Gdzieś przez peryferia mojej internetowej świadomości przegalopował temat dobrych rad, tych chcianych i tych niechcianych. Ktoś się skarżył, że mu się przydarzyło, że zapytał i dostał całą litanię porad i opinii, które czasem świadczyły tylko, że ktoś nawet pytania nie doczytał, ale już leci i już radzi, a ktoś inny nawet nie zapytał i też go one zalały, chociaż nie wie czemu i mu z tym niekomfortowo jak po przedawkowaniu cytryn. A że od dawna chodziło mi po głowie podzielenie się z Wami moimi opiniami na ten temat, przy okazji udzielenie Wam kilku rad, jak sobie z tymi niechcianymi mądrościami radzić i napisanie, kiedy popełniacie błąd, nie broniąc się przed takimi mędrcami i może jeszcze dołożenie całej listy tego, co źle robicie, a jak powinniście robić dobrze, bo skoro u mnie się sprawdza, to u Was…

Kto ma już ochotę walnąć mnie w czółko i napisać mi, że właśnie próbuję czynić bliźniemu, co mnie samej niemiłe? I słusznie! Ja oczywiście żartuję, ale niechciane rady i nieproszone opinie, wygłaszane tonem jedynego wiedzącego, sypią się na nas wszędzie, od rodziny, obcych, klientów, obserwatorów w social mediach, od osób znajomych i przypadkowych.

Jako doświadczona weteranka wysłuchiwania rad i opinii na tematy wszelakie od osób, po których bym się spodziewała i nie spodziewała, mam kilka przemyśleń. A zacznę od najpotężniejszej armaty…

Uwaga, w moim świecie definicja „rady” brzmi mniej więcej tak: „mądrość, wiedza, doświadczenie i wszystko inne, czym się dzielimy z drugim człowiekiem na jego prośbę, jako skutek jego pytania”. Kropka, amen, howgh, rzekłam! Na prośbę!

Przy czym ja z własnego doświadczenia wiem, że czasami takie oczywiste i jasne powiedzenie, że potrzebuje się rady i pomocy nie jest proste, więc trzeba umieć czytać między wierszami, ale raczej subtelnie a nie z wdziękiem buldożera. Przykład? A proszę bardzo! Dwa stwierdzenia: „Mam problem z odpowiedzią na jeden z maili od klienta, bo mam ochotę przywalić tym, co naprawdę myślę, ale wiem, że nie wypada, potrzebuję do tego dystansu, dam sobie czas i napiszę jak będę spokojniejsza.” i „Mam problem z odpowiedzią na jeden z maili od klienta, bo mam ochotę przywalić tym, co naprawdę myślę, ale wiem, że nie wypada, im więcej myślę, tym mniej wiem, jak to ująć i chyba potrzebuję jakiegoś podręcznika dobrych manier dla sprzedawców.” Widać różnicę? Widać! Mało tego, w pierwszym zdaniu jest stwierdzenie, że ktoś chce sobie dać czas i ochłonąć, więc wciąganie go w dyskusję o całej sytuacji nie jest tym, o czym marzy. Nie prosi o rady! Jeśli mam jakieś doświadczenie w temacie, to powiem, że mam i jeśli będzie potrzebował pomocy, to niech się odezwie, ale na bank sobie poradzi, jak ochłonie, a teraz zmieńmy temat na coś przyjemniejszego. Kropka, koniec tematu.

Czym jest zatem dla mnie cała reszta zrzucanych na mnie mądrości, wiedzy, doświadczenia, itp. Otóż to jest dla mnie wyrażanie własnej opinii. I teraz zaczyna się stopniowanie, niuansowanie i dzielenie na różne kategorie.

Ja nawet cenię, kiedy własną opinią próbuje się ze mną podzielić osoba, która „w temacie” ma wiedzę i doświadczenie (i przy okazji nierozdęte ego i brak przekonania o własnej nieomylności). Takie dyskusje, nawet nieproszone, nawet przypadkowe, bywają krynicą wiedzy i można czerpać garściami. Czyli kiedy rozmawiam o podejściu do klienta z naszą zaprzyjaźnioną właścicielką kwiaciarni i ona coś sugeruje, że coś jest doskonałym rozwiązaniem, u niej działa, u nas może też zadziała, ale od razu zastrzega, że branża nieco inna, ale podobieństwa są, to ja się nie jeżę, ja słucham i zaczynam wyciągać wnioski. Ale jak mi „dobrych rad” udziela osoba, która nawet miesiąca nie przepracowała na swoim, nie ma pojęcia, co znaczy być przedsiębiorcą, zawsze była w biurze na etacie i nawet mglistego pojęcia nie ma o sprzedaży internetowej… To ja się jednak zjeżę, tym bardziej, że mogę się zakładać, że w ciągu pierwszych trzech minut usłyszę taką herezję, że nie będę wiedziała, czy śmiać się, czy płakać, czy wprost powiedzieć, że ktoś nie ma pojęcia o branży i realiach. Dlatego sama nigdy bym nie zaczęła radzić właścicielowi restauracji, co jest złego w jego menu. Ale z drugiej strony… W końcu jem cztery, do pięciu posiłków dziennie, gotować umiem, o klientach, wprawdzie z zupełnie innej branży, ale też coś tam wiem… Już samo to w głowach niektórych daje prawo do radzenia. A właśnie, że nie! Nie daje!

To wróćmy do tego rozdętego ego i przekonania o własnej nieomylności. Są takie osoby! Jak one otworzą usta, to samo złoto z nich płynie, złote rady, złote mądrości i nawet próba zakwestionowania ich wywodów powoduje foch, obrazę majestatu i stwierdzenia w stylu: „jak przeżyjesz tyle, co ja, jak będziesz miał takie doświadczenie jak ja” i tu można sobie jeszcze podopisywać. Ja się przyznaję, że jak miałam dwadzieścia kilka lat i ktoś mi zaczynał „radzić” z piedestału wieku, bo wiecie, PESEL jest najlepszym wyznacznikiem poziomu wiedzy i inteligencji oraz nazbieranego doświadczenia we wszystkim (od chorób tropikalnych, przez wychowanie dzieci, karmienie zwierząt domowych i wybór paneli podłogowych, stój!, jakich paneli!, tylko klepka dębowa w jodełkę!, tylko klepka!!!), to ja się nie potrafiłam obronić. Bo ja w głębi duszy wiedziałam, że przez te swoje lata życia, od wczesnego dzieciństwa zdążyłam przeżyć więcej podbramkowych sytuacji niż niejeden czterdziestolatek, ale trudno było dyskutować i opowiadać każdemu historię swojego życia na dowód, że jednak coś tam wiem. Ale teraz? Teraz to ja mam siwe włosy na głowie, doświadczeń tyle, że mogę spokojnie obdzielić ze trzy osoby i już mi przeszła łatwość wpędzania mnie w poczucie, że jestem niedojrzałym dzieciakiem. Żałuję tylko strasznie, że kiedy byłam młodsza, to kilka razy kilku osobom nie powiedziałam głośno, że PESEL nie jest gwarantem niczego, co widać na załączonym obrazku, bo plotą androny i może by się przestały ośmieszać.

To teraz pójdę dalej – są takie „rady”, które mają tylko pozłotę radzenia, a w środku jest jedna wielka krytyka i często jeszcze sugestia, że się ktoś do czegoś nie nadaje. Tacy radzący maja jeden cel – podcięcie skrzydeł i pokazanie, że poczucie własnej wartości możemy zacząć wygrzebywać łopatką z ziemi, bo właśnie ktoś je wpycha kilka metrów poniżej poziomu morza. I przez lata takie rady były dla mnie jak potwierdzenie, że ja się do niczego nie nadaję, że nie ma co próbować, bo jak widać, ktoś już wie, że ja nie mam o czymś pojęcia, chociaż wydawało mi się, że mam, nawet byłam pewna, że mam, ale jak posłuchałam mędrca, to zaczynam to kwestionować… Kiedy się nie ma potężnego poczucia własnej wartości, to takie rady potrafią naprawdę zrobić krzywdę. I każdy z nas spotyka na swojej drodze ludzi, którzy „w dobrej wierze”, „bo przecież ja tylko mówię!” działają na nas jak hamulec, a nawet jak trucizna. Wiecie, co oni mają wspólnego i to często? Sami wcale nie odnieśli sukcesów, porażka zrobiła z nich leśnych dziadków, którzy w ostępach swojego nieudanego życia próbują wmówić otoczeniu, że oni się znają, oni wiedzą, oni są od ostrzegania i podkreślania, gdzie jest mielizna, ostry zakręt i niebezpieczeństwo. A wiecie, co robią ludzie, którzy sami przeszli przez takie zakręty, mielizny i mają doświadczenie, jak to jest walczyć? Oni będą Was podtrzymywać na duchu, mówić Wam, że bywa ciężko, ale warto, będą jak ostoja spokoju, bo wyliczą Wam Wasze mocne strony i powiedzą, na czym budować, a nie zaczną Was zniechęcać. Taka różnica! I ja się przyznaję głośno – „mędrców” od podcinania skrzydeł „dobrymi radami” to ja nie tylko omijam z daleka, ja jeszcze kopię prędziutko fosę i wpuszczam krokodyle.

To teraz będzie kategoria specjalna – dobre rady internetowe. No to jest temat rzeka, ocean i galaktyka cała, więc nawet nie ma szans, że napiszę wszystko, co myślę, ale dwie kwestie tknę!

Po pierwsze rady, o które się nie prosi. Pokazujesz w relacji kota, który wcina serek ze szczypiorkiem i od razu masz wysyp wiedzących lepiej, że szczypior dla kota jest szkodliwy, że chyba nie mam pojęcia, jak się karmi kiciusia, że nie powinnam mieć żadnych kudłatych na czterech łapach w domu, bo jestem morderczynią… Ale ja nie prosiłam o rady żywieniowe, to po pierwsze. Ani o ocenę mojej zdolności do posiadania zwierząt. Ani tym bardziej o ocenę mnie i mojego prawa do przebywania na wolności. Jak będę miała wątpliwości, czy coś mogę podać, czy nie, to zadzwonię to weterynarza. Po drugie na filmie widać, że kot serek wcina, a szczypiorkiem pluje na odległość i spokojnie może dostać złoty medal w tej dyscyplinie, jeśli stanie się ona olimpijską. Ale tego nikt nie widzi, bo po co. Lepiej się rzucić z dobrymi radami i ocenami człowieka jako właściciela. I tak mam dobrze, bo nie mam dzieci, tu bym dopiero wpadła pod wodospad opinii matek, co wychowały już trójkę i wiedzą lepiej albo dzieci nie mają, ale czytały. Kolejny taki temat to medycyna i diety. Jeśli ktoś nie ma dostarczonej całej dokumentacji medycznej mojego męża, nie dostał rozpiski jego aktywności fizycznych oraz przyjmowanych leków zapisanych przez lekarza specjalistę i nie porozmawiał z nim o jego samopoczuciu po jedzeniu mięsa, oraz sam nie jest dietetykiem, kardiologiem, lekarzem ogólnie, to jednak niech nie zaczyna nawet pisać rad w prywatnych wiadomościach, że niejedzenie mięsa może mu zaszkodzić, bo trzeba pakować w siebie białko, a ograniczyć węglowodany, bo wujek piszącego też głupi był i mięsa nie jadł i zmarł, wprawdzie pod kołami samochodu, ale to nie wiadomo, czy nie było skutkiem jakiegoś osłabienia i utraty koncentracji przez ten brak mięsa… Ja oczywiście w tych przykładach przesadzam, ale tylko trochę. Nie udzielam rad na temat chorób, leczenia, diet, dzieci, karmienia zwierząt, aktywności fizycznej, zalet pływania i biegania, w sumie na żaden temat tego typu i kropka. Jak ktoś mnie zapyta o coś, co ja robię, co ja jem, jak się ruszam, czym karmię koty i czym myję podłogę, to odpowiem, ale to jest to, co ja robię i nie mam pojęcia, czy u innego to jest właściwe, zdrowe, wskazane, niech skonsultuje ze specjalistą. Żadnych „powinieneś”, „lepiej byś zrobił” itp.

I zostając w świecie internetu – „rady” nieproszone, okazyjne, wyrażone językiem, który nawet blisko kulturalnego nie leżał i będące po prostu pomyjami wylewanymi na kogoś. Tu mam do napisania tylko jedno – po pierwsze takie „kwiatki” świadczą zawsze tylko i wyłącznie o piszącym i jego kompleksach i sfrustrowaniu. Ludzie spełnieni, postrzegający swoje życie jako dobre, szczęśliwe i patrzący na innych jak na swoich bliźnich nigdy, przenigdy takiego komentarza nie napiszą, bo mierzy się swoją miarą…

To teraz jeszcze krok dalej, bywa, że ktoś w reakcji na nieproszoną opinię lub radę, wyrażone z mocą i z piedestału domniemanej wiedzy i niby doświadczenia reaguje dyskusją… I co słyszy? „Bo ty nie potrafisz przyjąć krytyki!!!” Po pierwsze moment!, stop!, zatrzymajmy się tutaj – to ty mi radzisz, czy krytykujesz? Bo za pierwsze podziękuję, nie potrzebuję, a żeby krytykować, to trzeba jednak móc się wykazać jakimiś własnymi osiągnięciami w danym temacie, poziomem etycznym bez skazy i generalnie być jednostką, która na wezwanie, że ci bez grzechu niech walną kamieniem, bez wahania wzięłaby w dłonie głaz narzutowy i miotnęła z mocą i wprawą Anity Włodarczyk, bo sama grzeszną nie jest. Podpada krytykujący pod którąś z tych kategorii? Zapewniam, że w dziewięćdziesięciu przypadkach na sto nie podpada, a zatem… niech spada. Ludziom się naprawdę często myli konstruktywna krytyka (bo inna nie ma racji bytu!) z krytykanctwem, wywlekaniem własnych frustracji i obaw, dokopywaniem komuś, bo akurat jest okazja, głoszeniem własnych prawd objawionych i próbą kształtowania kogoś na obraz i podobieństwo swoje. W tej ostatniej kategorii często pojawią się „jabymizmy” i „gdybymizmy”, czyli stwierdzenia typu: „Ja bym na Twoim miejscu…” oraz „Gdybym był Tobą…”. Ciekawe, czy ci mądrzy, jeśli ich rada wyprowadzi nas na manowce, zmniejszy nam stan konta lub wpłynie na nasze zdrowie tak, że nagle będę widywała lekarza częściej niż sąsiada z parteru, będą tacy chętni do współponoszenia konsekwencji mojego działania wywołanego ich dobrymi radami. A, nie! Czekaj! Wtedy mi powiedzą, że radziliby mi być mądrzejszą w przyszłości i samodzielnie decydować i na moim miejscu, to by w życiu tego nie zrobili i gdyby byli mną, to by się trzy razy zastanowili. A że radzili wcześniej co innego? A na pewno? Pewnie ich źle zrozumiałam albo niezbyt gorliwie przykładałam się do realizacji rad.

I ktoś teraz zapyta, czy ja, z tą moją dość agresywną postawą wobec „rad”, w ogóle słucham innych opinii niż własne. Otóż słucham i nawet dość często o nie pytam i proszę o sugestie i rady. Ale osoby, które albo są fachowcami w swojej dziedzinie, albo znają mnie jak zły szeląg, albo są w moich oczach guru w jakiejś kwestii, bo wiem, że same przeszły przez jakieś pola i manowce, doświadczenie mają, ale nie sieją mądrościami na prawo i lewo.

Idę do tych cichych, którzy mają dobro w sercu, ciepło w oczach, wiedzę w głowie i którzy po prostu szanują to, że każdy jest inny, każda sytuacja jest inna i nie ma czegoś takiego jak złote rady i prawdy objawione. I właśnie sobie uświadomiłam, że jak będę bardzo stara, to bym chciała, żeby chociaż jedna osoba tak pomyślała o mnie.

18 komentarzy

  1. Monika 9 czerwca 2022 at 2:30 pm- Odpowiedz

    W sumie rady nie są złe. Myślę nawet, że świetne są i w sumie ludzkość w znacznym stopniu radom ogólnie pojętym zawdzięcza rozwój (chociaż jak się na ludzkość spojrzy chłodnym okiem to ten rozwój, hm, może pomińmy). Również wiedza o szczypiorku jest cenna. Dlaczego zatem nigdy nie potrafiłam przyjąć żadnej rady od swojej teściowej? No właśnie, wszystko zależy od sposobu udzielania rad, jeżeli ktoś radzi (nawet słusznie), ale nie zostawia Ci przestrzeni, tylko od razu spycha w narożnik z metką „nieudacznik”, to wtedy nie ma możliwości, żebyśmy czuli się dobrze. :)

    • ik 9 czerwca 2022 at 3:29 pm- Odpowiedz

      Też uważam, że rady są bezcenne, ale właśnie rady. Natomiast „wygłaszanie” opinii bywa różnie przyjmowane. Jak ktoś to robi z życzliwością, troską, to musi trafić na naprawdę oporną jednostkę, żeby nie wysłuchała, co z tym zrobi, to inna bajka. Ja mam taką znajomą, wiek mojej mamy, sypie własnymi opiniami na prawo i lewo, „Agnieszeczko to, Agnieszeczko tamto!” Ale ona nie robi tego, żeby udowadniać, że ona wie, a ja nie, ona to robi z tak wielką troską, że aż ciepełko od tych zdań bije, a na końcu zazwyczaj słyszę, że my młodzi (he, he, relatywnie :)))) to i tak zrobimy, jak chcemy. Ale wiesz, ona potrafi też mnie zapytać o radę… Taka drobna różnica.
      Spychanie kogoś w narożnik, jak to bardzo obrazowo opisałaś, zawsze spowoduje, że poczujemy się źle, albo stłamszeni, albo sprowokowani do ataku. I tak źle, i tak niedobrze.

  2. emka 9 czerwca 2022 at 7:01 pm- Odpowiedz

    Lubię rady wtedy,gdy o nie proszę,nieznoszę ludzi, którzy nic nie mają do zaoferowania i wiesz o tym,ale argumentują, że mają doświadczenie,bo… i są przekonani o tym,że mogą takich rad udzielać i powinnaś skorzystać,a ty nie chcesz.Mam alergię na ludzi którzy wymuszają na sobie uwagę, nawet nie dopuszczając do siebie myśli, że plotą bzdury, że to co perorują wcale ciebie nie interesuje, gdy im przerywasz, bo inaczej włączy się agresor w tobie, bo dłużej bicia piany z grzecznością nie zniesiesz, to są obrażeni i jeszcze to oni strzelają fochy,w momencie, gdy to ty trzymasz kieszenie od środka.

    • ik 10 czerwca 2022 at 5:30 am- Odpowiedz

      To określenie, którego użyłaś, że trzyma się kieszenie od środka, jest bardzo trafne, bo ze względu na kulturę osobistą nie chcesz wybuchnąć, ale trudno zdzierżyć.
      Ja mam zawsze wielki szacunek wobec osób, które potrafią powiedzieć, że nie, one się na czymś nie znają, nie ich branża, nie mają doświadczenia, potrafią przyznać się do niewiedzy, chociaż często to nie jest wcale tak, że nie mają nic do powiedzenia, po prostu nie robią z siebie ekspertów. Niestety więcej jest tych, którzy pojęcia o czymś nie mają, ale od razu wpadają w ton wszechwiedzącego. I takie znaczące, kiedy im przerwiesz lub powiesz, że rad nie potrzebujesz: „Nooo… zrobisz jak zechcesz, ale ja na twoim miejscu…”

  3. Graszka 10 czerwca 2022 at 6:38 am- Odpowiedz

    Zgadzam się z tobą w 100% . Jestem w średnim wieku,przeszłam sporo, ale rad nie lubię dawać i nie lubię przyjmować,bo to co mam zrobić w moim życiu ja muszę zadecydować. Nie dajmy się tym „dobrym” ludziom manipulować. Pozdrawiam was serdecznie,głaski dla futrzaków!

    • ik 10 czerwca 2022 at 7:48 am- Odpowiedz

      Napisałaś coś bardzo ważnego, że i tak na końcu to my musimy zdecydować i to my ponosimy konsekwencje tej decyzji, te dobre i te złe.
      A próby manipulowania kimś to dla mnie coś, czego bardzo nie lubię i zazwyczaj tracę do takich manipulujących osób zaufanie.

  4. Kola 10 czerwca 2022 at 12:46 pm- Odpowiedz

    Jakoś nigdy nie miałam sytuacji, w której czyjaś „dobra rada” by mnie sprowadziła do poziomu wygrzebywania poczucia własnej wartości spod ziemi łopatką – może dlatego, że na innych rzeczach staram się to poczucie budować, nie wiem…
    Co do nieproszonych rad, to zależy ;) Sytuacja świeżutka – jestem w tkmaxx i na dziale obuwniczym męskim zdejmuję z półki białe trampki. Nagle stojący obok pan z słusznym PESELem uznaje za niezbędne poinformowanie mnie tonem dobitnym, że „proszę pani, to jest dział MĘSKI!!!!”. Odpowiedziałam grzecznie, że „tak, wiem”, i poszłam usiąść i mierzyć te trampki. Pan poszedł za mną, i jeszcze bardziej dosadnym tonem oznajmia „proszę pani, te buty są MĘSKIE!!!”. Jako że właśnie uznałam, że buty są dobre, podniosłam się z siedziska z trampkami w ręce, spojrzałam się panu w oczy, i glosno z uśmiechem odpowiedziałam „to dobrze się składa, bo widzi pan, ja w głębi duszy czuję się mężczyzną…” Pana zatkało, obcy chłopak będący przypadkowym świadkiem tej sytuacji parsknął śmiechem, a ja pomaszerowałam do kasy zapłacić za moje piękne nowe męskie trampki:D I wcale nie poczułam się mniej kobieco, ani ogólnie „gorszo”;))))
    Co do uwag dotyczących szeroko pojętego prowadzenia firmy – od 10 lat (tylko albo aż, zależy jak spojrzeć) żyję z różnych rodzajów własnej działaności, i mogę chyba powiedzieć, że jak na swój wiek z niejednego pieca chleb jadłam;) I doświadczenie mnie nauczyło, że czasem uwagi/dobre rady wygłaszane przez kogoś z boku, nawet jeśli początkowo wywołują w mojej duszy prychnięcie, czasem po przemyśleniu mają mniejszy albo większy sens, i bywało, że nawet po czasie przyznawałam rację i wyciągałam wnioski… Więc w tym aspekcie mam w sobie dużo pokory i otwartości, bo nawet moja Mama (całe życie na etacie w jednej firmie, obecnie już na emeryturze) kiedyś podzieliła się swoim spostrzeżeniem, i ono naprawdę nie było „z dupy” – a my z byłym mężem sami wcześniej w ten sposób na to nie patrzyliśmy… Więc tu naprawdę bazując na własnych doświadczeniach mam bardzo otwarty umysł na takie czyjeś (nawet laickie) spojrzenie „z zewnątrz”. Nie ma ludzi nieomylnych i wszechwiedzacych, ja siedząc w danym temacie też mogę coś przeoczyć, na coś nie wpaść itd. Oczywiście, jeśli to czyjeś gadanie jest kompletnie bez sensu, to jednym uchem wpuszczam a drugim wypuszczam, ale nigdy nie skreślam z automatu;)
    A trolle internetowe olewam, czasem tylko się chwilę zadumanym nad małością człowieka…

    • ik 10 czerwca 2022 at 2:02 pm- Odpowiedz

      Widać, że pan się poczuł, jakbyś co najmniej próbowała wejść do męskiej toalety, może przymierzanie obuwia traktuje jakoś intymnie i kobieta go jednak krępowała. Odpowiedź mistrzowska :))))
      Kwestia pokory i słuchania opinii czy rad osób, które nie muszą Ci ich udzielać, ale chcą, robią to z życzliwości i w takiej formie, że nie czujesz się, jak to tu bardzo trafnie określono, od razu zapędzona do rogu i poddana ocenie, czy jesteś nieudacznikiem czy nie, może przynieść coś dobrego, bo masz to spojrzenie z zewnątrz. Ale jeśli ktoś to robi, tylko po to, żeby Ci udowodnić, że się nie nadajesz, że robisz coś źle, że w zasadzie to bierz firmę i gnaj nad przepaść skakać sama, bo Twoje podejście to i tak droga do upadłości, tu już zalet nie znajduję. Bo jeśli coś jest życzliwe lub maksymalnie merytoryczne, to ok, ale jeśli to jest emocjonalne dokopywanie komuś, to nie, dziękuję, od takich ludzi z daleka (fosa, krokodyle), a ja o takim podejściu pisałam, gdzie mamy albo mądralińskich albo frustratów.

      • Kola 10 czerwca 2022 at 5:28 pm- Odpowiedz

        W takim przypadku (ten kozi róg, i nic tylko skakać w przepaść), to ja sobie to różnicuję – bo jeśli ze strony danej osoby to jest jeden „wyskok” z czymś takim, to biorę poprawkę na być może zły dzień, zle ubranie w słowa etc etc. Bo niech pierwszy rzuci kamieniem, komu się nigdy nie zdarzyło źle/za ostro/pod wpływem emocji różnych życiowych czegoś ubrać w słowa. Wtedy staram się to wyjaśnić, i zapominam. Ale jeśli to jest typ, który po prostu tak ma, że dowala regularnie, dla własnej satysfakcji i poczucia lepszosci, to wtedy tez fosa i krokodyle… Mam taką jednostkę w rodzinie – typ nawet nie mając prawa jazdy potrafi w ciągu 10 min w samochodzie jako pasażer 3 razy pouczyć kierowcę aktywnie od wielu lat jeżdżącego – itp w każdej dziedzinie. I tu ograniczenie kontaktu do niezbędnego minimum, a jak już nie ma wyjścia, to po prostu olewam jego gadanie i spływa ono po mnie jak woda po kaczce. Wspieram się logiką – skoro od nastu lat jeżdżę i wypadków nie miewam i mandatów nie łapię, to nie mogę być tak beznadziejnym kierowcą, że nawet zaparkować bez światłej rady nie umiem;)))

        • ik 10 czerwca 2022 at 6:16 pm- Odpowiedz

          Na takich doradzających kierowcy Andrzej ma dobre powiedzenie, że jak nie przestanie to wyląduje, jadąc na dachu i trzymając się relingów, a potem dodaje złośliwe, że problem będzie miał, bo nasze obecne auto relingów nie posiada :))))))))))

          • Kola 10 czerwca 2022 at 6:40 pm- Odpowiedz

            Ja mam dosadniejsze: kibic z dala się nie wp…. ;) A delikwenta kiedyś chciałam wysadzić na przystanku autobusowym, mówiąc, że autobusem tez może jechać i tam kierowcy doradzać… To mnie reszta rodziny zaczęła uspokajać, że mam nie przesadzac… Na grzecznie wyrażoną opinię, że zawsze mogą wszyscy jechać autobusem, zapadła w końcu cisza… A jak po 2 min wujek dobra rada znowu gębę otworzył, to reszta go zaczęła gwałtownie uciszać;))))

  5. Baśka 10 czerwca 2022 at 8:20 pm- Odpowiedz

    Ja tylko napiszę: pięknie komponuje się to zdjęcie cytryn z tłem strony, uczta dla oczu :)

    • ik 11 czerwca 2022 at 4:54 am- Odpowiedz

      A dziękuję, to, jak strona wygląda jest dla mnie źródłem nieustającej radości.

  6. Hanna 14 czerwca 2022 at 3:56 pm- Odpowiedz

    Przeczytałam i mogę podpisać się wszystkimi kończynami pod tym co napisała Agnieszka i pozostałe dziewczyny . Do niedawna niestety nie byłam bardzo odporna na wszelkie rady i opowieści typu: „ja w twojej sytuacji ….”. Pomogła mi młoda, fantastyczna pani psycholog . Wzięłam we własne łapy swoje życie (że tak powiem górnolotnie) i od pół roku mogę powiedzieć że staję się odporna na wszelkie nieproszone rady. Nie było to łatwe, bo w domu mnie nauczono że starszym należy się szacunek. No….. wg mnie nie wszystkim starszym. Chociaż mam też „kółko” zaufanych, od których zawsze wysłucham co maja do powiedzenia. Chociaż i tak zrobię po swojemu. „Mam tę moc”:)))))))

    • ik 14 czerwca 2022 at 5:18 pm- Odpowiedz

      Jak cudownie zabrzmiało to ostatnie zdanie! Miej tę moc! Niech nie znika, nawet niech nie maleje! Niech rośnie!
      Pewne pokolenia chyba po prostu uczono, że starszym wiekiem, stanowiskiem itp. należy się szacunek „z urzędu”. I ja się zgadzam, ale tylko w pewnych sferach – dzień dobry mówi pierwszy młodszy, w drzwiach przepuści itp. Ale taki Szacunek przez duże SZ, to na niego już trzeba sobie zasłużyć i to niezależnie od wieku. Co najciekawsze ja mam wrażenie, że ci starsi, którzy sami mają szacunek wobec innych, również młodszych, wobec ludzi po prostu, sami są bardzo szanowani! Bo co się daje, to się dostaje.
      Brawa dla pani psycholog i jeszcze większe dla Ciebie za to, że pozwoliłaś sobie pomóc!

  7. Hanna 15 czerwca 2022 at 10:41 am- Odpowiedz

    Dzięki Agnieszko. To, że mi się udało, to również Twoja zasługa . To co pisałaś na starym i nowym blogu bardzo mi pomogło. Po pierwsze stwierdziłam, że osób z podobnymi problemami jest więcej, że nie jestem sama, że nie jestem dziwolągiem, że o tym należy rozmawiać z odpowiednimi osobami. Udało się, mimo załamek od czasu do czasu, ale teraz wiem, że one miną. Jeszcze raz, dzięki Aga.
    A tak z innej beczki i już się zamykam. Teoretycznie ortografię znam, piszę w języku polskim od zawsze, a kiedy przychodzi do pisania czegoś na forum, to zaczynam się zastanawiać czy aby na pewno „góra” pisze się przez o z kreską i czy może to na pewno może a może jednak morze???:)))) Czy Wy też tak macie?
    Pozdrawiam i życzę wspaniałych wakacji
    Hanka

    • ik 15 czerwca 2022 at 11:23 am- Odpowiedz

      O mamo, to miłe, ale prawda jest taka, że ta zasługa to jest Twoja, ja mogłam tylko zachęcić, ale odwaga, cała ta praca jest Twoja.
      I nie, nie jesteś dziwolągiem. Nikt nie jest. Można być osobą szczególną, unikatową, dziwakiem nawet, ale kto nam zabroni. Poza tym niedawno usłyszałam, że to właśnie dziwacy zmieniają świat najbardziej, więc może to nawet dobrze, kiedy się człowiek nie mieści „w foremkach”, bo ma szanse na zapoczątkowanie jakiejś małej rewolucji :)))
      Ortografia „na ekranie” mnie czasami też wpędza w stan przedzawałowy, bo nagle głupieję, ale na szczęście słownik przynajmniej część sprawdzi automatycznie. I nie martw się, pisz, ja i tak czytam każde Wasze słowo i jak gdzieś coś wyłapię, to mam możliwość edycji i obiecuję, że poprawię, jak na dobrego redaktora-korektora przystało.

Zostaw komentarz