Pamiętam swój pierwszy szydełkowy projekt z elementów – spora serwetka z muliny w mało mnie zachwycającym kolorze tabaczkowym. Ale innych odcień zachwycał, więc kim ja jestem, żeby dyskutować. Poza tym to były czasy, kiedy zdobycie muliny graniczyło z cudem, o wybrzydzaniu na kolory nie było mowy. „Pani! Pani bierze co dowieźli, bo nic innego nie ma i nie wiadomo, kiedy znowu będzie!”, słyszała zapewne wówczas moja rodzicielka. To brała, a potem się kombinowało, co z tego zrobić. Co ciekawe serwetka przetrwała całe lata i była namiętnie używana. I tu przechodzę do tematu – ona była z elementów, na bank szydełkowanych oddzielnie i później łączonych, ale ja nie pamiętam ani marudzenia, że mam milion nitek do schowania, ani potępieńczego ślęczenia nad łączeniem. I może dobrze, bo się ewidentnie nie zraziłam od pierwszego razu.

Pamiętam też drugi mój szydełkowy projekt z elementów. Biała bawełniana nitka grubości tylko nieco większej niż nici do szycia dżinsów. Szydełko pewnie 1.25. Elementy nie za duże. I z tego powstawał wielki obszarowo obrus na stół w rodzinnym domu. A że rodzicielka z wielkością stołu nieco zaszalała, to miałam co robić. I znowu, pamiętam samo szydełkowanie i poczucie, że to się może skończyć projektem na całe życie (na szczęście nie), ale nie mam żadnych traumatycznych wspomnień z chowania nitek i łączenia tych setek elementów.

I możliwe, że już wtedy ktoś mi pokazał, jak sobie z tym radzić. Że nitki na początku robótki i pozostające po zmianie kolorów lepiej od razu wrobić i obciąć przy samej… robótce. Żadnego chowania później, bo można osiwieć. A łączenie najlepiej na bieżąco, jeśli się tylko da i też od razu „pielić” wszelkie końcówki, żeby potem do nich nie wracać. I te pomysły godne szydełkowego Dobromira zostały ze mną do dzisiaj. Gdyby ktoś jeszcze nie widział, a chciał sobie „zdobromirować” swoje podejście do szydełkowania i przestać się martwić, że „w sumie spoko, kiedy robię, ale te miliony nitek mnie przerażają”, to niech zajrzy do kursu robienia kwadracików z afrykańskimi kwiatkami, tam jest łopatologicznie pokazane, jak niczego nie zostawiać na później.

Ja w ogóle mam zasadę, że jeśli w jakiejś robótce na drutach lub szydełku mam w planach cięcie i zmiany motków, to albo chowam nitki na bieżąco, dosłownie po dwóch rzędach, albo przyjmuję jakąś nieprzekraczalną ich liczbę, która oznacza, że się zatrzymuję, lecę lekko hurtem i wracam do dziergania lub szydełkowania. Wyjątkiem jest tkanie! Tam wszelkie wiszące farfocle zostawiam, bo wiem, że albo je obetnę później, albo w ogóle znikną, bo będę coś kroić, wycinać, zszywać. Czasami po prostu nie ma sensu się nimi zajmować.

I teraz dochodzimy do zdjęcia głównego. Bo zamarzyło mi się zrobienie chusty lub szala na szydełku i z elementów. Wstępnie wybrany wzór modułu do szydełkowania był pięęęęęękny do wypęku, dopóki nie zrobiłam próbki i okazało się, że już mi się nie podoba, a miały być takie śliczne wiatraczki. Na zdjęciu cud, w wersji z grubszej i miększej włóczki… błeeeeeeeee. Czyli zmiana. Będą kwiatkowe, średnio ażurowe kwadraciki. Szydełkuję sobie zatem spokojnie. Mąż patrzy na mnie nieco podejrzliwie i z lekkim wyrzutem, bo jak mam w rękach szydełko, to znaczy, że nie mam w nich drutów, na których jest jego bluza. Ale co ja poradzę, że po wrobieniu główki rękawa, którą prułam tylko (!!!) dwa razy, bo najpierw pomyliłam grubość drutów… Bez komentarza! Nabierałam oczka na linii pachy na cieńszych drutach, żeby mi było wygodniej, a potem wpadłam w taką euforię, że udało się je nabrać perfekcyjnie i wygląda to jak od linijki, że poleciałam na tych drutach dalej, bez zmiany. Całą główkę zrobiłam, kazałam Andrzejowi przymierzyć i jakieś pół godziny po tym, jak przymierzył, to się zorientowałam, że „sorry gregory”. Sprułam, nabrałam jeszcze raz, zmieniłam druty i… pomyliłam się we wzorze, znowu kawałek prucia, ale zaszantażowałam robótkę, że jak jeszcze raz nabroi tak, że będę musiała ją pruć (bo to przecież jej wina :))), to się żegnamy i zostanie kamizelką! Podziałało, przynajmniej na razie. Ale jakoś poziom entuzjazmu mi spadł i czekam, aż znowu wzrośnie, więc mogę sobie w tym czasie poszydełkować.

I jeszcze zdjęcie z Teodorem, który na widok planu zdjęciowego czegokolwiek rozłożonego na podłodze po prostu musi się znaleźć na jego środku, jako punkt skupiający uwagę.

Nie walczymy. Pozwalamy mu się się położyć. Pilnujemy, żeby niczego nie gryzł i nie drapał. Nie zajmujemy się nim specjalnie. Za to po dwóch minutach daleko od niego machamy mu ulubioną zabawką i zawsze działa. Leżenie bez atencji widowni jest nudniejsze niż zagryzanie ulubionego karpia (obecnie miękka ryba z kocimiętką jest „trendy” w kocim świecie). Z doświadczenia wiemy, że próby wyrzucania go na siłę, dają mu do zrozumienia, że tu się dzieje coś ekstraordynaryjnie ciekawego i wraca jak bumerang. Lepiej dać mu się ponudzić bez zainteresowania „ludzia”, a potem zaproponować kuszącą alternatywę.

6 komentarzy

  1. AgatkaM 29 czerwca 2022 at 8:23 am- Odpowiedz

    A wiesz, moja szydełkowa narzuta z elementów rośnie w tempie 1 element na … bardzo długo. Mam już 60 skończonych i kolejne 60 bez dwóch ostatnich okrążeń. W sumie dużo mniej niż połowa potrzebnych. Nitki chowam seriami. Rozgrzebałam toto kilka lat temu i nadal się łudzę, że ta narzuta kiedyś jednak powstanie…. Serwetkę też kiedyś próbowałam zrobić. Po 9-ciu elementach szlag mnie trafił i obiecałam sobie, że nigdy więcej :))) Mam podkładkę pod talerzyk.
    Pozostaje mi wzdychanie do pięknych szydełkowych dzieł w internecie.

    • ik 29 czerwca 2022 at 9:34 am- Odpowiedz

      Są osoby, które lubią robienie bez przerywania, zmian tempa i szukania igły do chowania nitek co pół godziny. I nie ma co się zmuszać. Przynajmniej wiesz, że podkładki pod talerzyki to jeszcze z elementów owszem, ale obrus to już nie :)))))

  2. Alva 29 czerwca 2022 at 10:18 am- Odpowiedz

    Akurat robię koc z elementów, nie szydełkowy co prawda, tylko drutowy, ale też już mnie te nitki lekko irytują. Część chowam na bieżąco przy zmianie koloru, część będzie chowana na samym końcu, przez obrzuceniem wszystkiego szydełkową plisą. Godzę się z tym, bo chęć posiadania własnego koca (poprzedni zachachmęciła mama) jest większa niż niechęć do chowania nitek :D
    Moja kota też się pcha, jak coś rozłożę na podłodze :D Najlepiej jej pozwolić wszystko dokładnie obwąchać – jak się zorientuje, że to nic do jedzenia ani do zabawy, to sama sobie pójdzie.

    • ik 29 czerwca 2022 at 10:33 am- Odpowiedz

      Przy drutach zajmowanie się nitkami na pomysłowego Dobromira nie zadziała, więc zostaje kopciuszkowe chowanie tych końcówek. Ale dobrze, że nie zabija to Twojego entuzjazmu.
      A koty są po prostu niesamowicie ciekawskie, więc tak jak piszesz, one muszą, ale jak się nic nie dzieje, jedzeniem nie pachnie, to nie ma sensu tam siedzieć i to samemu :))))) Ale jak pogonisz, to wróci po minucie.

  3. Graszka 3 lipca 2022 at 10:24 pm- Odpowiedz

    Tylko jedną torbę zrobiłam na szydełku, i to był koniec,jakoś nie przypadło mi do gustu. Jestem raczej sweterków – bluzkowa. Nawet chust i szalików prawie wcale nie robię.
    A z kotem mam to samo,jak tylko coś położę, to on pierwszy do sprawdzenia. Ale tylko jeden,reszty nie interesują takie rzeczy.

    • ik 4 lipca 2022 at 5:08 am- Odpowiedz

      Każdy dzierga to, co lubi najbardziej i co mu sprawia największą frajdę.
      U nas do tej pory ciągle sprawdza wszystko Teodor, ale widzimy, że Timofiej zaczyna się uczyć od niego i za chwilę pewnie będziemy mieli dwa z nosami wszędzie.

Zostaw komentarz