Jest taka niepisana, ale często powtarzana zasada dotycząca tkania – jak szykujesz osnowę, to raczej nie mieszaj różnych grubości i elastyczności włóczek, nie wykorzystuj nitek z wyraźnym włoskiem i za nic, ale to za żadne skarby nie bierz niczego, co się rwie w rękach. I ja się z tym zgadzam… tak teoretycznie i ogólnie, bo oczywiście chęć pójścia pod prąd bywa bardzo mocna.

Kiedy tkałam tylko na krosnach ze sztywną siatką, to powyższa zasada była święta i nawet nie próbowałam jej łamać. Dlaczego wtedy nie? Dlatego, że sztywna siatka oznacza, że nitki osnowy przechodzą przez plastikowe szparki i dziurki. Ten plastik nie jest włóczko-przyjazny, nie jest śliski, nie jest gładziutki i kiedy się tą siatką jeździ po włóczce setki razy, to jest mniej więcej tak, jakby się za każdym razem lekko uszkodziło nitkę. Za którymś machnięciem nie wytrzyma, zerwie się, zmechaci się, zniszczy i wyzionie włóczkowego ducha. Czy mi się to zdarzyło? Oczywiście. Nie lubiłam tego bycia ograniczoną, ale poddawałam się z westchnieniem rezygnacji, bo z materią nie wywalczysz…

A potem zmieniłam krosna na krosna nicielnicowe. Matko boska tkacka, jak ja Ci dziękuję za ten wynalazek i za tą decyzję (i Melissce, która to wie, bo ja ją naprawdę uważam za matkę chrzestną mojego obecnego okresu tkania, bez niej bym się nie zdecydowała na ten zakup)!!! W tych krosnach nitka nie styka się z niczym włóczkowo-nieprzyjaznym, żadnych drapiących części, żadnych plastików, tylko metal siatki i mega śliskie, poliestrowe, białe nitki czegoś, co się nazywa Texsolv i jest specjalnym fragmentem krosna, przez który przewleka się nitki osnowy i to on jest odpowiedzialny za to, co się podnosi, a co opada i jaki wzór możemy magicznie tworzyć. I nagle okazuje się, że zasada cytowana w pierwszym akapicie przestaje tak strasznie ograniczać. Można używać nitek, które nie są tak wytrzymałe i takich, które mają włosek i przestać się martwić, że jak jeszcze raz machnę siatką, to mi się cała osnowa sp… no, powiedzmy, że przestanie istnieć.

I w duchu tego chodzenia pod prąd utartych zasad powstał dżinsowy szal i to jest projekt pełen szaleństwa. Osnowa powstawała z pięciu różnych rodzajów nitek, z czego jedna jest znacznie grubsza i na dodatek lśniąca i ja wiem, że dorosła osoba według ogólnie przyjętych standardów skostniałego społeczeństwa nie powinna się tak dziecięco radować takimi detalami, ale ja się raduję i dosłownie chichoczę z ukontentowania, że ona tam jest, lśni i migocze i zachwyca mnie do wypęku. A potem zaczął się proces koncepcyjny związany z nitką do tkania… No nic mi nie pasowało i tylko jednego byłam pewna, że ma być dżinsowo. I nagle mnie olśniło – mohair! Kłaczki! Miękkość! Kolory od bieli do morskiego petrolu! A do tego resztki z motków osnowy! I to wszystko zamienione w ręcznie robiony gradient.

Ja zawsze się dzielę swoimi pomysłami z Andrzejem. A jak jestem podekscytowana własną ideą, to dzielę się nią tak emocjonalnie, jakbym co najmniej wymyśliła koło i planowała zbudowanie pierwszego wózka do przewożenia wielkich kamieni do wybudowania własnej zarąbistej piramidy schodkowej w środku japońskiego ogródka zen (niech nikogo nie zdziwi pomieszanie czasów i kultur, bo ja dokładnie tak relacjonuję swoje pomysły, mieszając, wymyślając na bieżąco i wpadając na genialne usprawnienia racjonalizatorskie w trakcie). I zawsze mam wrażenie, że mój mąż za sekundę ucieknie z krzykiem, bo wyobrażenie sobie tego, co ja opowiadam, jest trudne, szczególnie dla osoby, która sama nie tka. Ale kiedy kończę stwierdzeniem: „Będzie super!”, to on kiwa głową i wierzy, że będzie, bo to jest człowiek wielkiej wiary w moje szaleństwa.

No i tym razem mi wyszło! Wyszło tak, że jestem absolutnie zachwycona sobą, pomysłem i efektem. Szal jest jesienno-zimowy i tak miękki i do otulania się od stóp do głów, że już dawno niczego tak milutkiego nie zdjęłam z krosna i to wszystko przez ten mohair.

Oczywiście doszłam do wniosku, że chcę eksperymentować dalej i przygotowałam osnowę w odcieniach szarości i starego różu, ale to już opowieść na inny wpis.

7 komentarzy

  1. Kola 8 kwietnia 2022 at 8:04 am- Odpowiedz

    Wielkie, wielkie brawa! Pięknie go wymyśliłaś i po mistrzowsku zrobiłaś! Takie wykorzystanie wielu resztkowych motków do końca zawsze wymaga wielkiej gimnastyki wyobraźni… Uprawiam ją z dreszczem szczęścia na drutach i szydełku, ale tkanie to dla mnie czarna magia! Podziwiam szczerze i głęboko! A opis przedstawiania nowej idei – oplułam telefon kawą, takie to prawdziwe, jakbym siebie widziała😂 I przy okazji minę Mojego😂

    • ik 8 kwietnia 2022 at 9:46 am- Odpowiedz

      Ale nie wiem, jak u Ciebie, bo u mnie to poczucie, że miałam osiem motków i został z nich jeden, a i to nie za dużo, a resztę zamieniłam w świetny projekt, daje taką radochę jak rzadko i często większą, niż kiedy dziergam z przygotowanych motków pod daną robótkę i zdjętych z półki lub kupionych.
      A miny naszych drugich połówek bywają na bank ciekawe, bo chyba wiele z nas ponosi entuzjazm twórczy i biedacy muszą to nie tylko znosić, ale jeszcze zachęcać i podtrzymywać to zarzewie szaleństwa :)

      • Kola 8 kwietnia 2022 at 10:49 am- Odpowiedz

        Dla mnie takie leftover knitting i „znikanie” miliona małych, często dziwnych kłębuszków to największa frajda😁 tak samo gotowanie w wersji „8 różnych dziwnych koncowek i resztek znika i pojawia się kreatywna smaczna potrawa”😂 A co do min Połówek i ogólnie otoczenia – ostatnio sobie wymyśliłam szydełkową kamizelę z różnych rozmiarowo i wzorowo kół na szydełku. Koła robione metodą przykładania do już istniejących metodą „już, czy jeszcze okrążenie”, łączone na bieżąco, przestrzenie między nimi wypełniane wg potrzeb inną geometrią. Miny Mojego, gdy to kładłam na podłodze albo zakładałam na siebie (a czasem na niego, bo na sobie ciężko obejrzeć i pospinac boki i tył, a manekina nie mam) – bezcenne😂 I mina, gdy ta Galaktyka się złożyła w całość i wyszła kamizela 😂 Raz, rano, gdy się budził, został uprzejmie przeturlany na brzuch, ułożony prosto, a na jego plecach wylądowało koło mające stanowić środek góry pleców. A ja usiadłam Mu na tyłku i zaczęłam sobie markery wpinać – gdzie dziury na ręce, gdzie ramiona, gdzie szyja itd😂 A na koniec cyknęłam fotę, żeby nie zapomnieć które kolory markerów do czego były😂 Nie masz pojęcia jak żałuję, że Jego mina wtedy była ukryta w poduszce😂 Ale plecy się nie trzęsły, czyli się nie śmiał😂

        • ik 8 kwietnia 2022 at 10:57 am- Odpowiedz

          Takie akcje to trzeba na filmach uwieczniać :))))

          • Kola 8 kwietnia 2022 at 11:51 am- Odpowiedz

            Zabrakło 3 osoby do filmowania🤣

  2. Melisska 8 kwietnia 2022 at 3:16 pm- Odpowiedz

    Ojej,Cieszę się że mogłam pomóc w wyborze krosna :D
    Szal pięknie obmyśliłaś i utkałaś!
    Nie ma to jak twórcze „szaleństwo”, a raczej powinnam napisać „prawdziwa wolność tworzenia”.
    Właśnie to jest fantastyczne w rękodziele, że praktycznie wszystkie chwyty są dozwolone, łącznie z łamaniem zasad. :D

    • ik 8 kwietnia 2022 at 4:19 pm- Odpowiedz

      Znając mnie, to do dzisiaj bym się „mocno zastanawiała”, czyli katowała siebie i męża rozważaniami :))))
      Łamanie zasad uwielbiam, ale nauczyłam się, że rzeczywiście czasami trzeba mieć o nich pojęcie. Przy tkaniu strata całych metrów osnowy, bo się źle oceniło jej wytrzymałość po prostu boli moje ekonomiczne jestestwo, a jej ratowanie przyprawia nawet mojego wewnętrznego Kopciuszka o ból głowy.

Zostaw komentarz