Zacznijmy od tego, że ja zawsze byłam dzieckiem, które lekcje wychowania fizycznego odbierało jako karę za grzechy przeszłe, obecne i chyba nawet przyszłe. Ale trudno się dziwić, bo zawsze byłam dziecięciem ponadnormatywnie wysokim, z nadmiarem kilogramów, a szybko i dość dużym biustem. Docinki… W sumie to napiszmy prawdę, bo docinki to to nie były – upokarzanie przez rówieśników i równie „oświeconych” nauczycieli też nie pomagało. Dlatego ruch kojarzył mi się z psychiczną traumą i niczym więcej. Do tego byłam pewna, że ja się do niczego sportowego nie nadaję, no może do sumo, ale wtedy nie był to sport zbyt popularny.

Radość z ruchu odkryłam dopiero jako osoba dorosła i okazało się, że mogę sporo, radochę sprawiają mi czasami zaskakujące formy ruchu, a do tego moje kilogramy, których bywa raz więcej, a raz mniej wcale nie są wyznacznikiem tego, jak mi jest ze sobą w wersji aktywniejszej.

Kiedy dzisiaj o szóstej z minutami rozkładałam matę do jogi, bo ma być tak upalnie, że moje ulubione popołudniowe sesje gibania się na macie raczej nie wchodzą w grę chyba, że mam ochotę na alternatywną wersję jogi w domowej saunie, to rozkładając tę matę, pomyślałam sobie, że chyba pierwszy raz w życiu w wieku czterdziestu sześciu lat mogę powiedzieć, że mam poukładane w głowie moje relacje z wysiłkiem fizycznym, ruszaniem się i dbaniem o to, żeby świadomie nie zrobić z siebie inwalidy w wieku lat pięćdziesięciu sześciu. Co się zmieniło? Podejście się zmieniło, tylko i aż.

Kiedyś zawsze było to „bo powinnam”, bo mam powypadkowe kolana i nie mogę pozwolić na to, żebym ważyła za dużo i nie dbała o ich sprawność, bo jestem gruba i jak będę się ruszać, to może… bardzo może schudnę i będę wyglądała tak, że zyskam akceptację w oczach innych, często obcych. Bo ruszać się trzeba! Czym się to kończyło? Zrywami, czasem dłuższymi, czasem krótszymi, sukcesami lub poczuciem, że próbuję robić coś wbrew sobie, a potem i tak działo się coś, co stanowiło doskonałą wymówkę, żeby zrobić sobie przerwę.

Potem były lata depresyjnej „czarnej dziury” i ruch istniał, ale ograniczał się do długich spacerów, w czasie których dokonywałam wewnętrznej psychoanalizy i rozkminiałam, co mi się w środku kotłuje i często marszowym krokiem próbowałam „wychodzić z siebie” emocje. Pomagało, wtedy pomagało bardzo, ale dzisiaj efekt jest taki, że nie przepadam za spacerami, bo od razu zaczynam nad czymś rozmyślać, a jak próbuję usilnie nie myśleć, to się męczę tym próbowaniem.

W ramach układania sobie życia „po depresji” wiedziałam, że z ruchem też się jakoś powinnam dogadać, ale tak, żeby to był związek na dłużej, bez zmuszania się i bez poczucia, że to jest tylko i wyłącznie zdroworozsądkowe. Pierwsze, do czego dałam sobie prawo, to było poszukanie, co mi sprawia przyjemność – teraz, dzisiaj – i powiedzenie sobie głośno, że jutro to może być zupełnie coś innego. Przykład? Wcześniej, przed depresją, lubiłam ćwiczenia aktywno-kopiąco-boksujące. I dzisiaj mnie to nawet nie dziwi, bo ja sobie tego nie uświadamiałam, ale szukałam wtedy sposobu na wywalanie z siebie nadmiaru emocji, o których rozmawiać nie chciałam, ba, nawet przyznać się do nich nie chciałam. Kiedy teraz wracałam do aktywności, to zaczęłam od sprawdzenia, jak mi jest z tymi „starymi”, znanymi programami ćwiczeń i co się okazało? Nie mogę ich znieść! Wywołują we mnie agresję, są za krzykliwe, za szybkie. I to jest ok. Może za kilka lat okaże się, że znowu kocham rytmiczne machanie pięściami i wykopy odnóżami, ale teraz nie.

Skąd się wzięła joga? Ona zawsze była, w większym lub mniejszym stopniu, ale teraz wydawała się naturalna. Po pierwsze moje czarne i nadmierne emocje wywoływały we mnie problemy z oddychaniem, a nic tak nie pilnuje oddechu, nie skupia się na nim tak bardzo jak joga. Poza tym joga pozwalała mi dostosować ćwiczenia do codziennych możliwości i potrzeb, bo joga ma tak wiele odmian i intensywności, że każdy znajdzie coś dla siebie, od bardzo aktywnego ruchu na macie, przez średnią ruchliwość, do takich sesji jogi, które polegają na tym słynnym zastyganiu na długie minuty w określonych pozycjach i oddychaniu (coś, czego Andrzej po prostu nie znosi, a co ja lubię, ale muszę mieć „ten dzień”, kiedy właśnie to mi potrzebne). Przy jodze okazało się, że ważne było też znalezienie takiego portalu internetowego, który ma nauczycieli, którzy mają szacunek do tego, że ćwiczą z nimi różne osoby i jest to praktyka dla każdego, niezależnie od wieku, wagi, rozciągnięcia, motywacji i zasobów finansowych. Którzy nie traktują jogi jako sposobu na schudnięcie (ciała i portfela), ale jako sposób na spotkanie ze sobą w bezpiecznej przestrzeni maty, gdzie jestem ja, oddech, moje ciało i moja głowa. Którzy mówią otwarcie, że jak zaczynali, to byli zafiksowani na tym, żeby dotknąć głową kolan, ale dotarło do nich, że nikogo, oprócz nich, to nie obchodzi, tylko oni o tym myślą, a dla reszty to nie ma najmniejszego znaczenia i odpuszczali. I zamiast pokrzykiwać: „mocniej!, spróbuj bardziej!, daj z siebie wszystko!”, mówią: „oddychaj, słuchaj siebie, pozwól, żeby ciało samo decydowało, gdzie jest granica i ta granica może się zmieniać każdego dnia”. Którzy prowadzą sesję jogi w rozciągniętym t-shircie i to jest ok. Którzy mają obwód bioder większy od mojego albo są dużymi, postawnymi mężczyznami o czarnej skórze i to wszystko jest ok, bo joga jest dla każdego!

I tak, chodzę do tego na spacery, czasem sama (to znaczy w towarzystwie audiobooka), częściej z Andrzejem, któremu jestem za to wdzięczna, bo jeśli on rano biega swoje dziesięć kilometrów, a po południu bez szemrania idzie ze mną przejść kolejnych sześć, to ja wiem, że to jest miłość do żony.

Ale w tym roku dokonała się we mnie jeszcze jedna zmiana i to wcale nie taka nieznacząca i malutka. Joga to jest aktywność domowa i jak się zazipię i spocę, to widzę to ja, koty i mąż. Ale zawsze miałam absolutne poczucie braku komfortu, kiedy miałabym się taka pokazać na zewnątrz. Bo nie dość, że gruba, to jeszcze spocona, rozczochrana i czerwona, bo się rusza. Na dodatek niewystrojona w kolorowe ciuchy prosto od renomowanego producenta, tylko w bawełnianą koszulkę i luźne spodnie do jogi. Czyli wracają demony z dzieciństwa – ktoś mnie znowu upokorzy. Ale w tym roku dosłownie śniło mi się jeżdżenie na rowerze, nie te moje rozkminiające spacery, ale wiatr we włosach i szybsza wersja przemieszczania się. I dotarło do mnie, że skoro chcę i mam wrażenie, że to jest coś, co po prostu jest mi teraz niezbędne do szczęścia (nie do zdrowia, nie do spalania kalorii, ale do szczęścia!), to czemu mam pozwolić komukolwiek to sobie odebrać. I jest mi bosko! Mam ten wiatr we włosach. Wracam czerwona i spocona, ale mam to gdzieś! I może ktoś, kogo mijam albo on mija mnie, pomyśli, że baba z grubą dupą jeździ na rowerze, ale ile z nich zrobi to złośliwe, a ile z nich z poczuciem, że skoro ja mogę, to on też… Tego nie wiem i w sumie to mnie nie obchodzi. Ale jeśli kiedyś zobaczycie „większą kobietę” w niemarkowych ciuchach, jadącą na rowerze z maniackim uśmiechem radości na ustach, to mogę być ja. I wiecie co? Ja jeszcze bym kiedyś chciała sprawdzić, jak mi jest na rolkach i poprosiłam tylko Andrzeja o zweryfikowanie, czy są takie modele, które udźwigną moją cielesność i okazało się, że są, co mnie bardzo ucieszyło. I nawet mogę sobie zażyczyć różowe, co mnie ucieszyło nawet bardziej.

I żeby nie było – ja nie zawsze mam ochotę na wychodzenie na spacer czy na rower, na rozkładanie maty. Jak się zastanowić, to najczęściej nie mam, ale wiem, że jak już zejdę po tych naszych schodach, pójdę w pole, pojadę przed siebie, zrobię pierwszy skłon, to zacznie mi być dobrze, a jak będę wracać do domu lub zwijać matę, to ta fontanna endorfin naprawdę będzie tryskać tęczą i jednorożcami. I to sobie zawsze powtarzam, że wiem, że mi się nie chce, że łatwiej po prostu posiedzieć, ale wtedy za godzinę nie poczuję tej radochy, więc może jednak… I ruszam tyłek, zazwyczaj…

Bo co, jak mi się potwornie nie chce? To po południu idę z Teodorem na godzinną drzemkę i oznajmiam światu, że oto właśnie praktykuję jogę snu i widocznie to mi dzisiaj potrzebne. Ja wypoczęta, kot przeszczęśliwy, a świat się nie zawalił, bo plan się zmienił.

A na koniec, czy wiecie, co znaczy „namaste”, to słowo, które tak często kończy sesje jogi? Najprościej tłumacząc, to „pokłon Tobie” i nauczyciele, z którymi najczęściej ćwiczę rozwijają to jako wyrażenie szacunku, podziękowania dla siebie samego (!!!), że się wlazło na matę, pokonało naturalne lenistwo i poświęciło czas na to, żeby zrobić coś dla siebie i tylko dla siebie. A ja jeszcze zawsze dodaję, że kłaniam się sobie za to, że zrobiłam coś dla swojego poczucia szczęśliwości.

Namaste!

26 komentarzy

  1. anonimowa72 18 czerwca 2022 at 10:53 am- Odpowiedz

    Agnieszka, jak Ty zawsze trafiasz i piszesz o tym , czego aktualnie potrzebuję♥. Z jogą jestem za pan brat od kilku lat, dokonale czyści mi głowę.
    aśka czyli anonimowa71

    • ik 18 czerwca 2022 at 2:01 pm- Odpowiedz

      Jak widać, czasami trafiam w temat, ale to głownie dlatego, że mnie po głowie chodzi.
      A joga dobrze robi całościowo, ale ja bardzo cenię to, że na głowę też.

      • anonimowa72 19 czerwca 2022 at 4:33 pm- Odpowiedz

        Dziękuję za polecenie strony na yt ( czy jak to się fachowo nazywa ). Zajrzałam choć ja po angielsku ni …. Oczywiście jestem anonimowa72 (tak się postarzyć :)).

        • ik 19 czerwca 2022 at 5:30 pm- Odpowiedz

          Proszę bardzo!

  2. Olga 18 czerwca 2022 at 12:55 pm- Odpowiedz

    Dziękuję za ten wpis, dodajesz mi otuchy. Ja też się wstydzę uprawiać sport w miejscach publicznych. Uwielbiam pływać, ale odkąd przytyłam, wstydzę się pokazać w kostiumue. Chciałabym ćwiczyć jogę, ale nie zrobię szpagatu czy lotosu tak jak inni uczestnicy. Chciałbym biegać, ale kondycja zerowa, itd. Czy mogłabyś podpowiedzieć, jaki to portal, gdzie można ćwiczyć jogę w domu i bez stresu? Będę bardzo wdzięczna, może jak zacznę, to jakoś pójdzie

    • ik 18 czerwca 2022 at 2:21 pm- Odpowiedz

      To ja zacznę od tego, że też nie zrobię szpagatu, w lotosie usiądę, ale nie przepadam za tym, więc siadam w pół-lotosie i wcale się nie zmuszam. Mało tego zrobienie szpagatu wcale nie jest moim życiowym celem. Na głowie też nie stanę, bo nie o to w jodze chodzi, żeby sobie robić krzywdę w imię jakiegoś przekraczania granic. Poza tym ja przez dobre kilka lat nawet te asany, które były w mocnym oparciu o kolana nie byłam w stanie zrobić, bo moje powypadkowe kolana protestowały bólem. Robiłam, ile mogłam, a z czasem okazywało się, że mogę coraz więcej i kolana też się magicznie wzmocniły. Nadal nie zrobię wszystkiego, ale też się uśmiecham, kiedy sobie uświadamiam, co już mogę, a czego nie dawałam rady.
      I napisałaś coś ważnego, że uwielbiasz pływać i chciałabyś biegać, więc… może jednak, bo skoro coś uwielbiasz. A jeśli ktoś pomyśli, że oto przyszła „niestandardowo szczupła”, czyli pisząc bez ogródek grubsza osoba na basen czy nad wodę. Albo ktoś Cię zobaczy truchtającą w tempie radosnej staruszki. Ja sobie patrzę na to, kto obok mnie chodzi lub jeździ po naszych lokalnych ścieżkach i nie, nie jestem najgrubsza, nie jestem najstarsza, widzę osoby, które truchtają powolutku i bardzo spokojnie, a jak ich mijam, to się do siebie uśmiechamy, takie „tajne stowarzyszenie” tych, co nie są jak z magazynu o ćwiczeniach sportowych :))) Pewnie na basenie też by się okazało, że znajdzie się ktoś, kto ma większy obwód bioder. I nie wiem czemu, ale mogę się założyć, że będzie co najmniej kilku panów, którzy będą znacznie „obfitsi” w obwodach :))))) Sprawdź sama. Nie odbieraj sobie radości z czegoś, co uwielbiasz. Szkoda życia na myślenie, co ludzie pomyślą.
      A co do jogi, to to jest portal Yogi Approved i mają swój kanał na YT, nie trzeba kupować abonamentu. Na tym kanale jest coś takiego jak Past Live Classes, czyli lekcje prowadzone na żywo i zapisane, po angielsku. Uwielbiam je za naturalność. Jeśli chcesz kogoś, kto zapewne dobrze się sprawdzi jako nauczycielka na dzień dobry, to Alba Avella nie powinna Cię przestraszyć intensywnością ani tempem. A jeśli chcesz coś po polsku, to też coś się znajdzie na YT, po prostu to zawsze szukanie kogoś, kto prowadzi praktykę tak, jak to Tobie odpowiada i nawet ton głosu się liczy, bo nie powinien Cię wybijać z rytmu i powodować, że podskakujesz.

  3. Urszula 18 czerwca 2022 at 1:51 pm- Odpowiedz

    Pięknie opisałaś ,jazda na rowerze dla mnie to wolność,wiatr we włosach i zapach a właściwie to jego ogrom zapachów bo wszystko pachnie a szczególnie ta pora roku.Biedni ci którzy nie mogą tego doświadczyć tak uważam i dlatego kocham rower i nie myślę co inni sądzą ,wsiadam sama lub ze swoją połóweczką i śmigamy przed siebie w pola,leśne dróżki korzystając z pogody i dobrego dnia.Bo w naszym wieku 60 plus i 70 to trzeba łapać te chwile.Też tak mam i miałam że rozbijam na atomu swoje myśli, odczucia.Dla mnie nie zrozumiałe jest jak można oceniać po wyglądzie .Agnieszko jeśli tak mogę się zwrócić , lubię do Was zaglądać ,czytać ,uczyć się od Ciebie, masz tyle talentów ,tyle pięknych rzeczy tworzysz ,pięknie piszesz , wszystko inne nie powinno się liczyć.Kiedyś słyszałam wypowiedż pewnego sportowca ;cyt. wszyscy mi mówią żebym schudł to wtedy lepiej będę skakał poprawię wynik,to mu mówię to chyba sobie coś odetnę nogę,rękę.Nie jesteśmy klonami każdy jest inny i to jest piękne ,kiedyś byłam szczupła a teraz jestem jaka jestem owszem staram się ale bez przesady .Pozdrawiam i może spotkamy się na tych rowerach ,spocone ale szczęśliwe i niech nam zazdroszczą .

    • ik 18 czerwca 2022 at 2:31 pm- Odpowiedz

      Oj, tak jeszcze te zapachy i niespodziewane widoki, kiedy nagle całą łąka w ciągu poranka zakwitła na niebiesko i człowiek staje, zagapia się i zachwyca.
      Ocenianie po wyglądzie to nam pokolenie po pokoleniu wdrukowują w głowę, kiedyś tylko otoczenie, potem telewizja, teraz jeszcze internet. I nawet, jeśli ktoś sobie sam tłumaczy, że wygląd to nie wszystko, że ma tysiąc innych zalet, umiejętności, kompetencji, to i tak presja otoczenia i mediów działa. Nie dalej jak wczoraj dyskutowałam z własnym mężem, że to od jakiegoś czasu nie dotyczy tylko kobiet, on jako facet też czuje, że ocenia się go po tym, jak wygląda i wkłada więcej wysiłku w to, żeby się ogolić dokładniej, jakiś krem wmasować w zmarszczki i tak dalej. Może jak zaczniemy głośno mówić, że książkę nie po okładce, a człowieka nie po wyglądzie oceniać należy, to będzie lepiej, a zanim kogoś ocenimy, to spróbujemy go poznać.

  4. Basia 18 czerwca 2022 at 9:29 pm- Odpowiedz

    Pani Agnieszko, dziękuję za te słowa. Też jestem „plus size”, albo i nawet dwa, czy trzy plusy. Prawda, prasa, telewizja, internet, aktorzy itd. stworzyły „kanon” wyglądu. I ta słynna „moda na brzydotę”… Najgorsze jest to, że dotyka nie tylko nas, dorosłych, ale i nastolatki, które zaczynają się odchudzać, bo takie wzorce oglądają w różnego rodzaju mediach. Nie mam problemu, żeby wyjść na plażę, czy basen w dwuczęściowym kostiumie. Co z tego, że mam więcej kilogramów? Czy przez to mam nosić worek jutowy? Niech się wstydzi ten, kto widzi :)

    • ik 19 czerwca 2022 at 5:38 am- Odpowiedz

      To dotyka każdego, tylko dorosły łatwiej sobie zracjonalizuje i poukłada w głowie, chociaż to też zależy od sytuacji i człowieka, więc może nie powinnam generalizować, ale mam wrażenie, że dzieciaki są tu znacznie bardziej bezbronne.
      „Moda na brzydotę” to był temat, który i mnie ruszył do samych fundamentów i sprowokował do dość poważnego zastanowienia się, jak bardzo takie stwierdzenia mogą zaszkodzić. I że żadne skrajności nie są dobre, ani namawianie do stawiania na „estetykę wyglądu i ubioru” w wersji ekstremalnej ani twierdzenie, że niech się wszyscy odwalą, będę próbował/próbowała zaniedbać się w wersji „hard”. Gdybym miała to jakoś sobie poukładać w głowie, to zawsze mam wrażenie, że to jest kwestia mojego komfortu i mojego zdrowia, podkreślam „mojego”, takiego ze środka, kiedy spróbujemy odkleić wszystkie zewnętrzne kanony, „muszeństwa” i marketing, który wmawia nam, że bez kremu na zmarszczki będziemy nie tylko nieszczęśliwe, ale i kompetencje zawodowe nam spadną na łeb na szyję. Ale w ramach tego zapewniania sobie komfortu to ja nie rzucam kamieniami, bo każdy potrzebuje czegoś innego. I tu historia przeczytana, ale zmuszająca do myślenia, że nie zawsze osoby, które „inwestują” w swój wygląd, to ktoś, kogo potępiamy, bo są puste i „mają głowy zryte reklamami”. Pewna pani regularnie chodziła do kosmetyczki i dbała o brwi i rzęsy, miała je nawilżane, doklejane, zagęszczane i wydawało się, że ma lekką obsesję. Pusta lala? Nie, ktoś po przejściu nowotworu, straciła brwi i rzęsy w trakcie terapii i to było dla niej gorsze niż utrata włosów, dosłownie trauma i strach, że nie odrosną. Obiecała sobie, że jeśli przeżyje, to zawsze będzie je miała perfekcyjne. Przeżyła i spełnia daną sobie obietnicę.

  5. Kola 19 czerwca 2022 at 7:26 am- Odpowiedz

    Och, i znowu tak pięknie te emocje opisałaś… Dołączam do szkolnego klubu za wysokich, trochę za ciężkich (jako nastolatka miałam nadwagę, nie drastyczną, ale na tyle, że na tle „trzcinek” się wyróżniałam) i mocno biuściastych ;) oraz fizycznie sprawnych inaczej, więc moje emocje związane z wf opisałaś w punkt! Ja do tego mam – i już jako nastolatka miałam – dużą krótkowzroczność i astygmatyzm, oraz oczy nielubiące soczewek. I trafiali się rozsądni wuefiści wychodzący z założenia, że skoro dziecko żyje z tymi okularami od lat, to samo wie, które ćwiczenia lepiej mu będzie robić w okularach (np siatkówka, bo bez okularów piłkę zauważę, jak dostanę nią w łeb), a co bez (fikołki, bo nie muszę widzieć co robię, za to okulary bym mogła połamać). I trafiła się niestety baba w liceum, która betonowo uznawała, że okulary na wf zostają w szatni. Jak usłyszałam, że mam z moim -6 dioptrii i sporym astygmatyzmem biegać po parku pełnym schodków i krawężników i nieutwardzonych nawierzchni z kamieniami i korzeniami wystającymi…. bez okularów… to nie chcesz wiedzieć, co się działo. Skończyło się na tym, że całe liceum przejechałam na całkowitym zwolnieniu od okulistki z wf, bo inaczej się nie dało, nawet rozmowy ojca z tą babą i dyrekcją i pisemne oświadczenie rodziców, że na ich odpowiedzialność mam ćwiczyć w okularach nie wystarczyły.

    No i taki uraz mi został, że nadal nie znalazłam frajdy w uprawianiu sportu dla samego sportu. Owszem, lubię pływać, i mogę nagle przepłynąć jezioro na drugi brzeg rekreacyjną żabką (jak mnie raz doprowadził do szału dziki wrzeszczący grający głośniczkami tłum na oficjalnej plaży) albo na wakacjach zrobić sobie z kumplem godzinną wycieczkę wpław „do tej skałki bo ciekawe jak wygląda z bliska”, ale jakbym miała pływać na basenie wte i nazad jak chomik w kołowrotku, to dziękuję uprzejmie.

    Podobnie z rowerem – jechać na wycieczkę dokądś, zrobić 80km na Koniec Świata (taka wiocha, polecam bardzo!) i z powrotem, jechać rowerem nad jezioro na plażę, albo spakować rower i namiot i zrobić wycieczkę np od Świnoujścia do Kołobrzegu – ależ z dziką radością!! Ale „iść pojeździć” dla samego „pojeżdżenia” no to eeee….

    Przy okazji co do wyglądu – jeśli zobaczycie, że na rowerze pociska coś, co wygląda jak jurta nomady vel kupa szmat, to będę ja:D Od lat mam kłopoty z nawracającymi stanami zapalnymi nerek, jeśli mnie tylko lekko przewieje albo przemarznę. Więc jak normalni ludzie jeżdżą w szortach i koszulkach, ale wieje chłodny wiaterek, to ja na dolnej połowie siebie potrafię mieć normalne gacie, te rowerowe getry z gąbką na tyłku, ściągające gacie te takie sięgające po żebra (nie dla figury, tylko bo grube i nieprzewiewne;)) i jeszcze jeansy. A na górze podkoszulkę bawełnianą, koszulkę rowerową, sportową kurtkę przeciwwiatrową i na to „miejską” pikowaną kamizelkę typu śpiwór do kolan;))) Wiem jak w tym wyglądam, i mi to zupełnie wisi, bo mam do wyboru albo zostać w domu i nie jechać, albo ubrać się tak, żeby potem nie chorować. Więc przepraszam, ale walić to! Przy okazji – nie przejmujcie się, co ktoś sobie o Was pomyśli;) Taka ja, powiedzmy normatywno-szczupła, kompletnie nie zwracam uwagi jaką kto ma kubaturę, czy jest spocony i jak ubrany, serio! I nie myślcie, że jesteście gorsze, bo sapiecie pod górkę, a obok jedzie na luzie z uśmiechem na ustach dwadziesciaparę na godzinę niegruba laska – bo ta laska to pewnie ja, na oszukanym rowerze, który ma ukryte guziczki mocy i można sobie pstryknąć turbodoładowanie;)) Bo najczęściej jeżdżę na czymś, co kiedyś było normalnym rowerem, a potem zostało przerobione na elektryka, i od normalnego roweru różni się tym, że tam gdzie inni mają bidon, to ja mam czarną skrzynkę mocy :)))) a na kierownicy guziczki do sterowania stopniem wspomagania ;))) i jeżeli chcę się zmachać, to mogę jechać praktycznie bez prądu i na 100km nie „zjeść” nawet kreski z baterii, a jak chcę pod ostrą górkę spuścić powietrze z jakiegoś bufona który mnie prawie przed chwilą staranował na ścieżce na swoim turbo profesjonalnym bolidzie w najnowszych ciuchach dla rowerzystów od rowerowej balenciagi, to pstrykam czwarty stopień zasilania i dmucham obok niego 25km/h gwiżdżąc donośnie polkę galopkę;))) Więc nigdy nie bierzcie do siebie i nie analizujcie i nie wpadajcie w kompleksy, że ktoś jest lepszy, bo nigdy nie znacie wszystkich faktów;)))

    Rozciągających ćwiczeń typu joga raczej nie powinnam, bo genetycznie jestem człowiek-guma: np pomimo że kompletnie tego nie ćwiczę to mogę zwinąć nogi w lotos, siedzieć tak w nieskończoność, i jeszcze zrobić skłon czółkiem do ziemi i ktoś mi może na plecach usiąść jak na pufie, i nic mi nie będzie;)) Jak kiedyś kumpel-ortopeda jak zobaczył co moje stawy potrafią, to najpierw nie mógł uwierzyć, że ja tego nie ćwiczę regularnie od wczesnego dzieciństwa, a potem mnie opieprzył, że jak będę to jeszcze specjalnie rozciągać, to na starość kości będę nosić w worku;)))

    I w sumie jedyne co robię, to chodzę. Też nieregularnie i bywają zimowe wielotygodniowe przerwy, bo wieje/leje/pizga złem albo nam się nie chce, ale jak już idziemy na spacer, to jest to ostre tempo marszowe, i trasa rzędu 7-10km.

    I przy tym wszystkim jestem bardzo wdzięczna mojemu ciału, że pomimo braku „sportu dla samego sportu” ono jakoś daje radę… Że mam metabolizm typu „rozgrzany piec hutniczy” który sprawia, że przy moim zamiłowaniu do jedzenia i nieregularnej aktywności wyglądam tak jak wyglądam. Że jak po iluś tygodniach fotelingu (taki sport, 1001 pozycji zwisania z fotela z drutami/szydełkiem/książką w ręce) strzeli mi do łba to przepłynięcie jeziora, albo 100km na rowerze, albo wycinanie i cięcie drzew piłą, siekierą i msczetą przez cały dzień na działce u przyjaciółki, albo spływ kajakowy, to moje ciało po prostu to robi, jakimś cudem znosi te moje szaleństwa, i następnego dnia wstaje z łóżka;))

    • ik 19 czerwca 2022 at 1:26 pm- Odpowiedz

      Z krótkowzrocznością witaj w klubie, w czasie szkolnym też już miałam od – 5 do potem -6 i bez okularów widziałam tyle, co kret. Ale nikomu do głowy nie przyszło, że ja się bez okularów na przykład na basenie czuję jak na poligonie, bo nie umiem ocenić odległości. Trochę się to poprawiło, kiedy pod koniec liceum zaczęłam nosić szkła kontaktowe, ale tak, nikt nie zapytał, ile ja widzę, kiedy nic nie widzę.
      O osobach z takimi cudownymi stawami słyszałam, ale myślałam, że to „urban legend”, więc dzięki za potwierdzenie, że istnieją. Ja podobno jestem ponadnormatywnie elastyczna jak na swój wiek i porównanie do średniego poziomu, ale to zasługa jogi i też bardzo daleko mi do bycia kobietą-gumą.
      Ale najważniejsze co napisałaś, to nieocenianie nikogo i niczego, kiedy nie znamy faktów i sytuacji. Bo grubasek truchtający po ścieżce może już schudł dwadzieścia kilogramów i jego otyłość nagle widzimy w zupełnie innym świetle. A ktoś pedałujący pod górkę jak z górki może być „na wspomaganiu” :)))))) Ale to dotyczy absolutnie każdej oceny, zazwyczaj nie mamy do niej danych, nie mamy pojęcia o sytuacji, jaka jest naprawdę.

      • Kola 19 czerwca 2022 at 2:08 pm- Odpowiedz

        Na ludzi, którzy nie rozumieją jak widzi krótkowidz bez swojej protezy przeważnie skutecznie działa założenie im na nos moich okularów okraszone tekstem „i teraz wyobraź sobie jak ja widzę bez tego, skoro dopiero w tym widzę normalnie”;))) Ale niestety tamta baba od wf była wyprana z wyobraźni, i nawet ta metoda nic nie dała…
        I zdecydowanie potwierdzam, że ludzie z takimi stawami istnieją, nie jestem urban legend! Tzw „agrafkę” rękami na plecach zapinam za nadgarstki, bez ćwiczenia i bez rozgrzewki. Mogę się nogą podrapać po czole. Kciuk dociągnąć do przedramienia? Ależ oczywiście! Mam przeprosty kolan, i to już nie jest takie fajne, bo jak stoję to muszę się pilnować, żeby to kontrolować w normalnej ludzkiej pozycji – bo jak puszczę luzem do naturalnego zablokowania, to wyglądam… dziwnie;))) itp itd. Musiałabyś na żywo zobaczyć, co te moje hipermobilne stawy umieją, mimo że ich tego nie uczyłam;))) Większości ludzi ciężko uwierzyć, że ja tego nigdy nie ćwiczyłam i nie ćwiczę, i pytają czy to boli;))) Bonus jest taki, że ponoć to jest związane z nadmiarem kolagenu w organizmie, i że dzięki temu później będę miała zmarszczki itd ;) ostatnio w wieku 35 lat zostałam wzięta za studentkę, więc być może coś w tym jest;))))

        • ik 19 czerwca 2022 at 3:01 pm- Odpowiedz

          Szukajmy pozytywów w życiu, więc niech ten kolagen służy jak najdłużej :))))

          • Kola 19 czerwca 2022 at 3:27 pm- Odpowiedz

            Dokładnie tak! A ile zaoszczędzę na kremach przeciwzmarszczkowych!!!:D

  6. Urszula 19 czerwca 2022 at 9:12 pm- Odpowiedz

    A ja stara i z grubą dupą chodziłam na zumbę, jeżdżę na rowerze, pływam w basenie i innych akwenach i mam we wcześniej wymienionym, grubym miejscu to, co tzw. ludzie powiedzą albo pomyślą. Ich sprawa.
    W pracy najbardziej drażnię spętane konwenansami koleżanki, które nie mają odwagi być sobą, bo właśnie co owi ludzie powiedzą, bo nie wypada….
    Tak się składa, że jestem ich szefową, więc drażnię je jeszcze bardziej, cóż, niektórzy mają pecha. Zdaję sobie sprawę, że życie dosyć mocno ułatwia mi profesura, wszak profesor może być ekscentryczny, więc voila. Jedna ze znajomych stwierdziła, że szczęśliwy profesor to brudny profesor, oczywiście na moim przykładzie, kiedy zobaczyła jak wracam z działki rowerem, a na rękach oprócz ziemi mam resztki farby antykorozyjnej (nienawidzę pracować w rękawiczkach, wystarczy, że muszę w laboratorium).
    Z cyklu czego dziś się nauczył profesor – mąż wymieniać grzałkę w pralce, a ja szyć igłą tapicerską ściegiem krytym.

    • ik 20 czerwca 2022 at 5:20 am- Odpowiedz

      Zapewne wizja ekscentryczności kończy się u niektórych na zbyt kolorowej apaszce założonej do bardzo klasycznej garsonki :))) Łamiesz standardy, a to u wielu osób wywołuje dyskomfort, bo potrafią się poruszać tylko w bezpiecznych torach „normalności” wąsko pojętej i konwenansów skostniałych od dziesięcioleci.
      I sprowokowałaś mnie do pomyślenia, że ten brudny profesor, który czuje szczęście, to się przekłada na każdą inną osobę, bo jak byliśmy dziećmi, to ja bywałam najszczęśliwsza zasypana piachem od stóp do głów, bo uwielbiałam kopać doły i grzebać z babcią w ogródku. Teraz też najczęściej szczęście czuję, jak jestem brudna, spocona, zziajana, czasami prosto z roweru, czasami prosto z pracowni, sypiąca pyłem i nitkami na prawo i lewo, bo szyłam albo bo kończyłam tkać i odcinałam coś z krosna. Może więc się po dziecięcemu i na szczęśliwie więcej brudźmy w dorosłym wieku :))))))
      Brawa za zdobyte umiejętności.

  7. Alva 20 czerwca 2022 at 7:35 am- Odpowiedz

    Wychowanie fizyczne w szkole to była katorga, bo trafiłam do klasy sportowej, gdzie lekcji w-f było więcej niż norma przewiduje, a oprócz mnie w klasie były same wysportowane osoby. Nie nadążałam i nikt mi nie dał czasu, żebym nadążyła, za to regularnie mnie wyśmiewano, że czegoś nie potrafię. Stanie na rękach do dzisiaj budzi koszmary – miałam słabe nadgarstki, a do tego nadal mam zaburzenia równowagi i zamiana znienacka nieba i ziemi miejscami potrafiła sprawić, że traciłam przytomność. Ale kogo to obchodziło, nieprawdaż.
    Dopiero na studiach się okazało, że można zachęcić do biegania, skakania, rozciągania się i nawet do basenu, i nie trzeba w tym celu poniżać ani wyśmiewać. Żałuję tylko, że basen jest niemożliwy, bo się nie łączy ani z okularami, ani – tym bardziej – z aparatami słuchowymi, a bez jednych i drugich nie mogę funkcjonować. Za to biegam, uprawiam jogę, jeżdżę na rowerze – wszystko wtedy, kiedy chcę, jak mi się nie chce, to się nie zmuszam. Zmuszanie się najszybciej mnie zniechęci. A jeszcze od kilku lat łażę, tak po prostu łażę gdzie się da, najchętniej po górach – i tu nawet przejście jedną doliną potrafi dać w kość :D

    • ik 20 czerwca 2022 at 9:18 am- Odpowiedz

      A wiesz, że ja ze studiów i to tych, które zafundowałam sobie w dorosłym wieku, ale w trybie dziennym, też mam dobre wspomnienia z obowiązkowych zajęć w-fu. Ale przyznaję, że to też był okres, kiedy i mnie się już zupełnie inaczej myślało o ruchu i nawet siłownia nie była mi wtedy obca i to z przyjemnością.
      Zmuszanie się nie działa, u mnie nawet nie działa jakieś wielkie planowanie. Ja po prostu przyjęłam, że w ciągu dnia się ruszam i gdzieś na pewno da się znaleźć czas na jogę i na spacer/rower. Takie stałe elementy dnia jak mycie zębów czy jedzenie śniadania. Działa znacznie lepiej niż samobiczowanie się, że muszę i jak nie odhaczę tego w planie dnia, to się świat zawali.

  8. Maria 20 czerwca 2022 at 9:05 am- Odpowiedz

    Ja też z tych, którym szkolny wf dał w kość i przez lata zakorzeniał mocne przekonanie, że się do tego nie nadaję. Wysoki wzrost i związana z nim taka sobie koordynacja nie pomagały. Wprawdzie byłam dzieckiem ruchliwym i w niezłej formie (całą podstawówkę chodziłam regularnie na korektywę i jeździłam na kolonie ortopedyczne, żeby szybkie rośnięcie nie zrobiło mi kuku na kręgosłup), ale jakoś w normach szkolnych się nie mieściłam. Być może problemem było to, że najlepiej uczę się ruchu przez naśladowanie, a nasza podstawówkowa wuefistka uczyła nas rzutu z wyskoku w piłce ręcznej, podskakując bardzo minimalistycznie… na obcasach. W siódmej klasie na półrocze miałam jedyną tróję (oczywiście z wf-u), poza armią piątek. Na koniec roku reszta nauczycieli nie dała wuefistce psuć mi średniej liczącej się przy rekrutacji do liceum, ale na półrocze tamta nauczycielka musiała dać upust swojej frustracji. Po czym w ósmej klasie zaczęłam trenować łucznictwo w klubie sportowym. Okazało się, że mam do tego wrodzony talent, a zajęcia ogólnorozwojowe wydobyły ze mnie wszystko, co najlepsze. Nagle okazało się, że w koszykówce jestem świetna do zbierania piłek w locie (wzrost, długie ręce, wyczucie do ustawienia się we właściwym miejscu), a w siatkówce powoli nauczyłam się skutecznego serwowania, gdy nikt na mnie nie naciskał i nie komentował (tylko subtelnie podpowiadano mi, co poprawić). Nagle w ciągu roku stałam się klasową gwiazdą sportu, a wspomniana wcześniej wuefistka ćwierkała do mnie w zachwycie… Nauczyło mnie to dużego dystansu do sportu i nieprzyklejania łatek także w tej kwestii. Przy okazji upewniłam się, że sport zasadniczo lubię i nie pozwolę, by mi go obrzydzano ;)
    Współcześnie ruchu nie zaniedbuję, bo wiem, że albo utrzymam formę na bieżąco, albo będę musiała dobijać się o rehabilitację starej kontuzji (nabytej na zajęciach tańca współczesnego). Pandemia pomogła mi odkryć na nowo jazdę na rowerze. To jest tak bardzo mój rodzaj sportu, że aż nie mogę uwierzyć :) Służy na stawy, kręgosłup i przede wszystkim dostarcza za każdym razem wiaderka endorfin (bardzo rozumiem Twoje odczucia względem wiatru we włosach). No i mam przy okazji kardio oraz indywidualny eko-sposób przemieszczania się po mieście. Joga służy mi do całej reszty, której rower nie załatwia :) Ostatnio postanowiłam spróbować biegania, bo to mój demon z czasów szkolnych. Tym razem chcę podejść do tematu w swoim tempie, nie na rekord. Marzy mi się na dobry początek przebiegnięcie jednym ciągiem kilometra, a potem bieganie pół godziny bez przerwy. Żeby się to udało, zacznę od biegnę-idę-biegnę-idę… Nie wiem, czy bieganie jest mnie w stanie tak zachwycić, jak rower, ale mam szczerą chęć podjęcia tej próby.

    • ik 20 czerwca 2022 at 9:29 am- Odpowiedz

      Bieganie to nie mój świat, ale mam w domu zapalonego biegacza, więc patrzę sobie z ciekawością, jak to działa. I powiem Ci, że Andrzej bieganie uwielbia, to znaczy marudzi, jak ma wyjść (szczególnie zimą, jak jest jeszcze ciemno, bo zawsze biega rano, żeby mieć godzinę świętego spokoju, gdzie świat się o niego nie upomina i nawet żona jest zbyt zaspana, żeby coś chcieć :))))). Ale jak wraca, to świeci. On biega godzinę i jak się dzieje coś, co mu bieganie skasuje (paskudna pogoda, ale i tu bywa zaskakująco twardy), to jest nieszczęśliwy. I mówi, że to dziwne, bo biega tą samą trasą, w tym samym tempie i to ma medytacyjne właściwości, czyści mu głowę tak, jak mnie joga. Próbuj! Może się okazać, że to pokochasz miłością czystą i dziwną :)))))
      A co do nauczycieli, którzy ćwierkali do tych, którzy w coś grali, bywali na zawodach i udzielali się sportowo dla szkoły, a reszta to był plankton, który przepływał z roku na rok, był albo niezauważany, albo wyśmiewany, to tak to chyba działało w wielu szkołach. Szkoda, bo może gdyby ich celem życiowym było pokazanie każdemu, niezależnie od wagi, wady wzorku, braku koordynacji ruchowej i wydolności płuc, że na pewno istnieje taki rodzaj ruchu, który go zachwyci i da mu poczucie, że daje sobie radę i można wychować więcej gwiazd sportu, ale trzeba by było się wysilić i podjeść jak do jednostek… Bajka, ale piękna i może kiedyś się ziści. Jedno jest pewne – żeby potem pokonać te demony z lekcji w-fu, to trzeba niezłej determinacji, ale zazwyczaj okazuje się, że jak się to uda, to jest pięknie i zyskuje się cudowny sposób na spędzanie czasu i tak bardzo docenia się swoje ciało, że jednak tyle może.

      • Maria 20 czerwca 2022 at 12:07 pm- Odpowiedz

        Właśnie, też mi żal tego, że w szkołach nie dba się o zachęcenie każdego ucznia do ruchu. To by były najlepsze wyniki wuefowe ever, gdyby ludzie nie wychodzili ze szkół pełni kompleksów dotyczących sportu.

  9. Ula Hahnoma 23 czerwca 2022 at 12:55 pm- Odpowiedz

    „Ale jeśli kiedyś zobaczycie „większą kobietę” w niemarkowych ciuchach, jadącą na rowerze z maniackim uśmiechem radości na ustach, to mogę być ja.” To zdecydowanie będę ja :-) Pozwalam sobie na ten nietakt i dojeżdżam na rowerze do pracy 12 km w jedną stronę, po czym paraduję w skąpym i opiętym wdzianku w biurze na drodze do „przebieralni”, plus powtórka po zakończeniu pracy :-)
    Wzrost się nie zgadza, za to reszta a i owszem – jako nastolatka z dużym biustem i orzeczoną przez ortopedę otyłością (przy 162 cm ważyłam całe 48 kg) na szczęście w lustrze widziałam coś innego i radośnie uprawiałam wszelkiego rodzaju sporty. Zostało mi to do dzisiaj, chociaż z wiekiem i IO kilogramów przybyło, ale wskakuję w kostium dwuczęściowy i pływam w jeziorze ciesząc się każdą chwilą spędzoną w wodzie. Jak również na łyżwach, rowerze czy nawet ostatnio biegówkach (tu dygresja do poprzedniego wpisu – jak się tak napatrzyłam na Justynę Kowalczyk, to stwierdziłam, że pewnie jej nie dogonię, ale mogę próbować i było jak z Singerem – to musi być w genach). Teraz w sezonie tylko czekam na śnieg, żeby ruszyć w las :-)
    Jogi próbowałam, ale jestem dość sztywna i te wszystkie wygibasy nieco mnie blokują, bo wszyscy się gną, a ja nie, szczególnie że o lotosie mogę zapomnieć, a nawet o zwykłym siadzie skrzyżnym, czy płaskim (siedzę na kości ogonowej i zaraz przewracam się na plecy), natomiast dostrzegam potencjał i wręcz terapeutyczne działanie. Wbrew pozorom oddychanie to taka czynność, której na WFie nie uczą, bo jest niby naturalna, a jest kluczowa przy wysiłku fizycznym.

    • ik 23 czerwca 2022 at 2:24 pm- Odpowiedz

      Ja podejrzewam, że nas grubszych, z wiatrem we włosach i jadących na rowerze z uśmiechem w różnym stadium wariactwa jest więcej. I bardzo dobrze!
      Z tymi nartami to ciekawe, bo skoro tak, to ja zacznę oglądać namiętnie rolkarzy, to może za rok tez poczuję, że mam cokolwiek w genach i jakiekolwiek odruchy :))))
      A co do jogi, to dobry nauczyciel pokaże Ci, że jeśli nawet siad skrzyżny to za dużo (a wbrew pozorom dla wielu osób to za dużo), to możesz sobie siąść na czymś wysokości encyklopedii i wtedy jest łatwiej, bo biodra nie protestują. Ale w Polsce to raczej rzadkie.
      A co do uczenia oddechu, to jest jakaś tragedia. Jak Andrzej zaczął swoją „przygodę” z nadciśnieniem, to okazało się, że nauczenie go oddechu, takiego kontrolowanego i głębokiego, oznaczało danie mu potężnego narzędzia kontroli poziomu stresu, a co za tym idzie ciśnienia. Dobrze, że do niego dotarło, że to ważne i nie wyśmiał osób sugerujących takie podejście.

  10. Kami 1 lipca 2022 at 9:40 am- Odpowiedz

    Ja tez nalezalam do tych wysokich I biusciastych (170cm I rozmiar DD w wieku 12 lat) docinki, docinki I docinki. Co pomoglo mi przetrwac to to, ze zawsze zyje mocniej w mojej glowie niz w realnym swiecie I to jak ja sie ze soba czuje bylo wazniejsze niz jak widza mnie inni. Od wieeeelu lat mieszkam w Szkocji, dopiero tutaj zauwazylam jak w Polsce liczy sie przede wszystkim wyglad, wpasowanie sie w kanony I normy I jak ludzie daja sobie prawo do osadzania innych. I ta nierownosc miedzy kobietami I mezczyznami….ale to bardzo dlugi temat. Codziennie widze bardzo okraglutkie dziewczyny, ktore czuja sie piekne I wartosciowe. I tak sa traktowane. Nie sa osadzane za ilosc kilogramow , sa widziane przez pryzmat piekna ich duszy 😊
    Jak to powiedzial Bob Marley, najseksowniejsza krzywizna u kobiety jest jej usmiech 😊
    Zycze wam wszystkim moje kochane na odwage patrzenia w lustro I widzenia tylko tego co w nas piekne 😃
    Bo piekne to my mamy byc dla siebie przede wszystkim, bo prawda jest taka, ze nie obchodzimy w ogole wiekszosci ludzi 😊
    Dzisiaj spojrzalam w lustro, pieknie mi blyszcza oczy na zielono, a ze zmarszczki dookola…coz starzeje sie z godnoscia 😃

    • ik 1 lipca 2022 at 12:03 pm- Odpowiedz

      Z jednej strony poczułam przez chwilę żal, że u nas nie jest tak jak w Szkocji, ale po tej chwili więcej było we mnie radości, że są takie miejsca jak Szkocja, gdzie można być sobą w dowolnym rozmiarze, a piękno nie oznacza jednej małej foremki, do której trudno się wcisnąć. Może i u nas kiedyś. Ale akurat od dwóch dni widzę walkę o definiowanie i postrzeganie „ciałopozytywności” i chwilami mi ręce opadają, bo jeśli ktoś w tym widzi tylko „promowanie otyłości”, to w sumie współczuję wąskiego horyzontu.
      Ale masz rację – patrzy na siebie z akceptacją i miłością. Tobie błyszczą oczy i pięknie! Ja dzisiaj się rozczuliłam nad zdjętym ze szczotki siwym włosem, że jest pięknie srebrny.

Zostaw komentarz