Jakimi rodzajami twórców jesteście? Takimi, co to mają wszystko zaplanowane? Plan jest święty i niezmienny, a ilość rozgrzebanych projektów określona i niezbyt duża? A może jesteście po drugiej stronie? Niczego nie planujecie? Jesteście żywiołowi, plany zmieniają się co dwa dni, a pod koniec miesiąca okazuje się, że macie siedem rozgrzebanych rzeczy, chęć na osiem kolejnych i ani śladu pomysłu, za co się najpierw zabrać?

Ja mam święte, granitowe przekonanie, że każdy działa tak, jak mu najlepiej i jeśli czuje się w swoim żywiołowym chaosie twórczym jak ryba w wodzie albo spokojnie przechodzi od jednego punktu planu do drugiego i daje mu to wielką satysfakcję, to niech niczego nie zmienia. Ale…

Ale ja sama długo szukałam złotego środka. Z jednej strony kocham listy, mało powiedziane – ja je pasjami uwielbiam! Z drugiej strony w kwestiach twórczych jestem czasami nadmiernie aktywna i na nowe, bardzo atrakcyjne pomysły wpadam kilka razy dziennie. Działanie bez planu wydaje mi się zbyt chaotyczne, a plan, taki sztywny, okazuje się mnie za bardzo ograniczać.

Szukając rozwiązania, próbowałam zapisywać pomysły na pojedynczych karteczkach i je później co jakiś czas przeglądać, sortować, układać w innej kolejności, oznaczać, co już robię, co może poczekać, co kolejne. Jakoś mi to nie pasowało, bo garść luźnych kartek nie pozwalała na szybko ogarnąć całość. Pomijam, że karteczka po skończeniu projektu lądowała w koszu. Nie zostawał po moim sukcesie żaden ślad, żaden znaczek na liście, że to zostało zrealizowane, a ja mam potrzebę posiadania namacalnych dowodów, że wymyślam, robię, kończę. Na dodatek te karteczki żyły własnym życiem i mnożyły się przez pączkowanie i nagle okazywało się, że jest ich za dużo.

I kilka miesięcy temu mnie olśniło – potrzebuję elastycznej listy, o skończonej liczbie punktów, tworzonej na bieżąco, prostej do ogarnięcia jednym rzutem oka, zmiennej, a jednak zapisanej, bo co zapisane to nabiera mocy urzędowej.

Najpierw zastanowiłam się, ile rozgrzebanych i zaplanowanych robótek i projektów chcę mieć. Biorąc pod uwagę, że znajdują się tam rzeczy na drutach, szydełku, plus tkanie, szycie, malowanie, markery do Sklep-IKu i co mi się w głowie wykluje, to nie może być za krótka. Wyszło mi, że 10 punktów to ideał (po kilku miesiącach potwierdzam, że u mnie to się sprawdza). Czyli mam 10 miejsc na wpisanie projektów. Jeśli któryś zostaje skończony, to go ładnie zaznaczam, że finisz został osiągnięty i od razu robię kolejną kropeczkę na dole na kolejny pomysł. I jeśli taki pomysł jest, to od razu zapisuję, a jeśli nie, to pusta kropka czeka na moje natchnienie. Od razu też widzę, które projekty są rozgrzebane najdłużej, bo są gdzieś hen, hen daleko na początku lub w środku listy, czasami otoczone mnóstwem innych zakończonych pomysłów, a one sobie czekają. Wtedy mam dwa wyjścia. Albo wiem, że to taki rozgrzebaniec, którym może lepiej zająć się jak najszybciej, bo zaczyna zarastać kurzem, albo sobie odpuścić (bo czasami nawet oczek nie nabrałam lub tkaniny nie wybrałam, bo mi się pomysł przestał podobać). Wtedy albo kończę, albo skreślam i uzyskuję nowe wolne miejsce, kropeczkę na kolejny projekt, bardziej atrakcyjny.

Jeśli spróbujecie tworzenia elastycznych list – i to nie tylko w kwestiach twórczych, bo wiem, że to się sprawdzi również w kwestii literatury, jeśli ktoś czytuje więcej niż jedną książkę w tym samym czasie – to dajcie znać (ja potrafię dobić do sześciu, biorąc pod uwagę moje lektury papierowe i ebooki, plus to, czego słucham i to, co czytamy wspólnie z Andrzejem). Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń.

17 komentarzy

  1. Kola 10 marca 2022 at 9:49 am- Odpowiedz

    A ja chyba jestem trochę dziwna, i w szaleństwie twórczości niekonsekwentna😂 Bo tak – jak tworzę, to na zasadzie „ahoj przygodo!”, i mnie niesie spontan, konik polny i tornado bez granic. Ale zawsze tylko jeden projekt naraz. Czyli – skończę, albo stwierdzę, że to jednak nie to i spruję/unicestwię, i dopiero zaczynam następny. Często-gęsto tworząc jedno, już sobie wymyślam i układam w głowie następny projekt, szczegóły techniczne itd, ale choćby nie wiem jak mnie do tego następnego ciągnęło, nie porzucę w trakcie poprzedniego😂 Nie mam włóczek kupionych dla miecia, kupuję zawsze pod konkretny projekt (albo projekty), i potem mnie roznosi, bo już wymyślone, zaprojektowane, i chcę zaczynać już, natentychmiast, przekonać się jak wyjdzie, czy to technicznie/kolorystycznie będzie takie jak w wyobraźni, a tu trzeba czekać na paczkę…😂 Ostatnio o 3 w nocy wstałam pomalować podstawek od kwiatka, bo mnie nagle pomysł napadł, i kto by czekał do rana😂 Jak jestem w ciągu twórczym, to mi nawet szkoda czasu na jedzenie, i chudnę😂😂 Bo jem (łykam jak pelikan) jakieś żarcie tylko wtedy, gdy żołądek już wyje, bo mi szkoda odłożyć robótkę nawet na te 20min zrobienia i zjedzenia kanapek😂 Ostatni nieco ponad tydzień, w którym zrobiłam 3 niezmiernie wciągające rzeczy, to były 2 kilo na minusie😂 Potem się dopiero najadłam, wyspałam i zauważyłam, że chyba trzeba posprzątać😂 Więc u mnie listy jakiekolwiek nie mają sensu. Chyba, że taka z jednym napisem: „oprócz tworzenia nie zapomnij o innych czynnościach życiowych”😂 Podobnie z książkami – czytam jedną, i albo ją kończę, albo uznaję, że nie jest warta mojego czasu, i dopiero wtedy zaczynam następną😉 A jak mnie naprawdę wciągnie, to do ostatniej kropki, nawet jeśli by to oznaczało do 8 rano😂

    • ik 10 marca 2022 at 10:26 am- Odpowiedz

      Czyli to pasja, ale bardzo ukierunkowana i ilościowo trzymana w ryzach.
      U mnie takie podejście miało miejsce jeszcze kilka lat temu – jak książka dobra, to czytana do ostatniej strony i niech nawet będzie świt, ale nie odłożę. Jak robótka, to czasami bez zatrzymywania godzinami i wieczór zamieniał się w noc. To się bardzo zmieniło, kiedy zmieniliśmy tryb życia i sensowne godziny spania uznaliśmy za tak samo ważne, jak jedzenie i ruch. Dlatego teraz na takie szaleństwa staram się nie pozwalać sobie za często, bo to oznacza, że „burzę grunt” i wybijam z rytmu dnia i nocy wszystkich dwunożnych i czworonożnych.
      Za to chyba nigdy nie czytałam tylko jednej książki i nie zajmowałam się tylko innym projektem (to może i częściej, ale też skrajnie rzadko). Książkowo naprawdę potrafię mieć cały stos właśnie czytanych książek :))))

      • Kola 10 marca 2022 at 10:48 am- Odpowiedz

        Pasja do robótek ilościowo trzymana w ryzach, bo po pierwsze bym zbankrutowała na włoczki i materiały do realizacji wszystkich pomysłów, a po drugie mieszkania by mi nie starczyło na upychanie tych zrobionych 😂😂😂 Bo jakbym miała zrobić wszystko, co w głowie siedzi, to… ohohiohoho😂😂😂 A książek nie umiem naraz kilku, bo się gubię co się w której działo, i podziwiam wszystkich, którzy umieją mieć stosik jednocześnie😁

        • ik 10 marca 2022 at 10:58 am- Odpowiedz

          To dla ubawienia Cię opiszę Ci, jak wygląda wieczorne czytanie. Zaczynamy od czegoś, co czytamy na głos, rodzinnie. Po czym na bank któryś kot dochodzi do wniosku, że świat się kończy, człowiek jest potrzebny od ręki, bo zabawka gdzieś wpadła, kuweta do posprzątania albo poidełko się nie włączyło… Andrzej idzie ratować koci świat, a ja sięgam po swoją książkę, którą mam zawsze pod ręką na wszelki wypadek i czytam czasem pół strony, czasem stronę. Andrzej wraca, czytamy to, co wspólne i znowu jest kocie darcie ryłka i od nowa… :)))))) Ale fakt, że nigdy nie wybieram do jednoczesnego czytania książek z tej samej „półki”, teraz mamy rodzinny kryminał, a ja mam dwie biografie.

          • Kola 10 marca 2022 at 11:19 am- Odpowiedz

            O rany😂 To tym bardziej podziwiam🤩 Kompletnie sobie nie wyobrażam takiego przeskakiwania. U nas ja ze swoją książką, mój ze swoją, czasem ktoś komuś na głos przeczyta jakieś zdanie/fragment, i tyle😁 Poza tym obydwoje „żyjemy na bibliotece”, bo jakbyśmy mieli kupować to co chcemy przeczytać, to książki by nas z domu wypchnęły😂 Więc pożyczone kilka, sprawnie przeczytane, oddane i pożyczone kolejne… Nie ma szans na czytanie po kilka stron jednej pozycji przez kilka miesięcy, bo termin zwrotu trzyma nas w ryzach😉

  2. Ula Hahnoma 10 marca 2022 at 10:50 am- Odpowiedz

    Nie mam listy, ale i nie całkiem idę na żywioł. Maksymalna ilość to tak do 5 rozgrzebanych robótek, bo tyle jestem w stanie spamiętać, pod warunkiem, że nie odkręcam drutów ;-) Pilnuję tego i systematycznie kończę jedno, żeby zacząć drugie – w sumie podobne to do Twojej listy, tylko zawiera 5 punktów no i nie jest nigdzie zapisane :-) Lubię mieć jedną robótkę jako zapchajdziurę, tzn. jak już skończę moje wymarzone i nie mam nic nowego, albo muszę poczekać na brakujące moteczki, to wtedy przydaje się takie coś, co sobie relaksacyjnie mogę podziergać. Gdybym miała tworzyć listę, to byłby jej stały element i fakt, że na tej liście jest dość długo, nie byłby dla projektu dyskwalifikujący :-)

    • ik 10 marca 2022 at 11:00 am- Odpowiedz

      Ja bym na swojej liście przez ostatnie miesiące ciągle mogła mieć punkt „chusta z resztek”, bo po pierwsze to u mnie robótka serialowa, po drugie ostatnio również robótka samochodowa, a w podróżach spędzamy ostatnio… sporo i do tego taka bezpieczna robota, kiedy mam zbyt zakręconą głowę, żeby się zajmować czymś wymagającym. Trzy już powstały, a właśnie rozgrzebałam w czasie ostatniej podróży kolejną :)

  3. Bodzia 11 marca 2022 at 4:46 pm- Odpowiedz

    Lista?… nigdy nie tworzę list, bo u mnie stałym elementem jest niezmienność :) :) :) Próbuje rozwijać moje hobby tak, aby stało się kiedyś pomysłem na życie, ale… pracuję również zawodowo, do tego z ludźmi, często jestem w rozjazdach i moje plany często są torpedowane przez ciągle zmieniajace się sytuacje i dlatego najczęściej idę na żywioł :) Druty czy szydełko nie ma znaczenia. Jeżeli uczestniczę w jakimś CALu to staram się dotrzymywać tempa, jeżeli mam własny projekt, to tworzę raczej w oparciu o zapasy włóczek i często zajmuje mi to czas do późnych godzin nocnych :) Działam intuicyjnie, staram się nie mieć wielu rozgrzebanych robótek, ale nie mogę zejść poniżej 5! Nie to, że nie chcę ale docieram to etapu chowania nitek i chusta, sweter, szal- leży :):):) Mam chyba coś takiego, że proces tworzenia uznaje za zakończony a nitki to już jest pryszcz :) W głowie mam masę pomysłów i gdyby nie normalne życie = praca, dom, dzieci – to praktycznie spędzałabym przy drutach i szydełku cały czas :) Natomiast ksiązki to inna sprawa, niestety nie mogę dziergać i czytać jednocześnie a ebooki to dla mnie nie książki… Muszę mieć kartki :) w domu mamy książek lekko ponad 300 i dlatego zasilam ostatnio bibliotekę swoimi książkami i korzystam z jej zasobów, aby nie kupować, bo brak miejsca to zmora naszego mieszkania. Ostatnio panie z biblioteki przedłużają mi kolejny raz (4?) termin wypożyczenia bo nie mam kiedy czytać … czyli podsumowując – listy nie są dla mnie dobre bo nie byłabym w stanie dotrzymać punktów a ksiązki czytam ostatnio okazyjnie i bardzo nad tym boleję… Za to pracuję non stop :)

    • ik 11 marca 2022 at 7:23 pm- Odpowiedz

      I jak ktoś wie, że listy to nie jego bajka, to nie ma się co zmuszać.
      Co do chowania nitek, to ja od dawna wmówiłam sobie, że to jest element robótki, nawet pranie traktuję jako coś, co jest niezbędne do ogłoszenia, że skończyłam i mogę skreślać z listy, bo jak nie… to leży i czeka na zmiłowanie, żebym te nitki pochowała.

  4. Alva 12 marca 2022 at 9:14 am- Odpowiedz

    Kocham listy! Mam listę książek do przeczytania, listę filmów do obejrzenia, listę miejsc do odwiedzenia – a w tym wszystkim jeszcze podlisty i nadlisty :D Nie są jakoś szczególnie ograniczone, bo wiadomo, nowe książki się wydają, nowe filmy wychodzą na ekrany, nagle stają się dostępne (bądź właśnie nie) nowe miejsca. Zasadniczo najważniejsza jest lista książek – co roku jest 300 żelaznych pozycji, spośród których wybieram przede wszystkim, ale jak mi wpadnie coś innego w oko, to czemu nie. Sztywne trzymanie się planu nie jest dla mnie, bo od razu odbiera mi chęć czytania. Listy planów robótkowych nie robię, to jedyny aspekt, w którym idę całkowicie na żywioł. Ale zapisuję je w momencie, kiedy zaczynam. Jeśli nie skończę, bo mi się przestanie podobać – wykreślam i tyle.
    A listy robię w bullet journal – jak ja funkcjonowałam przed odkryciem BuJo, to naprawdę nie wiem. Wszystko w jednym miejscu, można wykreślać, dopisywać, zaznaczać, odznaczać, kolorowo bądź ołówkiem, przyczepiać karteczki i je odrywać, no raj na ziemi :D

    • ik 12 marca 2022 at 12:45 pm- Odpowiedz

      Oooo, podlisty i nadlisty to u mnie też coś, co się dzieje w zasadzie przy każdej zwykłej liście, ale to zazwyczaj plan na dany tydzień, żeby wiedzieć, co najważniejsze, a przy książkach często mam przypominajki o nowościach i premierach.
      Swoje listy zebrałam w jednym miejscu w zeszłym roku (no, robótkowe są jeszcze w dwóch miejscach, ale czas to uporządkować), też w zeszycie i może nie BuJo, ale potrafię wyobrazić sobie wygodę posiadania takowego. Poza tym one są po prostu estetycznie cudne i dla samego cieszenia oczu warto :)))

  5. Maria 14 marca 2022 at 5:45 pm- Odpowiedz

    Lubię listy, ale traktuję je wybitnie użytkowo, dlatego albo są w notatniku na tablecie/telefonie, albo na jakimś świstku, który wygodnie włożyć do kieszeni (lista zakupowa), za okładkę kalendarza, czy gdzie akurat jest wygodnie.
    Robótkowo spisuję tylko wymarzone swetry z już posiadanych włóczek. Do tej stałej listy sięgam regularnie pomiędzy robótkami spontanicznymi. Bez przymusu, zaglądam, zamyślam się i sprawdzam, czy któryś z pielęgnowanych od dawna pomysłów dojrzał. Jak któryś z pomysłów już mnie kompletnie nie nęci, to go wykreślam, podobnie jest, gdy pojawi się nowy, lepszy pomysł na wcześniej planowane nitki.
    Życiowo bardzo sobie cenię system list. Są sprawy, które muszą dojrzeć, potrzebują sprawdzenia czegoś, dopytania i wybrania właściwego momentu na realizację. Czasem jest 1001 spraw do ogarnięcia w jeden dzień albo cała sekwencja czynności, która ma sens tylko w odpowiedniej kolejności… Lista w takich sytuacjach jest najlepszym rozwiązaniem.
    Bardzo mi się podoba Twój system 10 kropek. Widzę w nim spore możliwości porządkowe i dla mnie :)
    A książkowo? O, tu idę kompletnie na żywioł, choć staram się mieć lekturę wiodącą i różne inne poboczne. Wiodąca jest zwykle w czytniku, a reszta w papierze. Takie drobne usystematyzowanie czytelnictwa dobrze mi robi na skuteczność.

    • ik 14 marca 2022 at 6:37 pm- Odpowiedz

      W sferze zakupowej to ja pochwalę męża. Stworzył coś w rodzaju „master list”, na której jest zestaw produktów, które lubimy lub które powinny być w domu. Zakupy robimy raz w tygodniu i jak przychodzi do robienia listy, to się leci po kolei po punktach gotowej listy i tylko zaznacza, co w tym tygodniu potrzebne plus dopisanie czegoś zupełnie ekstraordynaryjnego. Plus jest taki, że skończyło się zapominanie, że coś trzeba kupić.
      Taką listę wymarzonych projektów, to ja mam przy tkaniu, też sobie tam od czasu do czasu zaglądam, dopiszę coś, pokombinuję, zastanowię się, czy już jest pora na takie szaleństwo, a ostatnio nawet zaczynam coś skreślać, bo na przykład spróbowałam jakiejś techniki. To chyba taka lista, która jest najbardziej długoterminowa i zupełnie mi to nie przeszkadza, że niektóre punkty pewnie będę realizować za kilka lat.
      A co do spraw, które po prostu list wymagają, to ja właśnie taki okres przechodzę, bo zamykanie spraw po mamie dokładnie tak wygląda – coś trzeba najpierw, coś jest konsekwencją, coś wymaga wcześniejszego telefonu… Bez list i to bardzo rozbudowanych poczułabym się zagubiona, zanim bym dobrze zaczęła.
      Daj znać, jak się sprawdziły listy dziesięciopunktowe.

  6. KatarzynaAnna 17 marca 2022 at 9:57 pm- Odpowiedz

    A ja list nie lubię. Sama nie wiem dlaczego, ale nawet jak idę do sklepu po kilkanaście rzeczy, to listy nie robię, choć wiem, że na bank skończy się to tym, że czegoś potrzebnego nie kupię za to przyniosę czwarte opakowanie makaronu spaghetti bo wydawało mi się, że właśnie się skończyło… Zawsze tylko w głowie planuję, rozważam i snuję różne wizje. Z robótkami mam tak, że raczej nie rozgrzebuję kilku naraz, jak szyję to szyję, jak dziergam to dziergam. Rzadko rozpoczynam dwa projekty naraz, a jeśli już to zwykle z jakiegoś powodu (np. włóczki zabrakło i czekam na dostawę) i to tylko wtedy gdy są z innej dziedziny np. szycie i dzierganie. Z książkami mam podobnie, lubię zacząć i skończyć i dopiero brać się za nowe :)

    • ik 18 marca 2022 at 6:46 am- Odpowiedz

      Ja do sklepu bez listy nie wchodzę, bo na bank nie kupię połowy :)
      Osoby, które są na tyle zdyscyplinowane, że skupiają się na jednym projekcie od początku do końca, a dopiero po zakończeniu biorą się za kolejny, podziwiam. Ja niestety jestem zbyt niecierpliwa i jak mi coś wpadnie do głowy, to czekanie… no, nie wychodzi :)

  7. Urszula 24 marca 2022 at 11:35 pm- Odpowiedz

    Ja tworze listy w pracy. Znaczy, jadąc komunikacja miejską do układam w głowie. Wchodzę, spisuję na jakiejś kartce odzysku (zbieram od wszystkich pracowników tzw. wtórniki) i w zależności od nastroju (życie jest piękne, forever young i vice versa czy może memento mori) ta lista jest mniej lub bardziej ogólna. W przypadku pierwszym – szczegółowa np. mail do pana X, telefon do pani Y, sprawozdanie merytoryczne/finansowe, krótka sesja w labie itp. W przypadku drugim – zaległe maile, zaległe telefony, zaległe papiery, zaległe badania… Wiadomo, szczegółowe, pojedyncze zadania robi się szybko, człowiek wykreśla i jest szczęśliwy, bo ma poczucie panowania nad czasem i przestrzenią. Te ogólne – nie da się, ale za to doskonale usprawiedliwiają i pogłębiają nastrój pt. memento mori. I można do woli taplać się w g….na poziomie dna Rowu Mariańskiego. Czyli błędne koło.
    Najbardziej dręczy mnie poczucie zmarnowanego czasu, bo przecież mogłabym coś zrobić, coś odhaczyć, a tymczasem kontempluję lub się taplam. Nienawidzę list. A konkretnie tego, co mówią o mnie.

    • ik 25 marca 2022 at 8:10 am- Odpowiedz

      Jak się jest w czarnej dziurze (żeby nie napisać dosadniej), to masz rację – listami można się zdołować jeszcze bardziej, bo one przestają wtedy działać jak motywator, a działają jak narzędzie do samobiczowania, dowód i to na piśmie, że się człowiek do niczego nie nadaje. Może to są te okresy, kiedy o listach należałoby zapomnieć, robić je wtedy, kiedy się jednak ma nastrój w tęczowe jednorożce.
      Ale jednego ja się nauczyłam – tak, mam okresy, kiedy moja wydajność spada do zerowego poziomu, kiedy nie robię niczego, kiedy na żadnej liście nie mam nawet szansy na wykreślenie jednego punktu, kiedy mam poczucie beznadziejnej nieproduktywności i stwierdzam wtedy, że ok, wyhamowałam, postoję, popatrzę, porozglądam się, ponudzę, a jak się znudzę, to coś mi się zachce. W ciągu ostatnich miesięcy takich momentów było mnóstwo, bo byłam zmęczona, zestresowana, przestraszona, miałam głowę zajętą rzeczami, o których nigdy bym nie chciała myśleć. Przeszło w końcu, sytuacja się uspokoiła, ja się wyspałam, zaczynam robić listy.
      I nie, listy nie mówią niczego o Tobie, co najwyżej o Twojej kondycji psychicznej, a to już inna bajka.

Zostaw komentarz