Czytujecie książki, które mają w tytule słowo „kreatywność”? Rzucacie się na nie jak spragniony na wodę, czy raczej wywołują Wasze lekceważące prychnięcia? Pewnie czytają ten tekst przedstawiciele obu grup. A ja?

Ja mam różnie. Niektóre „dzieła” omijam bardzo szerokim łukiem, bo jeśli o kreatywności próbuje pisać osoba znana z tego, że jest znana, ma wiele do powiedzenia na każdy temat (od mody, przez języki obce, a na dietach i dobrostanie kończąc), to mam do takich tworów stosunek taki sam jak do przewodników po Rzymie pisanych przez osoby, które we Włoszech nie były, ale dużo czytały i mapę widziały. Ale są takie książki, po które sięgnę, bo wiem, że albo autor sam się kreatywnością rzeczywiście wykazuje, albo to coś, co ma nieco bardziej naukowy charakter i podchodzi do tematu szeroko.

I nie, nie znalazłam jeszcze książki, którą napisałaby o kreatywności dziewiarka albo tkaczka, ale okazuje się, że nawet, jeśli pisze scenarzysta, pisarz, architekt, inżynier czy rzeźbiarz lub malarz, to wnioski dla naszej „handmejdowej” działki można wyciągać.

Zacznijmy od takiej malutkiej, milutkiej książeczki, którą napisał John Cleese (tak, ten od Monty Pythona). Do połknięcia w jeden wieczór… no, dobra, w pół wieczoru. Treściowo jest bardzo okrojona, ale wbrew pozorom dała mi do myślenia.

Po pierwsze ja jestem niecierpliwa i jak mam problem twórczy do rozgryzienia, to chcę to zrobić natychmiast, denerwuje mnie, że nie znajduję rozwiązania od ręki i od razu wyrzucam sobie, że to dlatego, że jestem… (tu należy wpisać dowolne obraźliwe dla naszego intelektu inwektywy i porównania). A Cleese przypomina, że to tak nie działa, że nasza podświadomość musi mieć czas, żeby przetrawić, przespać się z problemem, wpaść na tysiąc pomysłów (i 90% z nich nadają się tylko do tego, żeby spuścić na nie zasłonę milczenia i nie wspominać więcej), ale w końcu nas oświeci. A jak nas oświeci, to możemy się zastanowić, czy to jest na pewno najlepszy pomysł, a najlepiej pokombinować dalej, bo może się okazać, że wpadniemy na coś jeszcze bardziej genialnego. Czas ma znaczenie, kreatywność nie lubi „dedlajnów”. Za to kreatywność kocha dziecięce zachwyty, zabawę tematem oraz podejście z entuzjazmem i z pomrocznością jasną dotyczącą obowiązujących zasad. Sztywniak kreatywnością nie błyśnie. I bardzo mi się podobała jedna sugestia, taka nieco krwiożercza – „zabij swoich ulubieńców!” Okazuje się, że często jest tak, że jak mamy coś do stworzenia, problem do rozwiązania, to od razu w głowie pojawiają się pomysły, które hołubimy jak babcia ulubione wnuczęta. A jakie ono świetne! Jakie mądre! Wpadliśmy na to rozwiązanie tak szybciutko! A na dodatek to ono jest podobne do tego, które już wykorzystaliśmy dawno, dawno temu i w zupełnie innym projekcie, ale wtedy się sprawdziło, więc czemu nie teraz? Bo nie! Jak nie zmieciemy tych naszych „ulubieńców” z powierzchni ziemi, to utkniemy i nie damy sobie okazji do wymyślenia zupełnie nowego rozwiązania. To jest trudne, szczególnie dla osób, które lubią to, co znane, a nieufnie lub wręcz z paniką podchodzą do tego, co nowe, trudniejsze (zazwyczaj pozornie), szalone lub nieortodoksyjne. Tak, tak, piszę też o sobie.

Cleese napisał też doskonały krótki akapit o tym, co się robi z „dobrymi radami” w procesie kreatywnego tworzenia… Ja bym go rozciągnęła na wszelkie „dobre rady” w ogóle, ale nie zdradzę, co myśli i co radzi. Poczytajcie sami. Ale coś czuję, że za jakiś czas popełnię tekst o „doradcach” i jak sobie z nimi radzić, bo uwierzcie, że Polak zna się na wszystkim, jest nie tylko najlepszym trenerem piłki nożnej i lekarzem od wszelkich dolegliwości, ale bliżej „mojej” działki – każdy zna się też na prowadzeniu sklepu, na nagrywaniu tutoriali filmowych i na karmieniu kotów. I tu postawię kropkę, ale temat wróci!

Gdyby ktoś chciał poczytać o kreatywności z perspektywy bardziej naukowej i odnosząc się do psychologicznych aspektów tego fenomenu, to uwielbiam i to bardzo, bardzo, bardzo książkę pana, którego nazwiska nie należy wymawiać, bo na bank popełni się błąd. Mihaly Csikszentmihalyi i jego „Creativity. The Psychology of discovery and invention”. Gdyby tą książkę miał zrecenzować jednym zdaniem Bazyl od pani Kisiel, to by powiedział, że to „szrogi naukoffy miksz”, ale nie ma się co dziwić, bo bibliografia i przypisy to mniej więcej jedna piąta objętości, ale nie dajcie się przestraszyć! To jest przeciekawa lektura. Niestety po polsku ta pozycja chyba nie została jeszcze wydana, a szkoda.

Tu zaczniemy do tego, czym kreatywność jest, jak się manifestuje, kogo dotyczy, jak ją rozwijać, co jej sprzyja, a co zabija. A wszystko to na podstawie pogłębionych wywiadów z wieloma ciekawymi ludźmi, naukowcami, artystami, bankowcami, socjologami, archeologami, pisarzami, jest sporo noblistów z różnych dziedzin. Nie ma nikogo od „handmade’u”, chyba najbliżej naszych zainteresować jest pani od ceramiki i osoby od sztuk wizualnych. Ale nie jest ważne, kto czym się zajmuje, bo wszyscy mówią o kreatywności przeciekawe rzeczy, a jedno ze zdań powinnam sobie chyba powiesić gdzieś w widocznym miejscu – swobodnie tłumacząc – kiedy pozwalamy naszej kreatywności kwitnąć, rozwijać się i nie krępujemy jej zasadami, to ona sprawia, że nasza dusza śpiewa. I to jest piękne!

Ile razy tworzymy coś, w co wkładamy nasze emocje i ja nawet się nie ograniczę do dziergania, tkania czy szycia, bo to może być gotowanie, układanie bukietu, malowanie, cokolwiek, co angażuje nasze dłonie i naszą głowę, i nagle czujemy, że „odlatujemy” na skrzydłach takiej spokojnej radości i poczucia, że dobrze się dzieje tu i teraz i chcemy, żeby to trwało i trwało, to nasza dusza naprawdę śpiewa.

Oby nam się takie stany duszy zdarzały jak najczęściej.

4 komentarze

  1. Kola 23 lutego 2022 at 9:38 pm- Odpowiedz

    Co do książek o kreatywności to się nie wypowiem, bo tematu nie zgłębiałam z obawy, że będzie to raczej level tych „przewodników po Rzymie” (świetne porównanie!) Dla mnie kreatywność w każdej dziedzinie – ubioru, gotowania, tworzenia dowolnych cosiów, nawet podróżowania – to przede wszystkim pozwolenie sobie na wolność od utartych ścieżek, na jak najczęstsze zadawanie sobie pytania „a co jeśli by…”, na szukanie odpowiedzi, na eksperymentowanie. Bardzo spodobało mi się przeczytane kiedyś zdanie „kreatywni dorośli to dzieci, które przetrwały”. I nieważne, czy chodzi o wrzucenie do garnka razem rzeczy, których wcześniej nie wrzucaliśmy, czy o jednodniowy trip pociągiem do Jarocina, czy o stwierdzenie „zamiast chować w tej kamizelce z miliona małych kłębuszków ten milion nitek na lewej stronie to zaplotę z nich warkoczyki i niech sobie dyndają na prawej”. Pozwolenie sobie na sprawdzenie „co jeśli” otwiera nowe drogi, a pozbycie się lęku „a co jeśli nie wyjdzie” dodaje skrzydeł😁 I wtedy dusza śpiewa!

    • ik 24 lutego 2022 at 5:31 am- Odpowiedz

      Ja czytuję książki o kreatywności z takiej jakieś niezdrowej ciekawości, co kto napisał i jak bardzo mnie to rozśmieszy (albo zdenerwuje, to rzadziej na szczęście). Zazwyczaj kończę, odkładam i zapominam, ale te dwie jakoś ze mną zostały.
      Zgadzam się, że kreatywność ma wiele wspólnego z wypuszczeniem na wolność tej dziecięcej radości nieskrępowanego tworzenia. I wierzę, że to dziecko ma w sobie każdy, tylko czasami bardzo głęboko ukryte, ale warto sobie chociaż czasami przypominać, jak to jest tak zatracić się w robieniu czegoś, z taką frajdą i odcięciem od otoczenia, że czas mija niepostrzeżenie.

  2. Ula Hahnoma 8 marca 2022 at 8:35 am- Odpowiedz

    Na takie książki stroszę się jak jeżozwierz – chyba w każdej dziedzinie, gdzie ktoś mi mówi, co mam zmienić, żeby osiągnąć (tu można wpisać dowolnie). Dużo racji, a właściwie całkowita racja w tym, że kluczowy jest czas, który trzeba sobie samemu dać. Tak miałam z niespodziankowym Arroyo ze Sklep-Iku – takie śliczne moteczki, mięciusie, ale każdy inny i jak to połączyć?!? Puściłam lejce, przestałam na siłę szukać i jak tylko pozwoliłam myślom pływać, to pomysł sam się pojawił – widziałaś efekt :-) I nie trwało to tydzień czy miesiąc, ale chyba ponad rok. I tak jest ze mną, że im bardziej na coś napieram, tym większy gniot z tego wychodzi, za tym idzie frustracja i prucie. Więc nie napieram, jak mam syndrom niespokojnych rąk to robię skarpetki :-) Bardzo cenię pana z MP i mam do Ciebie zaufanie, więc chętnie sięgnę po takie małe co-nieco. Tego też mi brakowało bardzo <3

    • ik 8 marca 2022 at 2:10 pm- Odpowiedz

      Widziałam efekt, widziałam! Warto było dać temu pomysłowi spokojnie dojrzewać w głowie.
      Ja teraz „poddaję inkubacji” pomysł na tkane podkładki na stoliki do salonu, zobaczymy, co mi się z tego wylęgnie, ale nie poganiam, czekam, oglądam, samo przyjdzie.

Zostaw komentarz