Zacznę od tego, że od lat za mentorkę moich wewnętrznych zmian (jedną z kilku osób) uważam Sarah Ban Breathnach, autorkę „Ścieżki prostej obfitości”, czyli takiej kobiecej biblii na 365 dni, która pozwala sobie wiele rzeczy przemyśleć, przetrawić, poukładać, nadać priorytety i uporządkować, z opcją bezlitosnego wywalania z życia i przestrzeni tego, co zbędne i uwierające.

Sarah o tym nie wie, ale jej książka stała się jednym z narzędzi, które ułatwiły mi poradzenie sobie z depresją i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Wtedy żyłam z jej książką przez dwa lata, dzień w dzień. W Sylwestra przeczytałam ostatnie zdania, a pierwszego stycznia zaczęłam od nowa, drugi raz, znowu sprzątając, dosłownie i w przenośni i widząc zmiany w stosunku do poprzedniego roku i doceniając to, że te zmiany są. Później zrobiłam sobie przerwę i w tym roku, nie w styczniu, bo styczeń był miesiącem czerni i żałoby, ale w maju wyciągnęłam taki wielki, obszerny zeszyt ćwiczeń, który jest dodatkiem do „Ścieżki”, tym razem nie z wpisami na każdy dzień, a na każdy miesiąc i zaczęłam w tym maju od książkowego stycznia.

Dlaczego to piszę? Nie dlatego, że chcę Was do książek Sarah zachęcić, bo akurat z tego typu literaturą jest jak z wyborem trenera personalnego – musi nam w niej wszystko pasować – i podejście, i słownictwo, i ton, i ilość pokrzykiwania lub głaskania po głowie. Napisałam to, żebyście wiedzieli, skąd mi się wziął następny napad wnętrzarskiej gorączki.

Otóż gdzieś między zdaniami tekstów z poprzedniego miesiąca przemknęła taka opinia, że w każdym miejscu domu powinien być taki kąt, w którym chce się na chwilę usiąść, odetchnąć, pomyśleć, po prostu poczuć się dobrze. I ja generalnie tak mam na dole naszego mieszkania. Mam sypialnię, którą uwielbiam i co wieczór doceniam to, jak tam przytulnie i spokojnie. Mam pracownię, która wymaga jeszcze dopieszczenia, ale jest najbardziej moim kawałkiem przestrzeni. Salon i kuchnię, gdzie mam swoje ulubione miejsca i ukochane drobiazgi. Ale na górze, na antresoli jest w zasadzie mężowskie królestwo i niby mam tam całą bibliotekę, ale nie spędzam zbyt wiele czasu. A w sumie, to przydałby się taki kąt, gdzie bym mogła się dosłownie zaszyć, poukładać na miękkich powierzchniach i… przytulić do kaloryfera. Czytać, pisać, może w końcu zrealizować szalony pomysł nauczenia się kolejnego języka.

A z tym kaloryferem to jest osobna historia. W poprzednim mieszkaniu w biblioteko-pracowni pod gigantycznym biurkiem był kaloryfer i jak mi było zimą źle, albo potrzebowałam chwili, żeby poczuć, że zostawiam wszystko za drzwiami i jestem w najbezpieczniejszym miejscu świata, to sobie siadałam na podłodze przy tym ciepłym kaloryferze i natychmiast wszystko było lepsze. W domowym slangu powstało nawet powiedzenie, że to taki moment, że potrzebne jest przytulanie do kaloryfera. W nowy mieszkaniu kaloryferów mnóstwo, ale jakoś żaden nie nadawał się na miejsce terapeutyczne. I straciłam swój kaloryfer…

A ten kąt na antresoli kaloryfer ma i da się go tak zaaranżować, żeby wylądowała na podłodze pod nim wielgachna poducha i zimą będę mogła się przytulić do swojego ciepełka, z kakałkiem, książką i na bank kotami obok. I od słowa do słowa stwierdziłam, że czas na wnętrzarskie zmiany – światło, kocyki, pojemniki obszyte materiałami, łapacze snów do ozdoby, nowe uchwyty do biurkowych szuflad (bo mam tam wielkie biurko), a nawet drewnianą skrzynkę na przybory do pisania… Andrzejowi nie trzeba dwa razy powtarzać, więc się zaangażował w to, w czym może pomóc. A ja zaczęłam od najbardziej potrzebnych elementów wystroju (proszę wyczuć sarkazm :)))), czyli od produkcji łapaczy. Ale na resztę mam pomysły i pewnie przez najbliższych kilka tygodni będę je realizować, bo nie chcę, żeby zrobił się z tego projekt na jeden wykańczający weekend a nawet tydzień. Wolę powoli, celebrując kolejne kawałki tej designerskiej układanki, dodając i kombinując, co jeszcze. Na przykład dzisiaj wymyśliłam, że do zdobień drewnianych elementów mam ochotę wypróbować taśmy washi. I pewnie takich dzikich pomysłów będę miała jeszcze kilka, więc daję sobie czas, niech się wszystkie wyklują.

2 komentarze

  1. Kola 6 sierpnia 2022 at 9:42 am- Odpowiedz

    Już ten kącik zobaczyłam, a raczej poczułam jego klimat… Czy kaloryfer też będzie jakoś zdobniczo uhonorowany, jako Ten Od Ciepełka? Jakąś ozdóbką „od uroków”, albo w jakiś inny kreatywny sposób?
    A ja sama nie wiem, czy lepsze jest urządzanie takiego kącika, czy potem siedzenie w nim… Stawiam chyba na proces, a nie na efekt;) Dla mnie takim „najmojszym” miejscem do zaszycia i dumania jest tzw „szklarnia”, czyli przeszklona wnęka w salonie, wypełniona dżunglą roślin, stolikiem handmade, dwoma fotelami, i… nieczynnym kaloryferem, który przykryty kocami i poduszkami stał się najwygodniejszym podnóżkiem świata:) I tak sobie właśnie uświadomiłam, że ten kąt urządzam od ponad 3 lat, i nadal jest to proces niedokonany… I będzie trwał, bo poza podstawowymi elementami (stolik, fotele, oświetlenie, dywanik) co chwilę coś się zmienia – aranżacja roślinna, nowe doniczki, nowe sentymentalne duperelki przywiezione z kolejnych podróży, nawet kaktusy rosną w kubkach, które mają duszę – np kubeczek-beczułka na grzane wino, kupiony jeszcze w czasach licealnych w Czechach, potem na studiach piłam z niego kawę ucząc się do egzaminów… Obecnie obtłuczony i wyszczerbiony robi za doniczkę, i co na niego spojrzę to się uśmiecham:) I w ten sposób cały czas tam coś dokładam, przestawiam i zmieniam, i każdy najdrobniejszy kawałek daje niesamowitą radochę:)

    • ik 6 sierpnia 2022 at 9:58 am- Odpowiedz

      U mnie chyba będzie podobnie, że się proces „gnieżdżenia” zacznie i będzie sobie trwał. Kaloryfer na razie na pewno zostanie podstawą do całej kolekcji łapaczy snów o różnych średnicach. Jeszcze nie zdecydowałam, czy z nim coś zrobię, ale cokolwiek wymyślę, to zawsze będę musiała pamiętać o tych dwóch kudłatych, więc żadne wisiorki, koraliki i inne takie. A malować go nie chcę, więc na razie skłaniam się do zostawienia go w standardowej formie, co najwyżej przykrywania i zmiękczania tkanym pledem rzucanym na wierzch.
      I tak po cichu liczę, że powstanie drugie takie najmojsze miejsce w domu, po pracowni, ale tam się nie da ukokosić na podłodze, przytulić do niczego, bo wszystko musi być w miarę łatwe do sprzątania, więc jestem ograniczona :))))

Zostaw komentarz