kiedy krosno stoi osnute i czeka na wenę tkającego zawsze się pojawiają.
      Trzymam kciuki za skończenie bieżnika.

Zostaw komentarz