Dzisiaj kulinarnie i naprawdę będzie o twarogu, ale najpierw dygresja (no bo jak to bez dygresji).

Ja miewam takie okresy w życiu, kiedy mam wrażenie, że moje ciało budzi się pewnego pięknego dnia i drze się do mnie jak oszalałe, że jeśli nie dostanie dzisiaj czegoś określonego do jedzenia, to odmówi współpracy. Dosłownie miewam te słynne „ciążowe” zachcianki. Przy czym to nie jest potrzeba na jeden raz, zazwyczaj to potrzeba na dłużej, bywa, że na dni, bywa, że na miesiące. Czego się to moje ciało domaga? Różnie. Czasami chleba (nie zawsze jadam go codziennie), czasami ryżu, czasami szpinaku, czasami nabiału, a czasami soku z żurawin. Teraz jest okres nabiałowy. Mogę walczyć przy stole o ostatni kawałek twarogu, o mozzarellę, ricottę i sery długo dojrzewające. A kanapka wygląda u mnie ostatnio jak mieszanka serów białych i żółtych, piętrowa i trudna do ugryzienia.

I tu dygresja skręci w niespodziewaną stronę, bo książkową. Będąc już w tej serowo-twarogowo-mlecznej fazie spożywczej, czytałam książkę Agnieszki Maciąg o menopauzie i ona tam odsądza nabiał zwierzęcy od czci i wiary, bo alergie, bo nietolerancja, o której się nic nie wie, bo się ma złą cerę i stawy bolą (chociaż to już nie pamiętam, czy od tego, ale mniejsza z tym, nabiał szkodzi, każdemu i to bardzo). I mnie przystopowało na chwilę. Bo skoro nabiał zły, w okresie premenopauzy, to jakbym sobie wręcz truciznę fundowała na każdy posiłek, to może ja powinnam jednak sery kozie, a mleko owsiane (oba też jem i piję, ale krowie też). I tu Wam coś napiszę, co doradzam przy wszelkich poradnikach każdemu – krytyczny, ale spokój i jeszcze raz spokój oraz słuchanie siebie i swojego ciała (nie jest ważne, czego poradnik dotyczy), a w skrajnych przypadkach skonsultowanie tych rad z własnym lekarzem adekwatnej specjalności. Nie dajmy się zwariować wszystkim takim poradom, zakazom i sugestiom, tym bardziej, że jak je pozbieramy z kilku źródeł, to one na bank zaczną się wzajemnie wykluczać (jak z tym nabiałem, który inni wręcz zalecają, o ile ktoś właśnie nie ma stwierdzonej nietolerancji i alergii). Dlatego siadłam spokojnie, zastanowiłam się, czy jakieś objawy tej nabiałowej trucizny mnie dotyczą (nie!), czy coś złego mi się dzieje (nie), czy się źle czuję (nie), czy mi dobrze (tak!!!) – Agnieszka Maciąg może zatem nabiał wykluczyć, Agnieszka Mackiewicz będzie go nadal wcinać, aż się zapcha nim na amen i przestanie mieć na niego ochotę.

Koniec dygresji.

Andrzej wie, że sery wszelakie są na żywieniowym, żoninym topie sezonu i z radością szuka nowych smaków i tym sposobem do domu przyniósł twaróg solankowy wędzony. Matko jedyna, jakie to dobre, tak dobre, że wręcz chciałam mężowi wmówić, że niedobre i prawie niejadalne, żeby się nie musieć dzielić (tak, wiem, ja kto brzmi, ale co ja poradzę… grzeszna i słaba istota ze mnie).

Twaróg wędzony znika u nas jako samodzielny dodatek do kanapek. Doskonale pasuje do sałatek wszelakich, rybnych też. Na ciepło z makaronem na obiad… ślinka cieknie! Ale okazało się, że znalazł jeszcze jedno zaskakujące zastosowanie.

Kto lubi kopytka? Ja! Ja kocham wszystkie kluchy, więc kopytka też. I kopytka generalnie robi się z ziemniaków, mąki, jajka i odrobiny soli (taki podstawowy przepis znajdziecie na Kwestia smaku). U mnie w domu od zawsze kopytka miały swoją twarogową odmianę, gdzie składniki podstawowe są uzupełniane tłustym biały serem (przepis z tej samej strony). I myśmy dodali do tych kopytek ten wędzony twaróg… Nastąpił mały koniec mojego kulinarnego świata, bo od teraz, to już żaden tam zwykły biały ser, będzie tylko wędzony i dużo przypraw i jest genialnie!

Zdjęcie główne macie może mało „internetowe”, ale cóż ja poradzę, że kopytkom jest u nas bardzo trudno zrobić fotkę, bo ja od razu przechodzę do konsumpcji i odmawiam czekania, aż Andrzej złapie kadr. Dlatego macie fotkę cykniętą na szybko w trakcie przygotowywania „obiadowej blachy” do wstawienia do piekarnika do odgrzania – domowe kopytka (bo u nas zawsze powstają co najmniej dwie porcje i następnego dnia tylko odgrzewamy), falafele i na dole pinsa z dodatkami (a pinsie to się należy osobny wpis, oj należy!).

18 komentarzy

  1. Monika 25 maja 2022 at 12:09 pm- Odpowiedz

    Herodot pisał jak to, oczywiście nie pamiętam gdzie, że jeżeli ktoś miał nieszczęście zachorować, to rodzina wynosiła go z łóżkiem na rynek. I tam każdy przechodzień zatrzymywał się, i opowiadał na podstawie własnych doświadczeń, jak ów chory powinien się leczyć. Wydawałoby się, że czasy tak odległe spowite były zabobonami i charakteryzowały się brakiem specjalistów w dziedzinie medycyny, ale gdyby się zastanowić przez chwilę, to niewiele się zmieniło. Może tylko rynek jest rynkiem wydawniczym albo internetem wręcz.
    Mnie tylko dziwi odwaga z jaką pisze się tego typu poradniki nie mając żadnego zaplecza dietetycznego czy medycznego. Może pani Maciąg akurat ma, ale proponowana przez Ciebie ostrożność jest bardzo wskazana.

    Nie wiem czy tam coś było o twarogu, ale o różnego rodzaju pokutujących mitach żywieniowych (niektórych wręcz zabójczych) czytałam w „Wściekłym kucharzu. Cała prawda o zdrowym jedzeniu i modnych dietach.” Fascynujące jest jakie rzeczy przechodnie potrafią wymyślić i lansować. Moje ulubiona część jest o usuwaniu toksyn. Detoks robi szaloną karierę. :D

    • ik 25 maja 2022 at 12:15 pm- Odpowiedz

      Wyobrażasz sobie taką „akcję” w Polsce – chory na rynek i zaczynamy, a u nas, jak wiadomo, każdy jest specjalistą od chorób, leczenia i rad w tych kwestiach. Ja bym chyba popcorn sobie robiła w ilościach hurtowych, bo jestem pewna, że po kilkunastu minutach albo by były rękoczyny albo chory zostałby zapomniany, a grupki by dyskutowały o swoich problemach, zgodnie z zasadą, że „mój ból jest większy niż twój”.
      Poradniki pisane przez osoby bez zaplecza merytorycznego traktuję z potężną ostrożnością i czasami czytuję z takiej „niezdrowej” ciekawości. Pani Maciąg mnie nie przekonała, chociaż ma jeden wielki plus, bo odesłała do innej książki, która już bardziej do mnie „gadała”, chociaż też nie na wszystko się zgadzam, ale ja się bardzo rzadko zgadzam ze wszystkim, co czytam w poradnikach.
      O dietach, modach na detoksy itp. to ja mogę długo, ale większość będzie niezbyt pochlebna.

  2. Kola 25 maja 2022 at 12:30 pm- Odpowiedz

    Ależ mi apetytu narobiłeś! Te kopytka z wędzonym serem to musi być sztos!!!:D
    U mnie to jest tak, że od wielu wielu lat słucham organizmu i w kategorii co chce jeść, i kiedy chce jeść;) Przeważnie oznacza to gluten (kluchy, makarony, wyroby pizzowate itd) oraz laktozę pod postacią serów wszelkich, oraz zdrową dawkę tłuszczów (nie istnieje życie bez masła i majonezu!). Oraz ziemniaki, sałatka warzywna oznacza najczęściej czubaty talerz od zupy frytek;) Czasem gdzieś się zaplącze jakaś samotna witamina;) Czuję się dobrze, przewód pokarmowy działa jak złoto, a przemiana materii jak rozgrzany piec hutniczy ;) I słuchając głosu żołądka (np 4 duże kanapki z jakimś żółtym/pleśniowym/dojrzewającym serem, górą majonezu, świeżo mielonym pieprzem i prażoną cebulką o 23:30? Ależ oczywiście!!) jakimś cudem nie mam problemów z wagą :) Trzymam się tylko jednego – jem wtedy, kiedy jestem głodna :) Na szczęście nigdy nie miałam skłonności do zajadania stresu albo z nudów;) Fazy na coś też miewam, np jogurty – przez pół roku mogą nie istnieć, a potem nagle atakują mnie w sklepie, kupuję z 5 dużych i po 3 dniach już ich nie ma ;) Albo jakaś konkretna potrawa – ostatnio makaron z suszonymi pomidorami, pecorino/parmezanem, prażonymi „nasionkami” i bazylią, mogłabym jeść wciąż i nie mam dosyć :D Ogólnie szeroko pojętą „włoszczyzną” mogłabym żyć cały czas, i mój organizm jest wtedy wniebowzięty:D

    • ik 25 maja 2022 at 12:44 pm- Odpowiedz

      Sugeruję kopytkową produkcję, będziesz zachwycona, skoro kluchy to podstawa diety.
      U mnie niestety z jedzeniem było nieciekawie, bo ja stres zajadam, a na dodatek mój organizm działa wtedy w trybie wojennym – stres? zagrożenie? magazynujemy! bo diabli wiedzą, co będzie. A że stresu mi ostatnio nie brakowało, to i mnie nie brakuje. Ale tak, jak powoli dochodzi do siebie mój układ nerwowy, tak układam na nowo relacje z jedzeniem, a raczej uzdrawiam. I ta zasada, że się je, kiedy się jest głodnym, to jest klucz do mojego obecnego podejścia. Głodna? Jem, aż poczuję, że już nie czuję głodu, ale daleko mi do pęknięcia. Obiad? O ile jestem głodna, a jak nie, to nie jem i mam gdzieś, że mi przez całe życie tłukli do głowy, że jeden ciepły posiłek trzeba zjeść w ciągu dnia. Okazuje się, że nie trzeba.

      • Kola 25 maja 2022 at 1:34 pm- Odpowiedz

        Oczywiście, że jak się nie ma ochoty na obiad, to nie trzeba go jeść:) i właśnie chodzi o to, żeby nie do wypęku, tylko ciut wcześniej przestawać jeść :) No, chyba że w trybie specjalnym, czyli jakaś impreza itp ;) Bo ja mam jakoś tak, że jak jest dużo i pysznie, to z radością doceniam starania pani domu… wzbudzając podejrzenia, że nagle dorobiłam sobie 3 dodatkowe żołądki, i jakim cudem jeszcze nie pękłam ;))) Przyjaciółka mnie kiedyś podsumowała, że jak ja jestem gościem na imprezie, to aż miło gotować, bo wiadomo, że będę żarła z apetytem i szerokim uśmiechem, głośno wychwalając kolejne potrawy, „a nie to co inni, ta na diecie, ten tego nie zje, a tamten tamtego, dla Ciebie tylko trzeba dużo, żeby nie brakło”;)))) No cóż – jedzenia, wina i pacierza nigdy nie odmawiam;D
        A co do stresu – niestety wtedy palę jak smok… Niezdrowe i niefajne, ale cóż:( A jak dłuższy okres stresowy, to chudnę w oczach, bo mój spięty organizm w ogóle nie myśli o jedzeniu:(

        • ik 25 maja 2022 at 2:04 pm- Odpowiedz

          Ze stresem i jego skutkami to zawsze jedna z dwóch sytuacji – zajadanie albo niejedzenie, bo nie wchodzi. I ani jedno, ani drugie nie jest dobre. Ale u mnie to zawsze było jedzenie i to w nadmiarze. Jest jeden wyjątek – jak mam chore koty, to wtedy przestaję jeść i wciśnięcie we mnie czegokolwiek graniczy z cudem.

  3. Graszka 25 maja 2022 at 12:57 pm- Odpowiedz

    U mnie jest to samo,mam napady na różne dania. Sery jadam różne, co z tym tutaj nie mam problemu dostać i nawet nie są drogie. Co uwielbiam tutaj jeść to warzywa i ryby (Włosi są naprawdę w tym dobrzy). Ja przestałam czytać opinie innych osób,jem poprostu to co lubię, widocznie w tym momencie mój organizm poprostu tego potrzebuje. Więc tak trzymaj Agnieszko!

    • ik 25 maja 2022 at 2:01 pm- Odpowiedz

      Ja nie wiem, o co chodzi, ale ryby we włoskim wykonaniu to coś genialnego, może to kwestia nieumiarkowania w dodawaniu tłuszczyku i przypraw?
      A w kwestiach jedzenia, to własny organizm zawsze jest mądry, tylko czasami nie umiemy go słuchać.

  4. Urszula 25 maja 2022 at 8:58 pm- Odpowiedz

    Z wielką przyjemnością uprawianego zawodu jestem biochemikiem i technologiem żywności. I jak czytam o takich produkcjach i zaleceniach, to szlag mnie trafia i krew zalewa, na zmianę. Jakie autorka ma podstawy, żeby wysnuwać takie kategoryczne stwierdzenia? Jak można bezkrytycznie formułować tak kategoryczne tezy? Ręce opadają. Na fali przekory planujemy z córką produkcję rewelacyjnego suplementu diety – gluten z laktozą. O smaku czekoladowym. A ja, osobiście, cały czas tworzę recepturę preparatu Łazarz II. Najlepiej w 5 smakach. Eko, bio, extra, forte super max.
    Przepraszam, zdenerwowałam się. Gdyby to była inna strona, użyłabym stosownego wulgaryzmu, ale tu nie śmiem :D
    Na mój ulubiony temat mogłabym długo, ale na szczęście (moje) mam studentów, którzy padają ofiarą. Powiem tylko tyle, że podczas Covida mój organizm życzył sobie jedynie jabłek i jogurtów. No i wody. Więc nie dyskutowałam, dostarczałam.
    Oczywiście, kiedy domaga się piątego piwa dyskutować należy…. :)

    • ik 26 maja 2022 at 5:27 am- Odpowiedz

      Bo to jest wielokrotnie ten przypadek, że „jak u mnie się sprawdziło, to znaczy, że działa”. U każdego, bez wyjątku i bez zastanowienia. I będę to przekonanie głosić na piśmie. Bo ja wiem, że można mieć nietolerancje i alergie, ale to trzeba sobie zbadać, a na dodatek te badania powtarzać, bo w rodzinnego doświadczenia wiem, że to się może zmienić. A najlepiej po prostu jeść, sprawdzać, jak nam z tym jedzeniem jest i nie panikować, że się zjadło gluten i laktozę.
      Mój organizm rzadko domaga się piątego piwa, ale kiedy domaga się winogron w dowolnym stanie skupienia, to też nie dyskutuję.
      I uprzedzam, że od dzisiaj „pożyczam” określenie glutenowo-laktozowy suplement diety o smaku czekoladowym :)))))))))))))))))))))

  5. Alva 26 maja 2022 at 9:05 am- Odpowiedz

    O jak rozumiem fazy żywieniowe :D Teraz mam fazę szparagową, niejako wymuszoną, bo sezon, ale za to objadam się za cały rok. I robię zapasy, bo skoro sezon, to się można obkupić i te zakupy pozamrażać :D
    A faza nabiałowa przypomina mi niezmiennie o mojej mamie, której lekarka zabroniła jeść i pić produkty mleczne, bo w jej wieku to już tylko szkodzi. Mama była niepocieszona, bo mleko uwielbia, no ale faktycznie jej szkodzi – więc kupiłam jej bezlaktozowe i o cudzie! Może je pić choćby litrami i nic jej nie jest! No ale wiecie, rozumiecie, bezlaktozowe to fanaberia i nienaturalne, i GMO, i nie wiem co jeszcze, ufoludki może.
    Od tej pory do wszelkich zakazów bądź nakazów w kwestii jedzenia podchodzę na luzie.
    Zainteresowałaś mnie tymi kopytkami z twarogiem, bo „normalnych” kopytek nie znoszę serdecznie, chyba że odgrywają rolę gnocchi i są zapiekane z różnymi wymyślnymi dodatkami :D Wtedy wrąbię wszystko razem :D Wypróbuję ten twaróg ;)

    • ik 26 maja 2022 at 11:32 am- Odpowiedz

      U nas mleko bez laktozy i mleka roślinne są od dawna, bo Andrzej się z laktozą dogaduje średnio, ale za to odkrywamy nowe smaki (i tak zachwalam z całego serca mleko owsiane z dodatkiem syropu klonowego, można pic zamiast deseru :))))). I też się nie bardzo martwimy tym, co piszą i mówią o tych „dziwnych” mlekach i o tych od krowy też, bo każde z nich według kogoś jest do kitu.
      A kopytka z twarogiem wypróbuj, może się okażą odkryciem, a my swoje często odgrzewamy razem z jakimiś dodatkami w piekarniku (wiesz, taki obiad, jak nie masz czasu na jego przygotowanie, a jednak zjeść chcesz).

      • Alva 27 maja 2022 at 7:06 am- Odpowiedz

        Mleka roślinne znamy i niektóre lubimy – w sumie to tylko sojowe jest ble, a migdałowe, owsiane czy ryżowe schodzą na pniu :D W ogóle zachwyca mnie różnorodność dostępnych, powiedzmy, że zamienników. Wegeburgery, kiełbaski roślinne, roślinny gyros, różnego rodzaju „wędliny” – nawet jeśli to wszystko jest podyktowane modą, to ja się z tej mody cieszę bardzo, bo – acz nie jestem ścisłą wegetarianką – mam ogromny wybór, czym zastąpić mięso, albo nawet nie zastąpić, a uzupełnić. I tak samo cieszę się z mody na żywienie bezglutenowe i bezlaktozowe, bo dzięki temu osoby, które faktycznie takiej diety potrzebują, mają dostęp do ogromnej różnorodności i nie są skazane na kilka produktów na krzyż.

        • ik 27 maja 2022 at 7:37 am- Odpowiedz

          Też uwielbiamy te roślinne „kiełbasko-burgery”. Warunkiem jest, że się człowiek nie nastawia, że to ma smakować jak mięso, bo nie smakuje. Ale jako rzecz z warzyw jest genialne w smaku.
          I mam podobnie z rzeczami dla osób, które z laktozą czy glutenem mają problem. Ja jeszcze pamiętam te czasy, kiedy w sklepach nie było absolutnie nic takiego (i wiem, że to dzisiaj dla niektórych brzmi jak bajka, ale tak było), a potem zaczęły się pojawiać pierwsze rzeczy i wiele osób skarżyło się, że to ma smak „jak za karę” i jeść się tego nie da.

  6. Lilka 26 maja 2022 at 7:54 pm- Odpowiedz

    no to ja tak prywatnie – proponuję posłuchać braci Rodzeń i zdrówka życzę

    • ik 27 maja 2022 at 6:03 am- Odpowiedz

      Za życzenia dziękuję, a braci Rodzeń, jak i doktor Dąbrowskiej, jak i Chodakowskiej słuchać mogę, ale szczerze wątpię, żebym się później do tego zastosowała w 100% ani nawet w 50%. Ja już tyle lat żyję na świecie z internetem (a wcześniej bardzo rozchwytywanymi spod księgarskiej lady książkami), ze nauczyłam się, że mody przemijają, badania naukowe robi się na nowo i nagle wychodzą inaczej, je się zupę z kapusty, nie je się kapusty, zaleca się kawę, wyklucza się kawę, jajka złe, jajka dobre. Jemy jak jaskiniowcy, jemy jak Japończycy. Co trzy lata zmiana trendu. I akurat keto w naszym domu odpada ze względu na zalecenia lekarzy w związku z Andrzejowym nadciśnieniem, a ja jako wegetarianka… trochę trudno jeść mięso :)))))

  7. Ula Hahnoma 30 maja 2022 at 7:55 am- Odpowiedz

    W kwestii kopytek i sera jestem ortodoksyjna – jak kluchy z serem to leniwe i na słodko, kopytka do wytrawnych dań. Ale nie wykluczam, że po degustacji mogłoby to się zmienić. Diet próbowałam różnych, bez skutku, po czym się okazało, że mam jednostkę chorobową i nawet jak bym jadła do góry nogami, to nie przyniosłoby to efektu. Więc, tego… Też lubię kluchy wszelkiej maści, mięsko sporadycznie, ale ostatnio z racji posiadania wspomnianej jednostki kluchy i ziemniaki musiały zejść na bok. Na szczęście jest tyle alternatyw, że jakoś bardzo nie tęsknię, a jak zatęsknię mocno to raz w miesiącu się da. Trochę boję się tak do końca słuchać organizmu, bo to zwodnicza bestia, a zwłaszcza mózg – lubi być dopieszczany a to cukrem, a to używkami i woła „zrób mi dobrze, pociesz mnie”, a to nie zawsze jest dobre dla całego organizmu ;-)

    • ik 30 maja 2022 at 10:32 am- Odpowiedz

      U nas jest ten problem, że nikt nie lubi leniwych na słodko, ale już kopytka z twarogiem na ostro, to tonami :)))
      Przy chorobach to się często okazuje, że można jeść samą sałatę, a organizm będzie zbierał kilogramy według własnego chorobowego uznania. Dobrze, że wiesz, co jest, bo jednostka znana to jednostka ujarzmiona (przynajmniej częściowo).
      Z tym jedzeniem, co organizm chce, to jest właśnie ten problem, że ja się zawsze trzy razy zastanowię, czy to mój organizm potrzebuje, czy mój mózg ma zachcianki. Bo jak mam ochotę na jogurt naturalny, to raczej zdrowe potrzebowanie, ale jak wafelki czekoladowe… To wtedy zjem dwa i tyle, a czasami najpierw poczekam trzy dni i jak po trzech dniach chcę, to ok, w małych ilościach. A już na pocieszanie jedzeniem to zrobiłam się wręcz przeczulona, bo latami tak żyłam – złość – czekolada, smutek – ciasteczka, gorsze samopoczucie – micha makaronu. Teraz na złe samopoczucie jest drzemka albo kocyk i dobra książka, na złość – spacer, a na brak energii – joga.

Zostaw komentarz