Zaczniemy jednak od słowa „dedykowane”, bo ja dostaję lekkiego ataku zgrzytania zębami, kiedy słyszę współczesne zastosowania tego wyrazu. Jak coś jest czemuś, a częściej komuś dedykowane, to znaczy, że jest utworem i autor tegoż miał fanaberię jasnego napisania, że oto to dzieło, moim drodzy odbiorcy, jest dedykowane mojej żonie, dzieciom, rodzicom, kochankowi lub nieznajomemu ze schroniska górskiego w Tatrach. A tymczasem obecnie mamy „systemy komputerowe dedykowane ERP”. I „kosmetyki dedykowane pięknu”. Jako też „odzież dedykowaną sportom zimowym”. Na bank ERP, piękno i sporty zimowe są głęboko wzruszone tym, że producenci i twórcy tak im dedykują swoje dzieła i produkty. Ciekawe tylko, gdzie ta dedykacja jest wpisywana?

Ale żeby nie walić kamieniami po cudzych podwórkach, to idziemy na własne i oto mamy „włóczkę dedykowaną niemowlętom”, „motki dedykowane na wyroby jesienno-zimowe” czy moje ulubione „włóczka dedykowana modnym i stylowym projektom”. Że się tak zapytam naszym rodzinnym słowem wyrażającym szczere zdumienie: „Seriously???!!!”

To my dzisiaj porozmawiamy o włóczce przeznaczonej na skarpetki. A wpis dedykuję wszystkim miłośnikom i miłośniczkom ich dziergania.

Zacznę od tego, że jak coś ma w nazwie „skarpetkowa” lub z angielska „sock”, to może oznaczać dwie rzeczy, że albo to jest rzeczywiście pomysł producenta na najlepsze motki do produkcji skarpetek i te skarpetki wytrzymają wiele, nawet ganianie w nich w trampkach po bieszczadzkich połoninach, albo to jest włóczka, która ma po prostu określoną grubość, czyli 400 metrów w 100 gramach. Jak to rozpoznać?

Włóczka skarpetkowa bezapelacyjnie produkowana jako materiał do tworzenia skarpet ma w składzie zazwyczaj wełnę (czysta owcza, merynos, alpaka) i wzmocnienie z czegoś, co zapobiega przecieraniu, może to być poliester, ale ostatnio ekologia w domu i zagrodzie zagląda też w te rejony i poliester zastępowany jest na przykład pokrzywą. Te tradycyjne mieszanki wełny i sztuczności zazwyczaj są lekko szorstkie. I tu przechodzę do dzielenia się bardzo subiektywnymi opiniami – ja za nimi nie przepadam. Bo wydają mi się sztywne i drapiące. Jako materiał na skarpetki doceniam je bardzo, bo naprawdę trudno je zanosić na śmierć, ale jeśli z takiej włóczki chciałabym zrobić chustę… Cytując Bazyla: „o ne, ne, ne, ne, ne!”. Dlatego na przykład nie kocham miłością wielką Fabela. Ale kocham Norda! Bo Nord jest wzmocniony, ale relatywnie mięciutki i milutki, jeśli porównywać go do standardowego motka skarpetkowego. Może dlatego na najnowszy chuściany projekt „pożyczyłam” ze Sklep-IKowej półki właśnie tą włóczkę. To teraz spójrzmy jeszcze na jedną propozycję od DROPSa, Florę. Grubość podobna, skarpetkowa, ale w składzie brak czegoś wzmacniającego i co się okazuje? Skarpetki z Flory przy noszeniu domowym sprawdzają się idealnie, miękkie, ciepłe, milusie, ale jak próbuje się je uparcie nosić zewnętrznie, to mówią, że im przykro, one się z butami dogadywać zbyt długo nie potrafią i się nam nagle coś przeciera.

Dlatego przy decyzji o produkcji skarpet warto na dzień dobry zadać sobie pytanie, czy mamy zamiar używać ich bardzo standardowo, jak takie sklepowe, czy mają być kanapowo-domowe i wtedy możemy je dziergać nawet z czystego merino, pod warunkiem, że nie mamy części podłogi w domu wyłożonej papierem ściernym.

To teraz wracamy do początku i tych włóczek, które mają na etykiecie słowo „sock”, ale bynajmniej nie są przeznaczone głównie na skarpetki. Grubość włóczek bywa oznacza różnie. Niektórzy producenci czują się na tyle opiniotwórczy, że wprowadzają swoje grupy grubości i używają w zasadzie tylko ich, tak zrobił DROPS. Gdyby ktoś poszedł do sklepu z włóczkami i poprosił o motki grubości „z grupy E”, to zapewniam, że usłyszałby tylko głuche: „Eeeeeee???” w odpowiedzi. Ale są określenia bardzo uniwersalne. Najbardziej międzynarodowe i bezproblemowe jest mówienie o grubości, posługując się ilością metrów w 100 gramach. Taka informacja jest zawsze na etykiecie (ilość metrów w motku, który ma ileś tam gramów, więc zawsze można sobie przeliczyć). Ale jest też druga bardzo rozpowszechniona metoda na określanie grubości, gdzie mamy z angielska włóczki typu lace, DK, fingering, bulky i sock właśnie. I tu okazuje się, że wielu producentów jakoś tak mało fantazyjnie nazywa swoje produkty, dokładając do nazwy to słowo właśnie, ale na podkreślenie grubości i nie pomyślą nawet, że ktoś to może zinterpretować jako sugestię, że oto, drogi kliencie, mamy dla ciebie włóczkę skarpetkową, bierz, rób i zaraz ci się przetrze.

Czy ja dziergam skarpetki z włóczek „sock”, ale tych które mają 400 metrów w 100 gramach, ale nie są wcale wzmacniane? Oczywiście! Namiętnie! I w sumie to w większości. Ale to dlatego, że ja te skarpetki noszę zamiast domowych bamboszków, ale nie noszę zewnętrznie. Za to wszystkie włóczki tej grubości uwielbiam pasjami jako materiał na swetry, chusty, szale i kocyki. Bo to jest taka grubość, która dogaduje się z moimi ukochanymi rozmiarami drutów (raczej niewielkimi) i na dodatek, jeśli chcę mozaikować lub żakardować, to mają one to, co mnie zachwyca – precyzję i drobne oczka, które tworzą piękne obrazki na dzianinie.

To ja Was zostawię, chętnie poczytam, czy Wy lubicie włóczki skarpetkowe i włóczki „sock”, a sama oddalę się szydełkować dalej chustę „dedykowaną” kolejnemu kursowi dla Was.

10 komentarzy

  1. Elka 5 lipca 2022 at 2:28 pm- Odpowiedz

    Ostatnio robiłam z połączenia dropsowego Fabel i Delight – zdecydowanie wyszły „kanapowce”, chyba że tylko ja to połączenie odbieram jako umożliwiające jazdę na łyżwach bez łyżew.. (:

    • ik 5 lipca 2022 at 2:34 pm- Odpowiedz

      Ja chyba każde ręcznie robione skarpetki traktuję jak potencjalną drogę do skręcenia kostki, bo się ślizgam :)))) No, może nieco mniej w takich z czystej Estońskiej, ale tylko nieco.

      • Ruda 7 lipca 2022 at 8:26 am- Odpowiedz

        Tak się niestety dzieje, jak za tłumaczenie biorą się stażyści… pułapki i kalki językowe wszędzie. Zamiast dedykacji powinno być przeznaczenie, ale po co sprawdzać ;) A potem to jak już machina reklamowa się zakręci to nie ma zmiłuj i pozostaje jedynie „wybacz im, bo nie wiedzą co czynią” ;) Ale polski to trudny język nawet bez zabaw w tłumacza : ostatnio przeczytałam w gazecie o zasiegu krajowym, że oto nowy most na Warcie „stoi na 265 przęsłach” … Także to co ludzie piszą ma się czasem do rzeczywistości jak piernik do wiatraka i można się tylko śmiać :)

        • ik 7 lipca 2022 at 10:16 am- Odpowiedz

          Ja się zgadzam, że mamy bardzo trudny język, ale to tym bardziej osoby odpowiedzialnie go używające powinny stawać na wysokości zadania i nie chadzać na językową łatwiznę, nie zastanawiając się, czy dedykowany nie ma jednak odpowiedniejszego tłumaczenia. A cuda językowe pisane przez dziennikarzy bywają, oj bywają i to czasami zabawne :))))
          Ale z drugiej strony mnie się zawsze przypomina polonistka z naszej podstawówki, która uznawana była za „siekierę” potworną, ale jednocześnie pokazywała, że polski jest trudny, ale można używać o inteligentnie i miała powtarzaną po sto razy opowieść: „Że jak nie wiesz, czy powiedzieć – koniu czy koniowi, to powiedz – dla konia i unikniesz problemu” i to działa :))))

  2. Kola 5 lipca 2022 at 3:02 pm- Odpowiedz

    Po pierwsze, to pięknie ujęłaś w słowa to, co mnie od dawna w głowie siedziało – moja skóra też czuje się bardzo wzruszona tymi dedykowanymi dla niej kremami, moje włosy na kolanach dziękują za dedykowane im szampony i odżywki… Żeby te dedykacje jeszcze działały zgodnie z obietnicami, to miałabym lico niczym dupka niemowlaka i do tego włosów grzywę… No ale jakoś nie tenteges;)))

    Zaś skarpetki popełniłam w życiu jedne, jako bamboszki domowe. Jak wykonałam w nich prawie szpagat na kafelkach, to wylądowały w szufladzie, i tam grzecznie chlipią nosami;) Za to włóczek „skarpetkowych” używam namiętnie do wszystkiego innego, bo okolice 400m/100g to moja ulubiona grubość:)

    • ik 5 lipca 2022 at 4:36 pm- Odpowiedz

      No wiesz, te magiczne obietnice marketingowców to nawet przy najmocniejszym dedykowaniu nie zawsze zadziałają.
      U mnie takie uczciwe podsumowanie zużycia włóczek o różnej grubości też da wniosek, że skarpetkowe grubości kocham najbardziej, a u mnie to jeszcze z mniej więcej takich często tkam, więc zużycie rośnie.

  3. Graszka 6 lipca 2022 at 10:32 am- Odpowiedz

    Jakoś nigdy się nie zastanawiałam na co ta włóczka (chyba zostało po PRL),jak mi się podoba to biorę i robię,a że jakiś czas temu zostałam obdarowana 2 pudłami włóczki, więc je namiętnie uszczuplam.
    Choć mi się marzy kupienie czegoś nowego.
    A co do znaczenia słów, to od dawna mam problem ze zrozumieniem co kto mówi i pisze 😉

    • ik 6 lipca 2022 at 10:48 am- Odpowiedz

      Tak jest chyba najlepiej – decydować samemu, a nie sugerować się podpowiedziami producenta. Powodzenia z tymi pudłami, bo z jednej strony to super, że się takie rzeczy dostaje, ale wtedy ja też mam wyrzuty sumienia, kiedy myślę o kupowaniu, bo przecież mam :)

  4. Ula Hahnoma 6 lipca 2022 at 11:00 am- Odpowiedz

    Już jakiś czas temu się zorientowałam, że to sock to jest grubość idealna na skarpetki, ale nie tylko. Na skarpetki zdecydowanie polecam coś z dodatkiem, bo jednak samo merino czy alpaka nie wytrzymuje starcia z butami i częstym noszeniem. I tak – Fabel u mnie nadaje się tylko i wyłącznie na skarpetki. Zrobiłam z niego chustę Nordic Romance i chociaż piękna jest i niezmiennie mi się podoba, to nosić jej nie mogę – tak żre. Raz zrobiłam Dropsowe skarpetki żakardem z Limy – do żadnego buta nie wejdą, ale idealne jak nogi marzną, więc leżą pod ręką i czekają na te zimne nogi :-)
    Dedykowanie to jedno, mi te włosy na kolanach stają jak słyszę „półtorej roku”…

    • ik 6 lipca 2022 at 11:11 am- Odpowiedz

      Czyli o Fabelu mamy bardzo podobną opinię, że żre w okolicach szyi niestety. Dodanie Kid-Silka nieco pomaga, ale ja jednak zostanę przy używaniu go w celu ogrzewania stópek.
      Z Limy nie skarpetowałam, ale podejrzewam, że mam jedną parę zimowych butów, do których bym może wcisnęła stopę w Limie. Mówię o nich „bambosze zewnętrzne”, bo są szerokie, nieco za duże i tak wygodne, że się ma wrażenie, że naprawdę ma się na nodze miękki kapciuszek, a przy tym ciepłe.
      I tak, „półtorej roku” jest czymś, co mnie też za każdym razem wyrywa do postawy na baczność. Ja nie wiem, skąd to się wzięło, bo to przecież nawet źle brzmi. Jeszcze w Wielkopolsce to ja bym zrozumiała, bo tutaj to lokalne „tej!”, może by miało jakiś wpływ, ale to żartem pisząc. Za to skoro jesteśmy przy językowych cudach, wiankach i modach, to ja się przyznaję, że lubię słowo „epicki”, nie używam, bo niewiele rzeczy zasługuje na tak potężne pozytywne określenie, ale wśród „fajny, spoko” i innych mdłych określeń, ten „epicki” użyty w odpowiednim momencie mnie kręci :))))

Zostaw komentarz