Zacznę od pewnej bardzo osobistej historii, którą będę pamiętać chyba do końca życia. Byłam jakieś dwa tygodnie po drugim wypadku samochodowym, leżałam na karimacie w salonie we własnym mieszkaniu i podnosiłam na zmianę nogi do góry i wiedziałam, że w stosunku do tego, co mogłam zrobić jeszcze kilkanaście dni wcześniej, to jestem jak inwalidka, że znowu będę walczyć o sprawność, ale z drugiej strony czułam się jak bohaterka, bo dałam radę się położyć i dałam radę powoli machać tymi nogami. Łzy mi ciekły jak grochy, bo bolało jak jasna cholera, ale płakałam też ze szczęścia, bo jednak mogłam. I to był chyba pierwszy taki moment, kiedy świadomie dziękowałam swojemu ciału, że ono mi pozwala na to, żeby się ruszać, boleśnie i koślawo, ale jednak. Później takich chwil było sporo, zachwyt nad tym, że mnie nogi niosą przed siebie na spacerach, że mogę się pozginać w jakiejś pozycji jogi, która wcześniej była dla mnie marzeniem ściętej głowy, że moje bardzo słabe mięśnie ramion jednak utrzymują mnie w innej pozycji dłużej, niż mi się wydawało, że dam radę. I nauczyłam się to swoje pokiereszowane w wypadkach ciało doceniać, kochać i o nie dbać, bo przeszło więcej, niż ustawa przewiduje, a nadal pozwala mi chodzić, ćwiczyć, jeździć na rowerze i siadać w pozycji lotosu i to jest coś naprawdę niesamowitego!

I wczoraj przeczytałam coś, co bardzo mi się spodobało. „Ćwiczenia i ruch to świętowanie tego, co Twoje ciało jest w stanie zrobić, a nie kara za to, co zjadłaś/zjadłeś!”. Amen!

Kto rozkłada matę, ćwiczy, rozciąga się, poci się przy hardcore’owym kardio i z każdym oddechem i każdym zipnięciem zachwyca się tym, że może? Kto idzie pobiegać i dosłownie niesie go ekstatyczne poczucie, że oto jego ciało pozwala mu się przemieszczać jak sprawnej maszynie, wolniej, szybciej, z zadyszką lub nie, ale to ciało działa i metry znikają pod podeszwami? Kto dosłownie uśmiecha się do siebie jak lekko zwariowany, bo się rusza? Tak po prostu, świętuje to, że jego ciało daje mu taką możliwość? Są takie osoby i to są szczęśliwcy, bo im nigdy nie zabraknie motywacji.

A ile razy rozkłada się matę, bo trzeba poćwiczyć, bo wczoraj była pizza na obiad. Idzie się pobiegać, bo przecież muszę spalić kalorie z całego dnia. Ile razy ktoś mówi sobie, że musi, bo waży o kilogram, trzy, dziesięć za dużo? Albo jeszcze lepiej – to stratedzy ćwiczeń spalających – pójdę teraz pobiegać, żeby wieczorem mieć rozgrzeszenia dla piwa, wina i chipsów… Albo wagowi czarnowidze – jeśli odpuszczę sobie ćwiczenia, to jutro waga pokaże mi dwa kilogramy więcej.

I ja nikogo z tych karzących się, czarnowidzących, zmuszających i katujących ćwiczeniami jak najgorszą pokutą nie winię, bo taki jest przekaz. Ćwicz! To będziesz atrakcyjna! Ćwicz, to wyjdziesz na plażę w dwuczęściowym kostiumie! – wersja dla kobiet. Ćwicz, to będziesz rozciągnął rękawki T-shirtów bicepsem jak u rasowego kulturysty – wersja dla panów. Ćwicz, bo to modne! Ćwicz, bo masz ślub za pół roku i nie możesz mieć sukni w rozmiarze 46. Ćwicz, bo jesteś dwa miesiące po porodzie i wiesz z mediów, że celebrytki nawet śladu po brzuszku nie miały. Ćwicz, bo… I bierz środki na odchudzanie, pozbywanie się nadmiaru wody z organizmu (ale potem nie zapomnij łyknąć elektrolitów na nawodnienie), suplementy koniecznie, witaminki i lek na wątrobę, który Cię przy okazji odchudzi. Kup sobie kolorowe, modne ciuszki do ćwiczeń i za nic w świecie nie myśl o spacerach jako formie ruchu, bo teraz jest modne – tu wpisz formę ćwiczeń, która jest właśnie najnowszym hitem na forach internetowych.

I mnie trafia! Bo w szkole w-f jest za karę i raczej do ruchu zniechęca, niż zachęca. A potem jako dorośli sami sobie fundujemy ruszanie się za karę, za kalorie, za wagę, z obowiązku i do osiągnięcia pewnego celu (trzy kilo mniej, sześć centymetrów mniej). I robią się z tego incydentalne zrywy ćwiczeniowe, motywacja zdycha jak paprotka na pustyni, a poczucie bycia do luftu rośnie w człowieku jak na drożdżach, bo sobie jednak odpuści, bo nie chudnie odpowiednio szybko, bo przecież to i tak nic nie da, to w diabły z tym, zamiast biegania będą lody! Wiem, znam, też w tym świecie bywałam, więc nie piszę literackiej fikcji, piszę swoją „sportową” autobiografię, cudzysłów zamierzony.

A jakby tak zastosować tą strategię z początku wpisu – powiedzieć sobie, że oto będę z radością celebrować to, że mogę, moje ciało może!  Będę chodzić, biegać, dźwigać ciężary, ćwiczyć z Lewandowską, Chodakowską lub Bojarską-Ferenc (to wersja vintage :))))), zginać się w jodze i napinać w pilatesie, czy na co tam mam dzisiaj ochotę, bo w moim wieku, przy mojej tuszy lub jej braku, z moimi schorzeniami, z moimi kompleksami i moim skrzypiącym kolanem jednak, do jasnej Anielki, mogę!

19 komentarzy

  1. Katarzyna 3 sierpnia 2022 at 7:56 pm- Odpowiedz

    O reety! Jak Twój wpis świetnie koresponduje z moim dzisiejszym stanem ducha! Właśnie umieram… Bo oto dziś, po długim czasie bardzo siedzącego życia, ( bo tak się składa że większość moich codziennych zajęć i hobby jest ” na siedząco”) wstałam, rozłożyłam matę i poćwiczyłam. I przeraziło mnie własne niedołęstwo i totalny brak wszystkiego, kondycji, koordynacji wytrzymałości i ta dojmująca bezsilność, że chcę podnieść nogę kilka razy i nie mogę! Bo moje mięśnie nie to, że palą, po prostu przestają działać! .. Jednym słowem dramat… I nie był to żaden wymagający trening, żadne tam interwały, super cardio, turbo spalania itp… Ot zwykłe ćwiczenia wzmacniające w tempie niemal emeryckim… Dobrze wiem o czym piszesz, sama mam za sobą takie fit zrywy. Ze spalania kalorii, różnych rodzajów aktywności, diet, mogłabym chyba napisać doktorat… Tylko jakimś dziwnym trafem, to zawsze były właśnie zrywy. A koniec końców ląduje na d… I budzę się z dodatkowymi kilogramami na wadze, zadyszką po wejściu na pierwsze piętro i tętnem, które skacze jak szalone od zwykłego pochylenia i zawiązania butów… Dziś też wyjmowałam matę z dobrze znanym celem – minus ileś tam kilogramów na wadze… Ale w trakcie ćwiczeń osiągnęłam stan wyższej świadomości.. Dotarło do mnie, że własnym bezruchem i lenistwem, robię z siebie kalekę! Ta myśl mnie zmroziła. Dotarło do mnie, że sprawność nie jest nam ot tak na zawsze dana, że jeśli nic nie zmienię to będzie tylko gorzej… Więc tak, aktualnie fizycznie czuję się jak koń po westernie ( jak mawia mój mąż) ale psychicznie z jednej strony jest mi wstyd, że sama doprowadziłam się do takiego stanu ale z drugiej strony czuję radość, że jednak mogę się ruszać i chcę móc jak najdłużej!

    • ik 4 sierpnia 2022 at 5:53 am- Odpowiedz

      Ten etap też przeszliśmy, takie łupnięcia rzeczywistością między oczy, że oto jesteśmy na najlepszej drodze do zrobienia z siebie nieruchliwych staruszków, którzy narzekają, że tu ich boli, tu ich strzyka, a za kolejny rok staniemy się półinwalidami i zaczniemy się zastanawiać, czy może proteza stawu kolanowego to już wymarzony prezent na święta. A ja na dodatek wiem, jak to jest być w takim „inwalidzkim” stanie, bo po obu wypadkach poczułam, co to znaczy nie móc się ruszać, schodzić tyłem po schodach i siadać na brzegu stołu, bo brzeg krzesła był nieosiągalny. Więc bardzo Ci kibicuję, żeby ta mata lądowała na podłodze jak najczęściej, ale miej w drugim planie te kilogramy (traktuj jako skutek uboczny, który się pojawi lub nie), ale po prostu ruszaj się, żeby się… ruszać. A stan konia po westernie (cudne powiedzenie!) niech będzie równoznaczne z poczuciem, że zrobiłaś coś dla siebie!
      I nawet rozumiem to poczucie wstydu, ale z drugiej strony, to pretensje mogłabyś mieć za to, że wiesz, że robisz sobie krzywdę, ale niczego nie zmieniasz, a Ty zmieniasz! Więc to raczej duma powinna Cię napędzać, że jednak coś robisz, nie tylko myślisz, nie tylko gadasz, nie tylko narzekasz, ale aktywnie coś zmieniasz, a to wcale nie takie proste ani oczywiste (zobacz, ile dokoła tych, co tylko gadają).
      Trzymam kciuki! I jak będzie potrzebna motywacja, to zgłaszam się na ochotnika :)))))

  2. AgatakaM 4 sierpnia 2022 at 1:07 am- Odpowiedz

    Na mnie to nie działa. No nie działa: ani wizja ciała 20-stki, ani super ciuszki do ćwiczeń, ani te, w które być może wejdę,…. ani wizja niepełnosprawności na starość. Nic. Mobilizowałam się „na chwilę”, niby chodzę dokąd się da zamiast jeździć autobusem, ale nienazwałabym tego super aktywnością fizyczną. Kilka kilogramów extra mam i mogłabym nie mieć. Ba, bardzo chciałabym nie mieć, ale nijak nie mogę się zmobilizować. Blokada jakaś :( Staram się zdrowo odżywiać, ale to głównie żeby „swiecić przykładem” i wyrobić odpowiednie nawyki u dzieci.
    Dobre rady mile widziane…

    • ik 4 sierpnia 2022 at 6:01 am- Odpowiedz

      Na mnie też nie działa nic, co ma związek z wyglądem, ale to poczucie, że mogę się zamienić w inwalidkę działa. To, co pisałam Katarzynie – bo wiem, jak to jest, bo sobie „przetestowałam” po obu wypadkach i to jest stan, w którym czuję się potwornie źle, kiedy klęknięcie jest ponad moje siły, a i chodzenie bywa wyzwaniem.
      A co do mobilizacji i złotych rad, to dobrze wiesz, że ja jestem raczej ostatnią do ich udzielania, ale zacytuję mojego mądrego męża, który kiedyś powiedział, że nie ma ludzi, którzy nie lubią się ruszać, oni po prostu jeszcze nie odkryli, jaki jest ich ulubiony sposób na ruszanie się i ćwiczenia. I ja się z tym zgadzam, bo jak próbowałam się ruszać w celach odchudzania, to leciałam kardio, bo przecież kardio na odchudzanie jest najlepsze i motywacja wyglądała jak sinusoida, ale i tak zdychała po jakimś czasie. A jak odkryłam, że ja jednak (zgodnie ze swoim znakiem zodiaku podobno :)))) powinnam szukać spokojniejszych form, bardziej naturalnych i jeśli można, to na powietrzu i w kontakcie z naturą, to okazało się, że motywacja nie znika tak łatwo. (Przy okazji przyznam się, że mam ochotę jeszcze spróbować tai-chi. :)))))
      Poza tym bądź sprawiedliwa i doceniaj siebie – chodzisz, nie jeździsz, masz dzieci, a one też raczej wymagają ruszania się więcej niż standardowo, więc to nie tak, że się zasiedzisz martwym kamieniem na sofie.

  3. Paulina 4 sierpnia 2022 at 9:33 am- Odpowiedz

    Aga dziękuję Ci za ten wpis! Jak mnie szlag jasny trafia, jak wszyscy teraz żyją dla mody i urody, a nie dla siebie! Ostatnio koleżanka mi powiedziała, że ja to mogę jeść bo jestem szczupła. Odpowiedziałam jej, że ja to zawsze myślałam, że jeść to powinni ludzie głodni. Nie gonię za trendami, modami, ani innymi bzdurami tylko od czasu do czasu zastanawiam się nad sobą i słucham swojego ciała i duszy. Kiedyś doszłam do wniosku że jem za dużo mięsa i czuję się przez to ociężała – zaczęłam więc ograniczać to co mojemu ciału nie służyło. Nie stałam się wegetarianką, weganką ani inną anką, bo jednak czuję się mięsożercą, ale coś zmieniłam, odkryłam nowe smaki i mam wrażenie przysłużyłam się swojemu zdrowiu i to po swojemu, a nie dlatego, że internet powiedział, że jak tego nie zrobię to będę gruba, głupia i umrę. Ruch to dla mnie też trochę sposób na spędzanie wolnego czasu, na poprawę swojej sprawności, na to żeby w zdrowym ciele był zdrowy duch. Do pracy staram się chodzić i to świetnie budzi mój umysł. Jogę praktykuję, bo zadziwia mnie jak bardzo usprawnia nasze ciało. A „sport” z dzieckiem? Dla mnie basen! Trochę się powygłupiamy, ale dzięki autorskiej kombinacji ja, dziecko i makaron – mogę pływać żabką z córką, a jak dodam do tego deskę to jeszcze na plecach :) zgadzam się z Tobą i Twoim mężem, że po prostu trzeba znaleźć coś dla siebie i to robić, bo wtedy ta aktywność jest przyjemnością. I wtedy nie myśli się o kilogramach i centymetrach tylko o tym, że jest dobrze, a organizm sam nam się odwdzięczy z czasem mniejszym rozmiarem tu i ówdzie :)

    • ik 4 sierpnia 2022 at 10:13 am- Odpowiedz

      Proszę bardzo! Obiecałam sobie, że ta nowa wersja strony będzie o wszystkim, co życiowe, nie tylko o robótkach, ale cieszę się, że to, co piszę nie jest głosem wołającego na puszczy.
      Co do życia na pokaz, to ja mam absolutną, wrodzoną awersję i dostaję alergii i dotyczy to wszystkiego, na dodatek mam wrażenie, że jak ktoś żyje właśnie dla siebie, po swojemu i oceniając, co dla niego dobre, to zostaje czarną owcą, zrozumienie jego działań i decyzji spada do zera i od razu połowa rodziny i znajomych czuje się w obowiązku mu uświadamiać, jak powinien funkcjonować i dlaczego oni by inaczej. „Jabymizmy” i „musieństwa” pojawiają się nieproszone.
      Twoje powiedzenie o jedzeniu sobie zapamiętam i mnie raczej nikt nie powie, że ja to mogę jeść, bo szczupła nie jestem, ale zdarzyło mi się uczestniczyć w dyskusjach o tym, że jedzenie nie jest za karę ani w nagrodę, ani bardziej dla szczupłych, więc będzie jak znalazł :))))
      I bardzo, bardzo rozumiem Twoje podejście do słuchania siebie i na przykład mięsa. Miałam podobnie – zaczęłam czuć się jakbym miałam zatruty organizm, ograniczyłam mięso, było lepiej. Potem do niego wróciłam, a po kilku latach znowu to samo – źle mi z nim i przestałam jeść po raz drugi, tym razem na dobre, bo mi jeszcze jakoś tym razem doszły kwestie etyczne i ekologiczne, ale nie zarzekam się, na razie bez mięsa mi doskonale. Podobnie było z kawą – pewnego dnia miałam wrażenie, że to nie kawa a kwas i boli mnie żołądek i tak kawa zniknęła z mojego dnia zupełnie. Od czasu do czasu sprawdzam, podpijając kawę Andrzeja, czy mi przeszło, nie przeszło, więc żyję sobie bez niej i tutaj akurat żadnych głębszych powodów nie ma. Po prostu to nie dla mnie w tej chwili.
      U nas w ramach sportu w wersji dziwnej jest sport z kotami… :))))))))))))) Poganianie z nimi, pomachanie zabawkami, nagłe zmiany poziomów ze stania do leżenia, kwadrans i człowiek wymięka, zziajany i szczęśliwy.

  4. Hanna 4 sierpnia 2022 at 11:32 am- Odpowiedz

    U mnie opamiętanie przyszło, kiedy waga wskazała 101 kg. Objadać się ,nie objadałam, ale ruchu zero. Różne diety sprawdzone, picie ziółek też. Na początku zwróciłam się o pomoc do lekarza i usłyszałam: „proszę najpierw schudną wtedy porozmawiamy”. A tu bole stawów kolanowych, zadyszka przy wchodzeniu po schodach, a dodatkowo problemy w małżeństwie, itd. itp. Oczywiście jak zwykle pomogli przyjaciele. Znaleźli lekarkę która na moje problemy odpowiedziała:” oczywiście powinna pani schudnąć, sama pani to wie. Ale ja pani pomogę, zrobimy badania i zobaczymy co wyjdzie.” Pierwsze badanie i rozmowa trwały godzinę (godzinę !!!!! ). Wywiad sięgną czasów mojego urodzenia i jeszcze dalej, obmacała, obstukała . A ja tylko siedziałam coraz bardziej zdumiona, pamiętając moje 5 minutowe wizyty u różnych specjalistów. Okazało się, że mam insulinooporność, problemy z naczyniami limfatycznymi i tak zniszczone kolana, że olaboga. Na początku było sporo leków, to prawda, śmiałam się, że taka garść to jak drugie śniadanie. Jeśli chodzi o ruch, to zaczęłam więcej chodzić i to tyle. Kiedy waga zaczęła spadać, to jakbym dostałam skrzydeł. Wszystko mi się chciało.
    Teraz ważę 88-87 kg. To też dużo, ale ponieważ waga dalej spada, pomalutku, po cichutku, to się nie przejmuję, stosuję swoją własną dietę i ćwiczenia. Jem mniej, zrezygnowałam z cukru, wyrobów pszennych, mniej mięsa , dużo owoców i zimnych herbat owocowych. Z ćwiczeń dalej tylko chodzenie. Sport z kotami , to mi się podoba, a ponieważ mam zamiar wziąć kota, to pozwolisz Agnieszko że zmałpuję.
    Taka humoreska: Idę sobie po ulicy i zastanawiam się, czemu ludzie się na mnie tak dziwnie patrzą. Mam gdzieś plamę? kiecka mi się podwinęła? Dziwne. Dopiero po chwili doszło do mnie że idę, słucham muzyki przez słuchawki ( prezent od dzieci) i tańczę. No to jeszcze mam nowe ćwiczenia: taniec uliczny!!

    • ik 4 sierpnia 2022 at 12:06 pm- Odpowiedz

      Czyli trafiłaś na lekarkę z powołania, nie na medyka, co ma pacjentów do odfajkowania w godzinę i na akord, tylko kogoś, kto z pasją i zaangażowaniem słucha człowieka i się nim przejmuje. Brawa dla takich ludzi! Oby jak najwięcej.
      Ale najważniejsze, że ta spadająca waga dodawała skrzydeł, to cudownie!
      Sport z kotami polecam z całego serca, one szczęśliwe, człowiek zziajany, ale ile endorfin ma w sobie, to jego. A nasze jeszcze wyraźnie potrzebują ruchu, ganiania, polowania i obniżania poziomu energii, bo jak nie się wybawią, to potem dostają głupawki o czwartej nad ranem i próbują nam wmówić, że to pora na bawienie się z nimi i czemu my śpimy :))))
      Mnie ani nam się nie zdarzyło podrygiwać na ulicy, ale za to w samochodzie… Bywamy komiczni… i fałszujemy z zapałem :)))))

  5. Hanna 4 sierpnia 2022 at 1:58 pm- Odpowiedz

    Ja też ja też!!! Nie w samochodzie bo zmotoryzowana nie jestem, ale w domu owszem, głośno i z upodobaniem, choć w godzinach dozwolonych, bo sąsiedzi uczuleni.
    Wprawdzi mój głos porównano do wycia potępionej duszy, ale co mi tam.
    A tak z innej beczki, jeśli pozwolisz Agnieszko, co myślisz o wzięciu 2 kotków, podobno wtedy wychowują się lepiej?

    • ik 4 sierpnia 2022 at 3:24 pm- Odpowiedz

      To ja odpowiem, ale potraktuj to jako moje przemyślenia, a nie rady i prawdy objawione. Od końca zaczynając, teraz mamy dwa, które trafiły do nas jako maluchy i przez pierwsze dni miałam wrażenie, że gdyby był jeden, to by się przez chwilę zestresował, ale potem miał tylko człowieka i musiał się do niego przyzwyczaić. A jak były dwa, to nagle bardziej szukały siebie, jak jeden spanikował, to drugi też, Timofiej działał na zasadzie darcia mordki, jak tylko zgubił Teodora z zasięgu wzroku i cały ten proces adaptacji był jakiś taki trudniejszy, ale Timofiej jest Timofiejem i nie wiem, czy jego „kociobowość” nie była głównym problemem, bo to kot panikarz i stresulec. Ale z drugiej strony, to jak oba mają napad miłości, to jest zakocenie człowieka do kwadratu. A takie życie na co dzień z jednym czy z dwoma, to zależy od charakteru i zachowania. Jak mieliśmy Niunię i Małego, czyli dwa normalnej wielkości, spokojne, mało ruchliwe koty, które lubiły być blisko, poprzytulać się, pomiziać, ale nie musiały we wszystkim uczestniczyć, to czasami nawet nie zauważaliśmy, że one są dwa. A teraz… Teodor i Timofiej są ciekawskie, we wszystkim muszą uczestniczyć, są duże, ciężkie i mega ruchliwe, do tego inteligentne jak diabli, a Timofiej ma swoje paniki i strachy, więc czasami dwóch osób do nich za mało. Na dodatek one są strasznie gadatliwe. I przy takich bardzo aktywnych rasach to para może dać nieźle popalić. Śmiejmy się, że jak uda nam się raz na dwa tygodnie przespać całą noc, to czujemy się jak rodzice niemowlaka, którym się taki cud udał. Ale ktoś wie, na co się decyduje i że to może wymagać sporo czasu i cierpliwości, to nawet trzy są do opanowania. A takie sytuacje, kiedy one się zajmują czymś razem, rozrabiają, śpią wtulone w siebie, to takie momenty, że się człowiek rozpływa.

  6. Edyta 4 sierpnia 2022 at 7:23 pm- Odpowiedz

    To ja jestem leniwą kluchą bo dla samego wyglądu czy podobania się ćwiczyć??? A w życiu! Spacery kocham i jak się rozpędzę to mogę iść do padnięcia. Rower takoż. Parę lat temu odkryłam jogę . A teraz po kontuzji kręgosłupa zaczynam wszystko od nowa i tak jak Ty ze łzami w oczach i zaciśniętymi zębami dziękuję mojemu ciału za to, że chodzę, siadam, schylam się i wsadzam nogę do umywalki 😁😂

    • ik 5 sierpnia 2022 at 4:28 am- Odpowiedz

      Trzymam kciuki, żeby ten ból mijał jak najszybciej! Ale przy całym dramatyzmie takich sytuacji, to pamiętam, że kilka razy się śmiałam właśnie z tego, że takie przyziemne rzeczy, jak pierwsze założenie wiązanych butów (wiązanych na siedząco i w dziwnej pozycji) nagle urastało do rangi wydarzenia miesiąca. U Ciebie widzę na razie wygrywa umywalka, ale w pełni rozumiem :))))))

  7. Kola 4 sierpnia 2022 at 8:04 pm- Odpowiedz

    Dziękuję Ci za ten wpis… Przeczytałam wcześniej, ale mogę spokojnie „się wypisać” dopiero teraz;) Dzięki Twojemu spojrzeniu zupełnie inaczej odbierałam dzisiejszą wycieczkę rowerową – zrobiliśmy jakieś 70km, pogapiliśmy się na startujące szybowce na lotnisku, połaziliśmy po parku dookoła pałacyku, poleżeliśmy chwilę na plaży nad jeziorem, odkryliśmy malutki uroczy zabytkowy cmentarzyk w pobliskiej wsi… Niby nic „wow”, ale cały czas czułam wdzięczność dla mojego ciała, że oto pedałuje na tym rowerze, przyjmuje dziwne pozy robiąc zdjęciia, wciąga kebaba z budki, pływa w jeziorze… Niesamowite to było odkrycie. Dziękuję!!!

    • ik 5 sierpnia 2022 at 4:37 am- Odpowiedz

      :))))) Ja jestem wielką zwolenniczką – i teraz będzie złe słowo – praktykowania – więc zamienię je po prostu na odczuwania wdzięczności za takie oczywiste rzeczy. Bo na co dzień lecimy przez kolejne godziny nawet się ich nie zauważa, wszystko jest jak powietrze – było, jest, będzie i nie poświęca się temu ani sekundy zastanowienia. A jak sobie człowiek zafunduje taką świadomą godzinę zauważania wszystkiego, każdego drobiazgu i cieszenia się, i doceniania, to potrafi wpaść w euforię. Czego Ci życzę jak najczęściej.

      • Kola 5 sierpnia 2022 at 6:29 am- Odpowiedz

        Od dziś zamiast sarkać na ciężkie siaty z zakupami itp do wniesienia na 3 piętro bez windy, obiecuję cieszyć się, że moje ciało robi to w niezłym tempie i w sumie nawet się nie zasapie;) Masz 100% racji, że takie świadome odczuwanie prowadzi do euforii – do tej pory tak miałam w temacie zauważania nawet malutkich cudów natury, cieszenia się słońcem… Teraz dołączę temat sprawności fizycznej i ogólnie ciała, które wcześniej tak „nieświadomie sobie było”;)

  8. Małgorzata 5 sierpnia 2022 at 7:58 am- Odpowiedz

    Polecam „psychologię_odchudzania”. Jej myślenie jest bardzo zbieżne z Waszymi wpisami. Bardzo wpisuje się w to jak zmieniło się moje myślenie w tej dziedzinie. I w to że ruch daje radość, endorfiny a nie jest karą czy obowiązkiem.

    • ik 5 sierpnia 2022 at 9:27 am- Odpowiedz

      Czasem do niej zaglądam, bywa bezkompromisowo dosadna w swoich wypowiedziach i bardzo dobrze.

  9. Alva 5 sierpnia 2022 at 9:14 am- Odpowiedz

    Moja mama codziennie chodzi na spacer – to znaczy, ona to nazywa spacerem, bo formalnie to jest nordic walking, w tempie raczej szybkim. A chodzi właśnie dlatego, że cieszy ją niezmiernie fakt, że ma 72 lata, a ciągle potrafi zrobić 10 kilometrów. To jej daje energię i po prostu ją uszczęsliwia – że może. A potem się chwali, że na imprezie tańczyła całą noc i nic jej nie boli :)
    A ja próbowałam podobnej mobilizacji, ale lenistwo jest silniejsze :))) Na mnie działa tylko, jak sobie powiem, że jeśli chcę w wieku mojej mamy mieć takie zdrowie, jak ona, to wypadałoby juz teraz zadbać o aparat ruchowy :)) No więc chodzę – a spacer z psem jest jak najbardziej wyczerpująca aktywnością – , wyginam się w jodze, jeżdżę ekologicznie na rowerze… Ale jak mam dzień, że nie chce mi się nic, to się nie zmuszam, bo bardzo szybko aktywność fizyczną zaczęłabym odbierac jako karę.

    • ik 5 sierpnia 2022 at 9:30 am- Odpowiedz

      To my możemy z Twoją mamą na spacery, bo wprawdzie bez kijów, ale niby na spacer idziemy… pięć minut po wyjściu lecimy galopem i spaceru to nie przypomina, ale inaczej nie umiemy :)))))
      Powiedzenie sobie głośno, że są takie dni, że po prostu potrzebujemy poleżenia, odpoczynku, oddechu i to jest w porządku wcale nie jest łatwe, bo jak to? Odpoczynek? A właśnie czasami trzeba.

Zostaw komentarz