Raport z krosna, żeby nie było, że nic się nie dzieje, bo dzieje się i to bardzo satysfakcjonująco (długie słowo).

Pamiętacie na pewno coś, co pojawiło się niedawno – czarno-biało-różowy pas tkaniny, który powstawał jako „wprawka” w nowej technice.

Na zdjęciu powyżej jeszcze nie było widać, że dodatkowa nitka wzoru jest gradientowa i z tej mlecznej bieli zaczyna się zmieniać w pastelowy róż (jak nic, jest to budyń malinowy!), a na końcu w całkiem zjadliwą fuksję (gdyby ktoś pytał, to Estońska Landrynka) – co widać poniżej. Na czerni wygląda to genialnie i już w trakcie tkania, kiedy wiedziałam, że wyjdzie i nie schrzanię całości, bo brak mi doświadczenia w takim sposobie tkania (chociaż jeden błąd jest, pomyliły mi się przy jednym kwiatku rzędy wzoru i ostatecznie jest o dwa rzędy mniej, ale to ja wiem, mnie w oczy kole, ale osoba patrząca na całość raczej się szybko nie dopatrzy), a zatem wracając, kiedy wiedziałam, że wyjdzie, to zaczęły mi w głowie kiełkować pomysły, do czego tego „ćwiczebnego” fragmentu użyć. I tak tkałam, kombinowałam i nagle zamarzyła mi się spódnica… i tu się zaczęło!

W pudle z materiałami mam kawał czarnego materiału, który przywiozłam po sprzątaniu mieszkania po mamie i nie miałam na niego pomysłu, bo ja czerni nie kocham z wielu powodów. Po drugie mam tkaninę w idealnie pasującym różowym odcieniu fuksji. Po trzecie przecież ja do tego chcę, pożądam wręcz krajkę, ręcznie tkaną, co właśnie się dzieje i macie udokumentowane, ale o krajce za chwilę, bo to też niezły eksperyment. A po czwarte… czarny tiul! I po piąte hafty na materiale. I ja wiem, że na razie te wszystkie rzeczy oznaczają dość bizantyjską spódnicę, ale czy ja muszę mieć w szafie tylko takie grzeczne? Nie, żebym rzeczywiście miała tylko takie, bo jedna cygańska się znajdzie i druga mniej, ale też falbaniasta, ale powiedzmy, że takiej bardzo wariackiej i zdobnej nie mam. To sobie utkam, wyhaftuję i uszyję! A co!

To wracamy do krajki. To, że będzie czarno-biało-różowa, to było wiadomo i nawet ten róż pasuje odcieniem do średniego nasycenia różu w gotowej tkaninie z wzorem. Ale była mała zagwozdka. Moje duże krosno do krajek daje możliwość osnucia czegoś nieco dłuższego niż dwa metry, ale tylko nieco, a ja potrzebowałam więcej i wcale nie miałam ochoty tkać tego na dwa razy, w dwóch fragmentach. Bo tu by zadziałał „syndrom drugiej skarpetki/rękawa”, pierwszy kawałek utkałabym szybciutko i chyżo, a drugi… pewnie czekałby na zmiłowanie tygodniami. Po drugie chciałam tę krajkę szeroką, a im szerzej na krosnach do krajek, tym bardziej trzeba pilnować, żeby się jakieś nitki osnowy nie zsunęły i nie oddaliły w niebyt. A że od dawna chciałam spróbować utkać krajkę osnutą na zwykłych krosnach, to doszłam do wniosku, że to idealny moment na eksperymenty. Przygotowałam sobie mniej więcej 4 metry osnowy, przeniosłam na krosno i okazało się, że to, czego bałam się najbardziej, czyli, że będzie mi jakoś dziwnie i niewygodnie, nie miało miejsca. Druga obawa, że nie zapanuję nad szerokością krajki, bo im szerzej, tym trudniej i będę tworzyć coś, co będzie miało brzegi w wężyki, falbanki i nierówności, też się nie stało, dzięki, o tkackie boginie! Wprawdzie cały czas mam odruch łapania za siatkę i dobijania nitki siatką… Co tu nie działa! Tutaj robi się to czółenkiem, ale z każdym metrem pewnie tego odruchu będzie mniej. Ale jako całokształt – pełen zachwyt.

I ja chyba już gdzieś pisałam, że uwielbiam krajki. Ich wygląd, układ kolorów, a raczej nieskończona liczba możliwości tych układów, precyzja i piękno bawełnianej nitki… Cuda z nitki, panie i panowie, cuda!

To ja tkam, kombinuję, jak ma wyglądać cała spódnica, dziergam tęczowe skarpetki w przerwach od tkania i kombinowania, a gdzieś z tyłu głowy już się mielą pomysły na wzór do tkania na podkładki do salonowych stolików i drugi na ozdobne poduszki do sypialni… Czyli mogę spokojnie parafrazować Marnegopopisa z Asterixa i Obelixa: „O chyba coś mam! Uknułam iście szatańską intrygę. Nie właściwie dwie… trzy! Co za napływ myśli!”

A co u Was na krosnach, drutach, szydełku, maszynie? I jakie plany Wam się kłębią w głowie? Coś wariackiego?

9 komentarzy

  1. Kola 28 maja 2022 at 3:41 pm- Odpowiedz

    Och!!! Cudo wymyśliłaś, już tę spódnicę widzę oczyma duszy mej!!! Będzie cudna!!!
    U mnie w środę się uszyła sukienka dla Mamy na dzień matki (Mama kocha maki i nienawidzi prasowania, więc wyszukałam na Allegro muślin double gaze w piękne maki, naturalnie gnieciony, czyli uprać strzepnąć powiesić i można nosić, i uszyłam prostą luźną kieckę… Więc Mama dostała maki, które nie zwiędną;)). A na szydełku aktualnie motek ombre, który dostałam na testy… Trafiły mi się kolory, po które nigdy bym sama nie sięgnęła – od paprociowej zieleni, przez żółty do rudo-pomarańczowych. Wczoraj przyszedł, i pierwsze wrażenie było w stylu „hmmm, yyyy, noooo… zrobię i będzie na prezent”, a teraz jestem prawie w połowie, i coraz bardziej mi się gęba do tego śmieje:) Czasem takie zaskoczenia są super, kartonik z jajkiem-niespodzianką może niezle poszerzyć horyzonty pojmowania „swoich” kolorów :D

    • ik 28 maja 2022 at 5:38 pm- Odpowiedz

      Jak już sobie przygotuję wszystkie elementy tej spódnicowej układanki, to coś czuję, że polecę na żywioł, dodając i doszywając aż do chwili, kiedy stwierdzę, że dość :))))
      A nietypowe kolory, takie, których byśmy się się same nie zdecydowały kupić, a pojawiają się przypadkiem, to fajna sprawa, ja tak miewam z motkami przysłanymi do przetestowania przez producentów, więc wiem, co czujesz. Dobrej zabawy!

      • Kola 29 maja 2022 at 7:34 am- Odpowiedz

        Coś czuję, że układanie tej spódnicowej układanki to będzie najlepsza zabawa!!
        A mojej chuście zostało tylko kilka ostatnich rzędów, i coraz bardziej myślę, że chyba nie będzie na prezent… ;) O ile te szydełkowe ażury po blokowaniu osiągną sensowny rozmiar, bo to niestety tylko 1000m motek, a ja z racji wzrostu małych chust nie noszę, bo się czuję jak w chustkach dla lalek;)

  2. Urszula 29 maja 2022 at 7:07 pm- Odpowiedz

    Ja zrobiłam dla Mamy serwetkę „podróżną”, ze starej strony (jeszcze raz dzięki za wzór), mam rozgrzebane dwa virusy jako robótki stricte podróżne (osiągnęły rozmiar pozapociągowy). Wiec pewnie na kolejny wyjazd zacznę coś nowego :) Póki co spełniam się diałkowo-tarsowo i uprawiam rękodzieło zupełnie innego pokroju – odnawiam i renowuję. Stary kredens i podstawę maszyny do szycia , która ma być docelowo elementem stolika pod umywalkę. I tu pojawia się spinający w całość element koloru. Otóż będąc w którymś z moich ukochanych sklepów – budowlanym (tak, to obok pasmanterii miejsce, które mnie nigdy nie nudzi :) kupiłam na promocji farbę pt. goździkowy róż. Z 20 na 7 zeta, jak tu nie kupić? I co z tego, że każdy, kto mnie zna, wie, że różu nienawidzę i z własnej woli NIGDY!!!!! Tak więc mój stary, dostojny kredens zyskał różowe wnętrze…Własny mąż zaniemówił, mama poradziła z troską wizytę u psychologa a mnie….się podoba!

    • ik 30 maja 2022 at 5:07 am- Odpowiedz

      Najważniejsze, że się podoba, otoczenie otrząśnie się z szoku i może przyjmie do wiadomości, że nagłe zainteresowanie różem nie musi być oznaką kryzysu życiowego :)))))
      A ja chyba zacznę grzecznie prosić o zdjęcia tych odrestaurowanych mebli, z uwzględnieniem wnętrz, jak się okazuje.

  3. Alva 30 maja 2022 at 7:37 am- Odpowiedz

    Bizantyjskość w ubiorze to jest to, co pochwalam zawsze, bo niby czemu wszystko ma być szare bure i ponure, dajmy temu światu trochę radości…
    Mam na drutach chustę pod tytułem „co się nawinie”. Wykańczam niedobitki motków i motki pojedyncze, które kupiłam jedna światłość wie po co. Na początku próbowałam ułożyć z tego jakiś sensowny wzór, albo chociaż doprowadzić do tego, żeby chusta była symetryczna – ale nie da się, bo za duża różnorodność i długość motków, musiałabym obsesyjnie ważyć i wyliczać. Nie chce mi się :P Będzie mozaika wściekle kolorowa na szarym tle. Jak mi się efekt spodoba, to chustę przeznaczę na aukcje dla WOŚP albo Ukrainy.

    • ik 30 maja 2022 at 10:26 am- Odpowiedz

      Kolorowa, szalona tęcza na szarym tle to zawsze coś, co robi wrażenie, więc bez obaw, będzie świetna!
      Ja „dojrzewam psychicznie” do zrobienia czegoś z moteczkami mini, których mi się nazbierało mnóstwo, możliwe, że powstanie coś szalonego tkanego, bo to tez zawsze pomysł na niepasujące do siebie nijak resztki.

      • Jadzia 1 czerwca 2022 at 6:46 pm- Odpowiedz

        Chciałabym zobaczyć kiedyś tkanie ja żywo. Bo czytam o nim u Ciebie z przyjemnością i podziwiam efekty Twoich szaleństw, a jednocześnie nie umiem sobie tego wyobrazić.
        U mnie na drutach top lniany na lato. Mam już jeden z zeszłego roku ze wzoru dropsa „Strawberry summer”. Teraz robię bardziej dopasowany do mojej sylwetki i mam nadzieję, że te zmiany się opłacą. W każdym razie na razie mi się podoba.
        A w głowie pomysł na sukienkę, też Dropsa, ale z midara Amber Flower. Dużo zmian planuję w dropsowym projekcie, więc gdy nie dziergam, to przeglądam różne prace i zapisuję pomysły jak dostosować sukienkę do mnie. Tylko ze względu na cienkość nitki, to będzie pewnie projekt roczny. Udało mi się zdobyć w sklepiku włóczkę na promocji i bardzo mnie to cieszy (razem z Panamą że Stenli, która może szybciej wskoczy na druty mimo wszystko), zwłaszcza, że dostałam dokładnie taki motek, o jaki prosiłam. :)

        • ik 2 czerwca 2022 at 5:47 am- Odpowiedz

          Filmy na YT lub Instagramie to najszybszy sposób, żeby sobie obejrzeć tkanie i to w zasadzie każdy jego etap, od osnuwania krosna po machanie czółenkiem.
          A plany robótkowe wydają się bogate! I bardzo dobrze, niech wszystkie się dzieją bezproblemowo.

Zostaw komentarz