Naprawdę jakoś tak się składa, że co zima, to ja czytam coś o wysokich górach, himalaizmie i, nie ma co ukrywać, potężnych emocjach i ekstremalnych przeżyciach tych, którzy po coś tam idą. I nadal nie do końca rozumiem, po co to robią, bo racjonalnego wytłumaczenia nie znajduję – ryzykować wejście na szczyt, gdzie zginęły czasami dziesiątki przed nimi, gdzie wiadomo, że spadający serak czy jeden fałszywy krok oznacza śmierć. Ale po tylu przeczytanych opowieściach dotarło do mnie, że tu nie ma miejsca na racjonalne powody, tu są emocje i to słynne powiedzenie George’a Mallory’ego, kiedy zapytano go, po diabła on się na ten Mount Everest pcha – „Bo on tam jest!”, ma sens i zaczynam je rozumieć.

Uprzedzając pytanie, nie ma we mnie żadnej, ale to absolutnie żadnej potrzeby udowadniania sobie, że jestem w stanie wleźć na najniższy nawet szczyt jakiegokolwiek pasma górskiego, o wspinaczce nie wspominając. Ale tak, jak namiętnie czytam o zdobywaniu biegunów i odmrażaniu sobie tam wszystkiego, tak z równie wielką pasją, w kokonie własnego ciepłego kocyka i trzymając kubeczek z kakałkiem, towarzyszę wariatom na szczytach świata.

Chyba najdłużej zostały ze mną emocje po przeczytaniu „w tandemie” dwóch książek o tym samym wydarzeniu na Mount Evereście – Weathers „Everest. Na pewną śmierć” i Krakauer „Wszystko za Everest”. Że mi się koszmary wtedy nie śniły, to aż się dziwię, bo miałam wrażenie, że przeżywam te opowieści, jakbym tam była. I to właśnie one chyba tak dobitnie mi uświadomiły, że teraz himalaizm to jest coś, co zaczyna być niebezpieczne, bo się komercjalizuje. A widok zdjęć kolejki chętnych do wspięcia się na szczyt uznałam najpierw za coś, co prawdą być nie może, co musi być fotomontażem. Ale nie. Jest prawdą i to smutną, pełną śmieci i śmiertelnie niebezpieczną.

Oczywiście czytałam też opowieści naszych wspinaczy, Cichego, Bieleckiego, biografie Rutkiewicz i Mackiewicza, ale tam to, co mnie intrygowało i zadziwiało najbardziej to historie, jak to się trzeba było starać, kombinować, załatwiać, żeby władza jedynie słuszna, dała pozwolenie na wyprawę, papierki, które ułatwiały pozyskanie sprzętu i jak stawano na głowie, żeby może jakimś cudem zorganizować coś zza zachodniej granicy, a nie zza wschodniej, bo stamtąd było siermiężne, ciężkie i nie chroniło za bardzo, a zachód miał już lekkie, kolorowe i dające pewność, że działają.

Ale pretekstem do wpisu jest coś, co właśnie czytam, latem! Ewenement, ale historia Vanessy O’Brien jest niesamowita – „Wszystkie szczyty świata”. Ładnie to napisano „na okładce”, że najpierw wspinała się po drabinie korporacyjnego sukcesu, później przyszedł kryzys, który ją z tej drabiny strącił i okazało się, że zamiast wieżowców centrów finansowych woli szczyty gór. Nie będę Wam zdradzała zbyt wiele, ale to taka historia, którą Vanessa napisała „bez znieczulenia”, ze szczegółami i „momenty” też są… momenty, kiedy świadomie szuka uwięzionych w śniegach resztek ciał tych, co byli tam przed nią, bo wie, że tak może dać spokój ducha rodzinom, które zostały osierocone na dole.

I tu na chwilę porzucę wspinanie się na najwyższe góry świata, a opowiem Wam coś o pani O’Brien. Bo to nie jest tylko książka o wspinaniu się, to jest książka o tym, że można być kobietą, która robi rzeczy, o których wielu facetom się nie śniło, spełnia swoje najbardziej szalone marzenia i zaczyna głośno mówić, jak ważna jest odwaga na tej drodze. A pani – jak to się mówi – „jeńców nie bierze”, wspina się, nurkuje, zdobywa bieguny, a w ramach przerywnika i odpoczynku biega maratony. I ja jej nie podziwiam za wyniki, rekordy, wysokości i kolejne „odhaczone” szczyty z listy „do zdobycia w tym roku”. Ja ją podziwiam za to, że z pasją tłumaczy światu, że kobieta może, że doświadczenia i wiedza, jaką się zdobywa, realizując własne marzenia, jest bezcenna, ale należy się nią dzielić z innymi, inspirując ich nie do tego, żeby stali w tej komercyjnej kolejce na Everest, ale żeby potrafili zdefiniować własny szczyt, na który chcą wleźć i jeśli ktoś zapyta, a po diabła to robią, to z szerokim uśmiechem powiedzieli, że po prostu dlatego, że on tam jest, a oni chcą to zrobić i tyle, bez udowadnia nikomu, że to musi być racjonalne i wymierne uzasadnienie.

A wiecie, co jest najciekawsze w tym, co pojawia się w recenzjach i opiniach o tej książce? Że większość osób, jak jeden mąż, mówi, że to nie jest opowieść o wchodzeniu na himalajskie szczyty, a na pewno nie głównie o tym. To jest opowieść o marzeniach. Też tak uważam. I jeśli jesteście właśnie na jakimś życiowym zakręcie, kiedy pojawia się pomysł, że coś chcecie zrobić ze swoim życiem, to ja mam nietypową propozycję. Zamiast kolejnego poradnika, jak zmienić swoje życie w weekend i wykorzystując energię kosmosu, działać jak magnes na sukces i kasę, poczytajcie, co opowiada Vanessa O’Brien. Bo ja lubię, kiedy mi ktoś mówi, że mogę wszystko, ale będzie bolało, jednak te bolesne doświadczenia są bezcenne, a kiedy robi się pierwszy krok, to trzeba mieć odwagę całej armii żołnierzy, a kiedy osiąga się sukces – pokorę mnicha, bo to nie koniec drogi, to tylko jakiś etap, bo przecież za rogiem jest już kolejne marzenie i następne wyzwanie.

4 komentarze

  1. Viola 9 lipca 2022 at 7:19 am- Odpowiedz

    Mam córkę wałęsającą się po górach, jeszcze nie Himalajach ale … właśnie trzy tygodnie temu „zeszła” z jednej w przyśpieszonym tempie, nawet ortopeda stwierdził, że miała „cudowne” szczęście. Nie o tym chciałam, na mój okrzyk „to teraz odpuścisz to sobie”, odpowiedziała „spadnie z gór jest wpisane w pasję chodzenia po nich jak prucie w dzierganie” i już planuje, gdzie pójdzie w październiku, bo do tego czasu „pozmiata” się do kupy. Podobno nie ma nic lepszego jak wdrapywać się samotnie na szczyt, spać w kompletnej dziczy nasłuchując wilkołaków aby potem mieć przez chwilę cały świat u stóp. Ja nigdy tego nie doświadczę (mam pełne portki na pierszym piętrze) pomimo, że córuś przekonuje, że trzeba wręcz udowadniać sobie, że nie jest się p… (przepraszam „mała” posługuje się dość kwiecistym językiem). Chyba o to chodzi, że chcę, robię i świetnie się po tym czuję.

    • ik 9 lipca 2022 at 1:08 pm- Odpowiedz

      Osoby, które kochają góry i to te bardziej ekstremalne niż bezpieczne wzgórza, chyba by nigdy nie odpuściły :))) Jakoś się nie dziwię, że nie chce odpuścić. Czytając opowieści tych, co się wspinają o tej euforii na szczycie, to musi być uzależniające. A kobieta chyba jeszcze dodatkowo właśnie coś sobie i innym udowadnia, że może wszystko.

  2. Ula Hahnoma 12 lipca 2022 at 7:03 am- Odpowiedz

    Jakiejś szczególnej pasji do gór nie mam, lubię sobie połazić, czasem wleźć gdzieś wyżej i mieć widoki. Ale raz jeden jedyny doświadczyłam tego, po co niektórzy ludzie w te góry lezą – do tego niestety trzeba być na szlaku samemu, wtedy można poczuć TO: zupełnie niewytłumaczalne odczucie jakiegoś spełnienia, oderwania, obcowania z absolutem, przyjemności, radości i szczęścia. I wcale nie trzeba być nie wiadomo jak wysoko. Podejrzewam, że w Himalaje może ciągnąć również poszukiwanie tych doznań. Więc poniekąd rozumiem, ale nie do końca ;-)
    Vanessa O’Brien z pewnością ma rację i każdy, kto myśli o zmianie, chce ją przeprowadzić w miarę bezboleśnie. Myślę, że u niej kluczowy był ten zakręt, na którym się znalazła nie ze swojej winy, czy przyczyny. Wiele z nas dokonuje skoku na głęboką wodę w wyniku jakiegoś zakrętu, osoby na w miarę prostej drodze, boją się z niej wypaść – popularne teraz stwierdzenie: wyjść poza strefę komfortu. Ale chyba do tego to się sprowadza, że każdy z nas ma obawy podyktowane głównie naszą sytuacją ekonomiczną i nagłe zachwianie tej wątłej równowagi albo wyzwoli w nas impuls do zmiany, albo do szybkiego powrotu na utarte tory.

    • ik 12 lipca 2022 at 11:34 am- Odpowiedz

      Możesz mieć rację, że to szczególne poczucie oderwania i uniesienia to jest coś, czego się szuka, co się chce powtórzyć, jeśli raz się go doświadczyło. Mnie się to przytrafiło, ale nie w górach, a nad morzem, może to i bezpieczniej :)))
      A co do Vanessy, to masz rację, że ona zmieniła swoje życie, bo pierwszy impuls przyszedł z zewnątrz i nie miała wyjścia i tak musiała coś zmienić, ale bardzo podoba mi się to, jak zmieniła, jak bardzo szalone marzenia okazały się jej życiową ścieżką. Ale mam wrażenie, że to jest ważne, że nie zdecydowała się na bezpieczną drogę, ale na szaleństwo, pod prąd. I że to, co wyniosła z korporacji, to wykorzystywała w górach, że się nie odcięła, ale czerpała garściami z doświadczeń, elastycznie je dostosowując, ale nie uznała, że jej życie ma dwa etapy, przed górami i w górach. Niesamowicie mi się to podoba – to trochę jak recykling umiejętności i to w sferach tak dalekich od siebie, jak się tylko da, a okazuje się, że to ma sens. I ja też tak chcę! :))))

Zostaw komentarz