W swoim ponad czterdziestopięcioletnim życiu nawet do głowy mi nie przyszło, żeby świętować – tak świadomie i z przygotowaniami – jakikolwiek moment związany z astronomicznymi zmianami, przesileniami, najkrótszymi dniami czy nocami. Owszem te jesienne i wiosenne daty zauważałam – i to dość mocno – w sferze werbalnej, bo oznaczały zmianę czasu i niedosypianie, zaburzenie mojego rytmu dnia i poczucie, że ktoś mi kradnie godzinę wieczorem lub rano i mojemu gadaniu nie ma końca przez do najmniej trzy dni po tych zmianach.

Ale w tym roku, przez zupełny przypadek – a może wcale nie ma przypadków? może miało tak być? – wpadłam na artykuł o świętowaniu przesilenia jesiennego, kiedy dzień i noc trwają dokładnie tyle samo, kiedy świętuje się definitywne zakończenie okresu zbiorów, kiedy dziękuje się za wszystko, co się w ciągu tego okresu otrzymało, wypracowało, osiągnęło. Kiedy wiadomo, że czeka nas okres ciszy, zimy, hibernacji, ale też myślenia, co w przyszłym roku, jakie mamy plany. Kiedy metaforycznie kończy się rok i wchodzi się w nowy cykl tworzenia, działania, zaczynając od planów i przygotowań, które razem z pierwszymi wiosennymi promieniami słońca zamienią się w działanie.

I pomyślałam, że wprawdzie nie ma we mnie potrzeby takiego pełnego symboli i znaczeń, celebracji i afirmacji pogańskiego świętowania. Poza tym niewiele o tym wiem. Ale mam potrzebę, naprawdę po raz pierwszy w życiu, uczczenia tego momentu, zakończenia okresu, który był dla mnie słodko-gorzki, bo działo się tyle ciemnego, smutnego, trudnego, a jednocześnie tyle ciepłego, dobrego, czasami dosłownie słońce zaczynało świecić w momencie, kiedy miałam wrażenie, że nie dam rady złapać kolejnego oddechu i ktoś wyciągał pomocną dłoń, często obcy i dawał siłę, nadzieję i wiarę, że świat nie jest ponurym i strasznym miejscem. Ale właśnie sobie pomyślałam, że przecież przesilenie to moment równowagi między światłem a ciemnością i dokładnie taki był ten rok – nie miałam szans na uniknięcie ciemności, ale za wszelką cenę starałam się o to, żeby światła było jak najwięcej. Udało się.  I mam potrzebę celebrowania nowego początku, nowego roku, kiedy mam nadzieję na wszelkie szaleństwa, na który mam mnóstwo planów i świadomość potężnej ilości pracy, która mnie czeka i – oby – równej ilości satysfakcji z jej efektów.

Dlatego zarządziłam świętowanie jesiennego przesilenia. Mam zamiar w spokoju ducha spisać wszystkie rzeczy, za które w tym roku jestem wdzięczna, te bezapelacyjnie dobre i cudowne oraz te, które może były trudne, ale wiem, że dzięki nim wewnętrznie urosłam, zmieniłam się na lepsze, na spokojniejsze, na radośniejsze i – tak, to też! – na bardziej egoistyczne. I rzeczy, które są dla mnie ważne w kolejnym sezonie od jesieni do jesieni. Andrzej ma za zadanie znalezienie adekwatnego filmu na tę okazję. A ponieważ przesilenie ma swoje kulinarne oblicze, czyli potrawy i napoje z nim związane, w tym jabłka, więc zaplanowaliśmy cydr na ciepło oraz popisową szarlotkę mojego męża, którą piecze tak, że trudno odczekać, aż chociaż trochę przestygnie. Może uda mi się przemycić również dynię.

Czy ktoś jeszcze ma dziś potrzebę świętowania? Takiego prywatnego, wewnętrznego podsumowania okresu aktywności, podziękowania za dobre i za złe, ale uczące czegoś o sobie? I spojrzenia z wiarą na kolejny sezon i rozpoczęcia tego ekscytującego okresu planowania i kombinowania?

10 komentarzy

  1. Ula+Hahnoma 23 września 2022 at 10:46 am- Odpowiedz

    To jest bardzo naturalne – kończy się tzw. pora jasna, bardzo aktywna zarówno dla ludzi jak i dla przyrody. Zaczyna się okres spowolnienia, wyciszenia, zbierania sił. W naszym cywilizowanym świecie zostało to wyrugowane – pracujemy cały czas na najwyższych obrotach – ale wielu ludzi to odczuwa i się zastanawia, skąd to osłabienie ;-) Trzeba poddać się trochę rytmowi przyrody. Ja też świętuję i cieszę się, że mogę to robić poniekąd z Wami.
    Tak gwoli ścisłości to przesilenie będziemy mieć w grudniu – teraz mamy równonoc. Podczas przesilenia można sobie wyobrazić, że noc i dzień walczą o dominację i akurat w grudniu dzień wygrywa i zaczyna być go więcej. Niektóre podania mówią, że wtedy w najciemniejszą i najdłuższą noc rodzi się nowe Słońce. Przez 12 dni nabiera sił – po jednym dniu na każdy przyszły miesiąc – i dopiero po tym czasie zauważalnie zaczyna dnia przybywać.
    Życzę wspaniałego świętowania w cudownej atmosferze cydru i szarlotki <3

    • ik 23 września 2022 at 12:35 pm- Odpowiedz

      To świętujmy razem! I masz rację, że my zupełnie wypadliśmy z tempa życia zgodnego z naturą, światłem, porami roku. I w sumie to za to tez jestem wdzięczna, że przynajmniej w jakiś małych kawałkach mamy możliwość do tych naturalnych rytmów wrócić.
      I dzięki za naukę, i rozróżnienie równonocy i przesilenia, Andrzej zawsze powtarza, że nasza szkoła więcej nas uczy o mitologii greckiej niż naszych własnych wierzeniach i mam wrażenie, że w ostatnich latach nadrabiam intensywnie te braki w edukacji o własnej kulturze.

  2. Kola 25 września 2022 at 8:47 am- Odpowiedz

    No cóż… Dla mnie takim okresem podsumowań i planów jest końcówka roku, czyli okolice przesilenia zimowego, które zwiastuje, że w końcu z każdym dniem powolutku będzie jaśniej:) Automatycznie zbiega się to z Nowym Rokiem, nowym kalendarzem (tak, w tej kwestii jestem rozpaczliwie analogowa, i muszę mieć papierowy!)
    A początek astronomicznej jesieni oznacza zapadanie w sen zimowy. Mój organizm bardzo nie lubi zimna i ciemności, i ma bardzo mocne odruchy hibernacyjne – ciepły koc, robótka/książka, duża czekolada, cysterna grzanego wina i budzik na marzec;))) Otwieram jedno oko tylko gdy jest słonecznie i w miarę – jak na porę roku – ciepło, bo popełznąć z aparatem w plener i połapać trochę kadrów. I ani trochę nie mam ochoty świętować tej wg mnie najbardziej beznadziejnej pory roku, która składa się z listopada :/ Tak, wiem, że kalendarzowo nie tylko, ale pogodowo przeważnie. Teraz już nawet we wrześniu mamy dużo listopada, zwanego przeze mnie dosadnie (przepraszam!) g*wnopadem. Do d…uszy z tym deszczem, wiatrem, i taką ciemnicą, że w kuchni w południe mimo dwóch dużych okien muszę zapalać światło, żeby trafić do garnka z obiadem:(

    • ik 25 września 2022 at 11:46 am- Odpowiedz

      Widzę, że jesień nie nastraja do pozytywnego patrzenia na świat i możliwości. Bo dla mnie ten kocyk, te długie wieczory na czytanie i dzierganie, ta gorąca czekolada, nawet deszcz, który mnie rozgrzesza ze spaceru są ok. I fakt, że nie jest mi najlepiej bez słońca, bo mój organizm odczuwa jego braki i daje znać, że mu gorzej, ale za to każdy słoneczny dzień przy naszych wielkich połaciach okien to jest po prostu życie w świetlnej bańce.
      A co do podsumowań i planów w nowy rok, to też je robię, ale nie przepadam za tym momentem, bo mam wrażenie, że wpisuję się jakiś ogólnoświatowy trend. Wolałam do tej pory swoje urodziny jako ten moment, kiedy mam poczucie, że oto zaczyna się kolejny rok, ale ten jesienny moment jakoś do mnie mówi. Zobaczymy za kilka lat, co mi zostanie – urodziny, jesień, czy i jedno i drugie. Bo w sumie to czemu nie zafundować sobie wersyfikacji planów dwa razy w roku.
      A Tobie życzę najsłoneczniejszej jesieni i zimy!

      • Kola 25 września 2022 at 2:13 pm- Odpowiedz

        Czasem się śmieję, że w poprzednim wcieleniu byłam jaszczurką żyjącą gdzieś na południu Włoch na zapleczu włoskiej knajpy ;))) Jesień mnie dobija i nie umiem w niej znaleźć prawie niczego pozytywnego. Bo nawet niby czytanie pod kocem z grzanym winem jest ok, ale latem na tarasie w promieniach zachodzącego słońca z lampką zimnego Aperol Spritz jest zdecydowanie lepiej :D I mając te niedawne wieczory w świeżej i żywej pamięci jest mi zwyczajnie beznadziejnie ze świadomością, że do kolejnych takich tyyyyyyyle długich ciemnych szarych miesięcy…

        • ik 25 września 2022 at 3:36 pm- Odpowiedz

          To by było całkiem miłe poprzednie wcielenie :)))))) Ja też nie jestem jesieniarą od zawsze, nauczyłam się jesień lubić, doceniać te miłe rzeczy, to wyciąganie swetrzysk z szafy, te kocyki, które w końcu można wykorzystywać. Ale to pomagało przetrwać jesień, kiedy rządziła w moim życiu depresja. Wtedy zaczynało być naprawdę trudno, bo do złego samopoczucia dokładała się jeszcze ta szarość, deszcz, wiatr (no, tego dalej nie znoszę), czyli dół stawał się jeszcze większym dołem. A teraz to po prostu pora roku, z jej zauważanymi zaletami i wadami, które jestem w stanie przetrwać bez poczucia, że czynią mi krzywdę.

          • Kola 25 września 2022 at 4:09 pm- Odpowiedz

            Pozytywnie zazdroszczę i podziwiam za to podejście, za tą umiejętność znalezienia plusów w jesieni :) Ja nawet jak próbuję, to zaraz i tak mam myśl, że latem i wiosną wszystko jest lepsze ;) A uwielbiająca słońce i upały jaszczurka we mnie na samo hasło „jesień” pod nosem mamrocze cytat z Sapkowskiego: „Z lewa chujnia. Z prawa chujnia. A pośrodku pizdziec” (przepraszam, ale wykropkowane by już chyba tak nie brzmiało;))

            • ik 25 września 2022 at 5:04 pm- Odpowiedz

              Ja ten cytat zostawię, bo strona dla dzieci nie jest, a ja sama potrafię użyć słów niekoniecznie grzecznych. Sama by tego nie zacytowała, ale powiedzmy, że oddaje Twoje silne emocje wobec jesieni i sposób ich wyrażania :))))))))))))))))))))))))))

              • Kola 25 września 2022 at 5:59 pm- Odpowiedz

                Dziękuję:)
                Oddaje w sposób bardzo łagodny, bo na prywatny użytek w głowie to i gorsze mi się mamroczą;)) Ale tu wykropkować, to tak trochę Sapkowskiego wykastrować, a to się nie godzi… ;)

                • ik 25 września 2022 at 6:01 pm- Odpowiedz

                  Akurat moje postrzeganie Sapkowskiego jest takie, że ja bym kropkowała, wycinała i pomijała, ale to już zupełnie inna kwestia i subiektywna ocena „twórczości”, bo „jak zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca”. :)))))))

Zostaw komentarz