Prawie tydzień przed wielkanocnym weekendem Andrzej zapytał, czy mam już plany i czy będę potrzebowała wypakowanego aktywnościami czasu, czy raczej mam w głowie bardzo przyjemne „dolce far niente”. Jego pytanie miało sens, bo ja czasami mam poczucie, że potrzebuję w czasie wolnych dni całego mnóstwa drobnych rzeczy do zrobienia, bo wtedy mam wrażenie, że czas płynie wolniej, dwa dni weekendu czuję, jakby było ich pięć i do tego mam takie dające satysfakcję wrażenie, że tyyyyyyyyle udało się zrobić, skończyć, zacząć, rozgrzebać, wykombinować i są na to materialne dowody tej aktywności (to ważne! żebym mogła pomachać czymś i powiedzieć „Zrobiłam!!!”). A czasami od razu wiem, że będę spała, oglądała sport w telewizji i czytała na leżąco, co oznacza, że po dwóch stronach książki urządzam sobie sjestę i budzę się po trzech godzinach z książką obok i kotem na mnie. I czasami czuję, że to jest właśnie to, co jest mi niezbędne, lenistwo, przeciekanie czasu przez palce i niedzielno-wieczorny żal, że już się skończyło.

Co odpowiedziałam wtedy mężowi? Że jeszcze nie wiem, czego będę potrzebowała. Ale gdzieś tam w czeluściach głowy powoli powstawał plan, że jak w piątek po południu wpadnę do pracowni, to wyjdę w poniedziałek wieczorem i będę dumną kreatorką mody z materii własnoręcznie tkanej, a na wieszaku będzie ostentacyjnie powiewał nowy żakiet, a do tego będę po trzech sesjach jogi, kilku godzinach tkania dwóch szali na zmianę, bluza mężowska będzie do pachy, a ja z poczuciem, że nie zmarnowałam ani minuty.

Czy byłam przez te trzy dni w pracowni? Byłam, przez pięć minut… Posprzątałam na półkach, bo mi się włóczki do tkania rozmnożyły i nagle nie mieściły się już nigdzie i groziły spadaniem. I tyle. Nie tkałam, nie szyłam, nie byłam kreatywnie aktywna. Źle mi z tym było? W niedzielę wieczorem przez sekundę dotarło do mnie, że nie zrobiłam niczego, co zaplanowałam. I nagle zaczęło coś w środku do mnie gadać, że daję ciała, że jestem leniwa, że marnuję weekend… I to był moment, kiedy sama sobą dość mocno wstrząsnęłam. Tak, to prawda, miałam plany, ale widocznie nieadekwatne do moich potrzeb. Czy ma o mojej wielkiej wartości jako rękodzielniczki świadczyć to, że tworzę metry kwadratowe projektów w tempie maszyny dziewiarskiej? Nie! Czy ktoś lub coś ucierpiało od tego, że nie odegrałam stachanowca przez te dni? Nie i jeszcze raz nie! Ja po prostu w locie anulowałam plany, wolno mi.

A jak się zastanowiłam, co robiłam, to wyszło, że bardzo dużo i czasami bardzo ważnych dla mnie rzeczy, a że większość „niematerialna”… To w sumie dobrze. Przyjemności zazwyczaj takie są.

W kolejności niekoniecznie zgodnej z kalendarzem i bardzo dalekiej od hierarchii ważności:

– zjadłam mnóstwo niesamowicie smacznych rzeczy i wcale nie były to jajka z majonezem, tylko na przykład genialna śniadaniowa mężowska pasta z tuńczykiem, serkiem twarogowym i szczypiorkiem, którą biedak musiał powtórzyć w poniedziałek, bo żona zaczęła żebrać o „takie samo śniadanie jak wczoraj”;

– przeczytałam pikantny romans historyczny, co skutkuje potrzebą przygotowania dla Was wpisu o „grzesznych” lekturach;

– skończyłam najdłuższą książkę o poczuciu i budowaniu własnej wartości, o której Wam wspominałam (tą najgrubszą Sophie Mort);

– przegadałam z mężem kilkanaście godzin w ciągu tych trzech dni o tym, że ja się właśnie bardzo zmieniam i w związku z tym potrzebuję od niego nieco innego rodzaju wsparcia i że to wymaga odmiennego podejścia, mniej troski, więcej kibicowania i czy możemy spróbować (możemy, spróbujemy);

– oglądaliśmy takie ilości doskonałego tenisa, oczywiście zachowując się jak totalnie zwariowani fani, że gdyby ktoś spojrzał z boku… ale było niesamowicie emocjonująco i darcie się „Alejandrooooooooooooooooo!” po prostu wydawało się niezbędne;

– pospacerowałam;

– zaczęłam czytać książkę o uzdrowieniu swojego podejścia do jedzenia (bo mam tu problem „zajadanych” emocji i wielką potrzebę zmiany) i to skutkowało kolejnymi godzinami gadania o tym, co się dzieje, co zmienić, jak zmienić i że w sumie to może nam obojgu wyjść na dobre;

– obejrzałam najgłupszy film kwartału (i będzie mu trudno stracić to zaszczytne miejsce, ale będziemy wytrwale szukać), czyli polskie „Poskromienie złośnicy”, przaśne to i proste, ale w sumie pozwoliło się pośmiać i jak mówi Andrzej, kompletnie odmóżdżyć;

– w końcu znaleźliśmy czas na obejrzenie bardzo zaległego wyścigu F1 z Melbourne i to było jak zwykle genialne półtorej godziny emocji,  kibicowania i dyskutowania o sensie zakładania opon „medium” na początku wyścigu;

– mężowska bluza jest hen, hen przed pachą, ale trochę urosła, w końcu nie spieszy mi się z nią;

– przespałam poniedziałkowe popołudnie, oczywiście z Teodorem, który jest wtedy najszczęśliwszym kotem na świecie, bo nigdzie się tak dobrze nie śpi jak na własnej ukochanej pani, a wiecie, że uszczęśliwianie kota jest bardzo ważne, więc popołudniowe drzemki są po prostu konieczne;

– znalazłam idealny nowy zeszyt na moje listy robótkowe i czytelnicze, bo poprzednie „się zapisały” i zabrakło miejsca;

– gdzieś w przelocie, patrząc na utkany materiał zakwestionowałam pomysł szycia żakietu, ale ten dylemat zostawiłam do rozkminiania po weekendzie;

– skończyłam układać puzzle;

– poganiałam z odżywczą maseczką na twarzy, maseczką w kolorze… nietwarzowym, ale kiedy, jak nie w weekend.

Dużo, prawda? Obiektywnie rzecz biorąc – wiele przyjemności, kilka ważnych i potencjalnie długofalowo znaczących kwestii i rozmów. Czyli to nie był zmarnowany weekend. A że nie wychodzę z niego z metrami gotowej tkaniny, połową swetra i uszytą odzieżą, a moje plany „poszły się gryźć”, czy czyni mnie to leniwcem i nieudacznikiem? No jednak nie.

8 komentarzy

  1. Kola 19 kwietnia 2022 at 1:30 pm- Odpowiedz

    Bo plany są po to, żeby je dostosowywać do potrzeb chwili, z czas wolny jak sama nazwa wskazuje – trzeba spędzać w sposób dowolny, dający w danym momencie największą przyjemność :D I nie patrzeć na „efektywność”, bo to nie fabryka na akord… Chyba, że fabryka endorfin;) A wszystkim zmianom kibicuję, trzymam kciuki i wsparcie wysyłam!

    • ik 19 kwietnia 2022 at 3:34 pm- Odpowiedz

      U mnie często niestety pojawia się ten problem, że jeśli już mam plan, to za punkt honoru traktuję jego wykonanie, bo inaczej czuję się ze sobą źle. Jak zaplanuję odpoczywanie, to jest ok, ale jak zaplanuję roboty wszelkie, to trudno mi przyjąć do wiadomości, że jednak mogę zmienić zdanie. Ale coraz częściej trenuję zmiany :)))
      Za kciuki dziękuję.

  2. Grażyna 19 kwietnia 2022 at 3:39 pm- Odpowiedz

    Tak powinno być, robiłaś to na co miałaś ochotę. Wszystko będzie zrobione w swoim czasie. Ja w święta nawet nie dotknęłam drutów,na święta posprzątałam tylko tyle,na ile było potrzebne, gotowaniem też się za bardzo nie zmęczyłam, tylko to co lubię (pizza piena),którą bardzo uwielbiam,a ile ma kalorii 😉. I dużo odpoczywałam,po intensywnym marcu (byłam w Polsce i musiałam załatwić baaaardzo dużo spraw,a w tym był ZUS i oczekiwanie na decyzję 😉).
    Pozdrawiam serdecznie 😘

    • ik 19 kwietnia 2022 at 5:28 pm- Odpowiedz

      Kalorie w święta to jest temat, który schodzi na drugi plan :)))) Mam nadzieję, że odpoczęłaś, złapałaś oddech, bo mnie się udało. A druty obu nam nie uciekły, poczekały :)))

  3. Viola 21 kwietnia 2022 at 7:45 am- Odpowiedz

    Od dłuższego czasu, na pytania (innych wścibasów czy swoje) „co robisz w weekend?” odpowiadam „planuję i mam nadzieję, że nic”, okazuje się, że to „nic” jest całkiem bogate a ja nie stresuję się, że czegoś z planu nie zrobiłam, bo przecież miało być „nic” hahaha.

    • ik 21 kwietnia 2022 at 7:53 am- Odpowiedz

      Mnie na szczęście nikt nie wypytuje, tylko Andrzej, ale jego pytanie ma wyłącznie jeden cel – chce wiedzieć, czy nasze plany mogą być wspólne, czy raczej ma się zastanawiać nad tym, co miłego może zaplanować dla siebie, bez mojego udziału. A potem i tak dostosowujemy się do siebie w locie :)))

  4. Ula Hahnoma 25 kwietnia 2022 at 2:50 pm- Odpowiedz

    To mi przypomniało serial Ranczo i zalecenie babki-zielarki: Jak zrobisz, tak będzie dobrze :-) Każdy z nas zapędza się w planach, czego to nie będzie robić w weekend, bo na tygodniu czasu brakuje. A potem się okazuje, że po tygodniu w pracy człowiek jest zrypany jak koń po rodeo i po prostu musi odpocząć i ponicnierobić. I, jak słusznie napisałaś, to nic potem okazuje się całkiem pojemne :-)

    • ik 25 kwietnia 2022 at 4:58 pm- Odpowiedz

      Bo chyba lepiej iść na żywioł i zgodnie z potrzebami, a czasami nawet dać się zaskoczyć. Dwa tygodnie temu miałam plany i okazało się, że mogłam ich nie mieć. W poprzednim tygodniu na czwartek miałam zaplanowane tak intensywne działania, na dodatek potencjalnie stresujące, że wyszłam z założenia, że w weekend będę odpoczywać i dochodzić do siebie… Ile zrobiłam rzeczy twórczych i innych to moje :))))) Czyli ja chyba zawsze na opak.

Zostaw komentarz