To ja się przyznam, że kiedy zapadła decyzja o przearanżowaniu kąta na antresoli, to miałam te sławne „mieszane uczucia” – z jednej strony potężną ekscytację, a z drugiej lekki strach, że przygotowanie tylu drobnych projektów, które mają dać razem spójną całość i pasować do siebie, to będzie wyzwanie, któremu nie podołam.

Najprościej było powiedzieć sobie – oto kolor „jesienny beż” i wszystko będzie w tym kolorze albo odcień ciemniejsze lub jaśniejsze. Tylko wtedy wyprodukowałabym sobie przestrzeń kolorystycznie płaską i mdłą. Jeden kolor w takich projektach odpada, również dlatego, że wcale nie jest łatwo znaleźć wszystko tak samo beżowe, ale nie zmienia to faktu, że rzeczywiście zaczęłam od ustalenia palety kolorystycznej. Przy czym miałam tam meble, ściany, których nie chciałam przemalowywać i wielką poduchę do siedzenia, więc prawdę pisząc, to paleta była ustalona: beże, brązy – nawet bardzo ciemne, ciepłe ecru, trochę bieli i wszystko, co ma kolor drewna. Do tego jeden odcień, który nieco wystaje poza beżowości i zdecydowałam, że będzie to coś między ślicznym różanym a patynowanym różem.

I kolory to był punkt wyjścia. Potem pojawiło się pytanie o wzory. Skoro mam wielką szafę i biurko z wyraźnym deseniem drewna, to wszystko, co drewniane było mile widziane, do tego bambus, bo to się nie pogryzie. Ale to za mało i wtedy przyszły mi do głowy kwiaty, koronki i mnóstwo róż. Przy czym byłam pewna, że gdzieś w zapasach mam tkaninę z różanym wzorem i napisami, w odpowiedniej kolorystyce i klimacie angielskiego romantycznego ogrodu. Na szczęście rzeczywiście materiał był, nie wymyśliłam go sobie. I do tego koło jako kształt przewodni, bo szafa jest bardzo kanciasta, więc mandale, łapacze, koc z wzorem koła – wszystko mile widziane.

I tu zaczęło się układanie kolorowo-wzorzystych puzzli. Łapacze zrobiłam beżowe i ecru z ciemnobrązowymi koralikami. Ten sam kolor miała koronka, która pojawiła się na ścianach, przyklejona wzdłuż skosów pod sufitem. Biel ścian i jasny beż z koronki został powtórzony w obiciu siedziska krzesła i tam pojawiły się kwietne wzory. Zwykłe kartonowe pudełko zostało ozdobione różaną tkaniną z pasem bieli i dodatkiem tej samej koronki. Różane motywy na drewnianej skrzynce na przybory do pisania. Tablica na notatki to ta sama tkanina w róże. Aplikacja na koc to była niezła zabawa, bo wyjęłam wszystko, czego do tej pory używałam, w przypadku materiału, to już jakieś resztki, do tego drewniane guziki, kordonek i filc w odcieniach brązu i beżu, koraliki z łapaczy i to wszystko pocięłam, naszyłam, przyszyłam, doszyłam i zwykły polarowy koc zyskał nową twarz.

A w trakcie pracy wszystkie rzeczy, których używałam lądowały w wielkim pudle, żebym wiedziała, co już było, czego mogę użyć za chwilę w kolejnym pomyśle, co będzie pasowało, bo już się pojawiło. I ewentualnie dodawałam tylko kolejne materiały, taśmy, skrawki. Tak było z taśmą w serduszka, która została przyszyta jako wykończenie aplikacji na kocu, a później jako ozdobny brzeg ciemnej, drewnianej płyty.

Z tą płytą to jest osobna historia, bo potrzebowałam czegoś, na czym mogłam przetestować malowanie szafy. Andrzej przypomniał sobie, że gdzieś jest schowana półka wyjęta z jego szafki pod telewizorem. Półka się znalazła, namalowałam wzór i okazało się, że tak mi się spodobał efekt bieli na ciemnym brązie, że wcale nie chcę tego z powrotem chować w schowku, tylko jakoś wykorzystać – jako zbędny, ale śliczny dodatek, który ma tylko wyglądać. I tak była półka stała się ozdobnym panelem, który może się okazać idealnym przyciskiem do rzeczy, które czasami kleję i potrzebują nacisku z góry, bo toto swoje waży.

A wniosek z tego długiego wpisu jest taki, że obawy przed takimi wyzwaniami jak projektowanie dodatków do wnętrz, które mają być intrygujące, spójne, ale nie nudne i nie w identycznym kolorze, są naturalne. Ale zamiast się bać i rezygnować z pomysłu, a potem żałować, trzeba sobie odpowiedzieć na dwa pytania – jaką chcę paletę kolorystyczną i jaki wiodący wzór, a potem trzymać się ustaleń, ale z nutką szaleństwa. I nie dokonywać sabotażu w postaci autocenzury! To stwierdzenie powinno mieć nawet trzy wykrzykniki. Nie wyrzucajcie swoich pomysłów do kosza, bo są zbyt szalone. Kiedy ja wpadłam na pomysł, że chcę zwykły polarowy koc dostosować estetycznie do nowego wnętrza i go wyhaftować, może coś naszyć, to pierwsza myśl była taka, że sobie poszaleję, druga… że on jest przecież ecru, pasuje, więc mogę go po prostu rzucić na poduchę i też będzie ok. A potem sama sobie powtórzyłam, że nie ma miejsca na żadne cenzurowanie. I mam wymyślić, co chcę i to zrobić. A jak nie wyjdzie? Akurat przy aplikacji odpowiedź była bezpieczna i prosta – odpruję i będę miała nadal ten sam jednokolorowy kocyk ecru. A nawet jeśli coś się zmarnuje… Zazwyczaj i tak można wymyślić sposób na uratowanie takiego nieudanego pomysłu.

Kącik na antresoli jest prawie gotowy. Została do pomalowania szafa i biurko i do utkania dywanik. Szafą zajmę się w weekend, bo będą ją malować chyba na trzy razy, a dywanik to pieśń najbliższego miesiąca lub dwóch. A ja zaczynam myśleć nad sypialnią, bo Andrzej stwierdził, że to jest kolejne pomieszczenie, które wymaga odświeżenia i lekkiej zmiany klimatu… Będzie zabawa, tym bardziej, że mam pomysły jeszcze bardziej szalone niż te na antresolę.

4 komentarze

  1. Kola 25 sierpnia 2022 at 8:29 pm- Odpowiedz

    Wszystko bardzo przemyślane, spójne i piękne! I mam skojarzenie takiego wielkiego patchworku, jako określenie całego kącika – że tworzysz właśnie wnętrzarski patchwork, niby każdy element „od innego Boga”, ale razem gadają jako jedna całość. Gratulacje!!!

    • ik 26 sierpnia 2022 at 2:14 pm- Odpowiedz

      Dziękuję. Taki przestrzenne projekty to jest trochę patchwork i ma się poczucie sukcesu, kiedy patrzy się na całość i wygląda jak jeden obrazek, bez zgrzytów.

  2. Ula+Hahnoma 29 sierpnia 2022 at 1:09 pm- Odpowiedz

    Nawet książka na stoliku jest dopasowana kolorystycznie :-D Lubię takie projekty jak mam pustkę. Jeśli ta pustka już kiedyś przeze mnie została „zorganizowana” i trwa, to znaczy, że mi się podoba i nie odczuwam potrzeby zmiany, ewentualnie czasem coś dodam. Alergicznie reaguję na hasło „remont”, „malowanie”, czy nieco mniej na „przemeblowanie”, bo to wszystko oznacza kurz, pył i niekończące się sprzątanie, czego żywiołowo nienawidzę. Ostatnio w naszej głównej przestrzeni bytowej mąż pozdejmował ze ścian różne takie nasze indiańskie pierdółki i obrazki, bo mu się znudziło, ale zamiast nie ma nic – czeka na narodziny koncepcji ;-), a mi bardzo brakuje tych szpejów, bo zostały tylko gwoździki w łysej ścianie…

    • ik 29 sierpnia 2022 at 1:31 pm- Odpowiedz

      Jak ja Cię rozumiem! Remont, brud, kurz i „obce ludzie” plączące mi się pod nogami powoduje dziwne stany z potrzebą ucieczki włącznie. Za to uwielbiam zmiany, które mogą powodować bałagan, ale bez demolki.
      Takie czekanie na natchnienie też rozumiem. Właśnie ustaliliśmy, że przed większymi zmianami w sypialni przestawimy łózko i szafę tam, gdzie nam się wydaje, że będzie dobrze, żeby sprawdzić i potem budować wnętrze z pewnością, że nam się dobrze śpi. W drugim pomieszczeniu – czyli pracowni – zdjęłam wszystko ze ściany z tapetą i patrzę na nią, próbując wymyślić, co z nią zrobić, żeby jej „poprawić wygląd”. I pewnie będę tak patrzeć przez dobre dwa tygodnie, aż coś zdecyduję :)))))
      PS. Po książkę Andrzej sięgnął na ślepo na półkę obok kącika, one są ułożone kolorystycznie i wyciągnął łapę na wysokości beżowego i brudnego białego :))))))

Zostaw komentarz