Zacznę od tego, że czasami to nie ja chcę włóczkę… Że moje zapasy w szafie powiększają się wbrew mej woli i nagle okazuje się, że zostałam posiadaczką (szczęśliwą lub mniej) czegoś, czego w planach nie miałam, pomysłu na to brak, ale przecież od tego człowiek jest kreatywny, żeby się idea pojawiła… w końcu. Tak było z tymi tęczowymi motkami. To czysta wiskoza, która przyjechała do Sklep-IKu i okazało się, że precelki mają „wady fabryczne”, w miejscu wiązania nie ma farby, jest biała plama. Hipotezy mam dwie – bardziej prawdopodobna, że one były tam związane już na etapie farbowania i nie „złapały” koloru, mniej prawdopodobna, że związano je, kiedy były wilgotne, czymś, co kolor wsiorbało. Mniejsza z tym, jak to się technicznie stało, ale do sprzedaży coś takiego się nie nadaje. I tak całe opakowanie łąkowej tęczy znalazło się w mojej szafie. I rozpoczęło długi proces leżakowania, żeby nabrało tej mitycznej mocy urzędowej.

Teraz będzie dygresja – czysta wiskoza to jest coś, co uwielbiam za połysk, za kolory, bo to się farbuje w najbardziej nasycone kolory świata, ale jedna rzecz doprowadza mnie do rozpaczy – śliskość. Próba zwijania na zwijarce kończy się tym, że motek zdjęty ze zwijarki rozwija się i rozpada w ciągu sekund i wystarczy go postawić na blacie, a nitki dosłownie osuwają się w dół jak ruchome piaski, z niezłą żwawością i prawie słyszy się wredny chichot. Po kilku minutach motek wygląda jak plątanina kolorowych nitek i można zacząć żmudny proces rozplątywania. Dlatego zwijałam ręcznie, ścisło i ciągle zmieniając kierunki, co nieco pomaga, ale i tak trzeba uważać. A  motki oczekujące na przerabianie owijałam folią spożywczą… Żeby nie miały okazji się rozwinąć. Taaaak, akcja jak z pomysłowego Dobromira, ale jeśli działa, to niech nawet będzie śmiesznie.

Wracamy do tęczy. Poleżała ponad rok, w końcu mnie zdenerwowało, że taka fajna włóczka, a ja jeszcze nie wymyśliłam jej zastosowania. Próbka powstała z dwóch nitek, żeby wymieszać to tęczowe szaleństwo i dodatkowej bawełnianej niteczki w kolorze wybitnie fioletowym, co wydawało się pomysłem karkołomnym, ale uspokoiło całość i dodało jakiejś spójności kolorystycznej, niewielkiej, ale zawsze. I tak powstała bluzka letnia, z rękawami nieco poniżej łokcia i asymetrycznym dołem.

Góra z reglanem prosto z Tabelki Samoliczącej. Asymetria dołu robiona na oko i tu było śmiesznie, bo uparłam się, że chcę skos, ale nie taki w formie skrzydła anioła i opadający do pół uda. Chcę skos, ale lekki, opadający delikatnie na jedno biodro, bez ostrych kątów i bez żadnych form przypominających żagiel. A to oznaczało subtelne podejście do zmiany ilości przerabianych oczek. I ostatecznie jest dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam, ale wszystko powstało na oko i bez naukowych podstaw matematycznych.

I teraz będzie o tym, co czyni tą bluzkę wybitnie nie z mojego dziewiarskiego świata i co mnie wypycha ze strefy dzierganego komfortu niczym zawodnika sumo z ringu – to ma „rustykalne” oczka, czyli nierówne! Woda nie pomogła i cudu namoczenia i wyrównania nierówności nie było. Powód jest prosty – trzy nitki, z czego dwie ekstremalnie śliskie, a jedna z zupełnie innego włókna, które były przerabiane bez specjalnego nabożeństwa wobec ich równego naprężenia i do tego na cienkich, ale jak się okazuje niewystarczająco cienkich drutach, żeby to one nieco wygłaskały tą „rustykalność”. Czy mi to przeszkadza? Tak!!! Ja na widok takich oczek dostaję ataku wszystkiego, z potrzebą natychmiastowego prucia na czele. Czy coś z tym zrobię? Nie, bo nie wywalczę, a zaklęcia na wygładzanie nierównych oczek w Harrym Potterze nie było. Będę się do tego przyzwyczajać i szukać piękna w niedoskonałości. Co nie zmienia faktu, że całość mi się podoba i czekam niecierpliwie, kiedy temperatura stanie się bardziej wrześniowa i będzie to można zanaszać na śmierć.

6 komentarzy

  1. Maria 17 sierpnia 2022 at 1:04 pm- Odpowiedz

    Rozumiem Twoją strefę komfortu, ale tu bym odpuściła na dzień dobry. To jest roztańczona bluzka, jak się na nią patrzy, to się oczy śmieją. No to niech i oczka sobie tańczą swobodnie :) Powtarzaj sobie „mam piękną bluzkę boho!”

    • ik 17 sierpnia 2022 at 1:41 pm- Odpowiedz

      Odpuszczam, tłumaczę sobie, że nie każda włóczka to merino i nawet ja nie z każdej wycisnę oczka jak maszynowe. Co nie zmienia faktu, że całość podoba mi się bardzo, tylko nie mogę się przyglądać zbyt mocno :)
      A w ramach „odczulania” na oczka „rustykalne” mam już w głowie kolejny pomysł, gdzie też nie będzie równo, a co, podobno wystawianie się na stresory jest bardzo dobrym spososbem uodpornienia :))))

  2. Urszula 17 sierpnia 2022 at 3:28 pm- Odpowiedz

    to jest włóczka z charakterkiem nie da się ujarzmić ale dzięki temu wygląda inaczej trochę jak boucle a trochę tak ,,guzełkowato,,mnie się podoba bardzo,pozdrawiam

    • ik 17 sierpnia 2022 at 3:38 pm- Odpowiedz

      Wiskoza przerabiana pojedynczo daje bardzo ładne oczka, ale tutaj było wiadomo, że trzy nitki to będzie inny efekt. Chociaż liczyłam na „efekt wody”, ale nierówności tez potrafią być ciekawe :)))

  3. Alva 18 sierpnia 2022 at 11:32 am- Odpowiedz

    O tak, śliskość wiskozy przy zwijaniu zaskoczyła mnie nieprzyjemnie. Do tego stopnia, że ten samotny, zwinięty motek leży i czeka na zmiłowanie, bo straciłam do niego serce. Ale może się przełamię, bo jak widzę taki efekt jak u ciebie, to ochchch…! Mój co prawda nie jest tak tęczowy, bo to mdłe ecru, ale też błyszczy ;)

    • ik 18 sierpnia 2022 at 1:05 pm- Odpowiedz

      Mdłe ecru dodawałam do lnu i wyszło genialnie, więc się przełam. A motek wtedy trzymałam w małym słoiczku po musztardzie :))))) Mniej się rozwijał.
      Ale rzeczywiście czysta wiskoza to jest zjawisko, którego trzeba doświadczyć, żeby zrozumieć, bo żaden opis nie przygotuje na to, jak to jest śliskie :)))

Zostaw komentarz