Obiektywnie stwierdzam, że nie nadaję się do prowadzania instagramowego konta o książkach, które przyniesie mi sławę, pieniądze, rozpoznawalność „na dzielni” i zaproszenia do programów śniadaniowych w stacjach komercyjnych i zorientowanych prorządowo. Dlaczego?

Otóż bookstagramowe konta są zawsze na czasie. Wychodzi jakaś nowość wydawnicza, a influencer książkowy już ma gotową recenzję, bo miał egzemplarz przesłany wcześniej, przeczytał, opisał i wrzuca wpis tak gorący jak świeże bułeczki wyjmowane przez Andrzeja prosto z piekarnika. Śledzenie wszelkich premier, zapowiedzi, szeptów i plotek ze świata książkowego nie tylko jest mile widziane, ale wręcz niezbędne. Oczywiście o klimatycznych zdjęciach, z filiżanką parującej herbaty i ciasteczkami (znowu Andrzej by się wykazał) nawet nie wspomnę.

I ja bym to wszystko mogła. Teoretycznie, a częściowo nawet praktycznie, bo nowości i zapowiedzi śledzę uważnie i mam jako takie pojęcie, co kto wydaje i kiedy. Na niektóre premiery czekam jako ta kania na deżdż (tak, sprawdziłam, jak się deklinuje „dżdżu” i słownik mi podpowiedział, bo pojęcie miałam mgliste). Recenzję napiszę, to spoko. Kadr do zdjęcia poukładam, poproszę męża, pomoże. Czyli bym mogła. To dlaczego wiem, że mi nie wyjdzie? Bo…

Zilustruję przykładem. Mam całą listę najświeższych nowości, które nęcą i intrygują. Wybieram jedną z nich i na bank będę czytać, przecież nowość, przecież czekałam. Niestety między decyzją, a przeczytaniem pierwszego akapitu przydarza się „nieszczęście” – wchodzę na antresolę, żeby odłożyć poprzednią przeczytaną książkę na półkę. A półki mi się zapełniły tomami przywiezionymi z rodzinnego domu, do których mam sentyment, które mają swoją emocjonalną historię w mojej głowie. Ja w ogóle zostawiam we własnej biblioteczce tylko to, co jest skazane na powtórne czytanie, a książki „jednorazowe”, miłe, ale nie zostawiające żadnych wielkich wrażeń odkładam i regularnie wysyłam w świat, dając im kolejne czytelnicze życie w bibliotekach, hospicjach, domach dziecka. Zatem na półkach mam to, co znam, lubię, do czego wracam. Koniec dygresji, proces odkładania przeczytanego egzemplarza trwa, moje oko ląduje na okładce tak zniszczonej, że aż wydaje się rozpadać (ach, ta technologia klejenia książek w czasach słusznie minionych), ręka sama sięga, książka się sama otwiera i pół godziny później Andrzej zaczyna akcję poszukiwawczą, bo żona mu zaginęła. A żona się zaczytała. I tym sposobem świeżutka nowość ląduje z powrotem na liście „do przeczytania, może, kiedyś”, a ja z uśmiechem na ustach wracam do tego, co znam i co kocham.

Teraz już rozumiecie, czemu byłaby ze mnie bardzo marna bookstagramerka zarabiająca na swoich postach? Ekscytacja nowościami zawsze byłaby u mnie mniejsza niż przyjemność wracania do tego, co znam i kocham. Trudno, ta ścieżka kariery nie dla mnie. Będę nadal pisać o książkach dla Was, o tych moich uwielbianych starociach też.

W ramach ilustracji zdjęciowej wystąpiły książki, które zniosłam do czytania jako następną „paczkę tematyczną” – Kosidowski i Ceram. Ostatnio czytałam je jako dziecko i oczywiście natychmiast zapragnęłam zostać archeologiem. Wizja mnie na jakiejś spalonej słońcem pustyni, machającej pędzelkiem, żeby usunąć piaseczek, skarby wykopywane z ziemi… mumie… I tu mi stanowczo przechodziła chęć zostawania archeologiem, bo mumii i czaszek jako dziecko bałam się panicznie i sama świadomość, że mogłabym na taką „niespodziankę” trafić, powodowała, że rewidowałam swoje pomysły na zajęcie zarobkowe – kolejna ścieżka kariery nie dla mnie :))))

10 komentarzy

  1. aśka 26 marca 2022 at 6:24 pm- Odpowiedz

    Agnieszka, gdybyś Ty mi poleciła książkę to czytałabym w ciemno, bo wiem, że czytasz od zawsze, że jesteś oczytana i jesteś szczera. Może to brzydko zabrzmiało, ale ja nie ufam tym ochom i achom na blogach książkowych. Wiem, że dużo można dla kasy robić. Wiem. Jednakże nie rozumiem nieszczerości. Wiele książek jest po prostu kiepskich, wręcz grafomańskich, a jak czytam o kolejnym odkryciu, kolejnym zachwycie to odpadam… Zwłaszcza, że aktualne „znawczynie literatury” mają poważne braki w czytelnictwie i rzadko czytały dobrą literaturę.

    • ik 26 marca 2022 at 7:21 pm- Odpowiedz

      Ja zawsze biorę poprawkę na te różne gusty, o których się nie dyskutuje, bo ja mogę nie przepadać za horrorami, a inny je uwielbia. A z drugiej strony mam słabość do ładnie opowiedzianych książek historycznych, a wiele osób popuka się w głowę, że to marnotrawstwo papieru, bo gdzie „prawda historyczna”. Ale też czasem mam wrażenie, że niektórzy zapominają, że recenzja jednak zakłada napisanie prawdy o książce, a „zachwyty w barterze” to nie jest prawdziwa recenzja. Co jednak nie zmienia faktu, że są osoby, które prowadzą blogi czy konta instagramowe o książkach i widać w tym pasję i miłość do książek, tam zaglądajmy :)

      • aśka 27 marca 2022 at 7:13 am- Odpowiedz

        To ja proszę o choć jeden link do bloga książkowego. Będę bardzo wdzięczna.

        • ik 27 marca 2022 at 8:00 am- Odpowiedz

          Bardzo lubię Czytelnię Osobistą i Wielki Buk. Ta druga propozycja zazwyczaj ma recenzje nieco bardziej „rozrywkowo-relaksacyjnej” literatury, ale bez skupiania się tylko i wyłącznie na polskich nowościach.

  2. Lusia 26 marca 2022 at 6:31 pm- Odpowiedz

    Znam ten uczuć :) Mam całą kolekcję książek przeczytanych, wręcz zaczytanych, po prostu ukochanych. Stoją sobie grzecznie na półkach w ściśle określonym porządku, żebym mogła bez zbędnych poszukiwań sięgnąć po tę właściwą, na którą akurat w tej chwili mam czytelniczy apetyt. Nowości pojawiają się w domu, trzeba w końcu być na bieżąco :) ale po przeczytaniu muszą „odleżeć” (taka trochę kwarantanna…) i dopiero gdy moje oko ponownie zwróci się w ich stronę, dostępują zaszczytu przeniesienia na TĘ półkę ;)

    • ik 26 marca 2022 at 7:27 pm- Odpowiedz

      Kiedy porządkowane były książki z rodzinnego domu, to Andrzej w pewnym momencie zaczął się śmiać, bo jak coś było nowe, jeszcze lśniące lakierem z okładki, to zazwyczaj lądowało na kupce „do oddania”, a jak coś było zaczytane to była kupka „do zabrania do nas” i stwierdził, że on już wie, jaki jest klucz wyboru – te najbardziej zniszczone do nas :) Ale one zniszczone, bo czytane pasjami.
      Tę kwarantannę rozumiem doskonale. U mnie niektóre książki od razu lądują na kupce do oddania, ale są takie, które zostają na trochę i jak po roku mniej więcej mam nadal jakieś emocje wobec nich, to nie oddam, a jak nawet nie pamiętam o czym mniej więcej były… Niech idą w świat i na pewno trafią na kogoś, kogo ucieszą.

  3. Urszula 26 marca 2022 at 9:28 pm- Odpowiedz

    Ja też dużo czytam. Bez klucza, po prostu lubię. Ba, kocham, życia sobie nie wyobrażam bez. Z opowiastek – mój brat, na saksach, kiedy nie miał co czytać, czytał zupę pomidorową z torebki…Bo tylko takie słowo pisane (a właściwie drukowane) miał w hotelu robotniczym. Mam tak samo. Z racji zawodu czytam ciągle. Ostatnio nawet cyrylicą, chociaż to nie z zawodu. A właściwie zawodu, ale nie w sensie wykonywanej pracy. Język polski trudny jest. Ostatnio zabiło mnie serum na rozstępy w ampułkach. Rozstępy mam, ale nie w ampułkach. Kupić?
    Podobnie jak coś tam dla dzieci forte. Dziecko forte to musi być hardkor. Mnie moje, podejrzewam light, do szału potrafią doprowadzić….
    Że nie wspomnę o tabletkach na ból gardła w pięciu smakach. Chyba jestem prymitywną jednostką ludzka, bo mój ból gardła ma jeden smak.
    Czy może się czepiam?

    • ik 27 marca 2022 at 5:33 am- Odpowiedz

      Nie czepiasz się :))))) Bo „polska język trudna język” i zabawna język też – łatwo u nas o takie bóle gardła w pięciu smakach.
      Twojego brata rozumiem, bo ja też czytam wszystko, co ma literki – na przykład namiętnie etykiety kosmetyków pod prysznicem :)))

    • ZUZA 28 marca 2022 at 7:10 am- Odpowiedz

      Ja uwielbiam czytać skład produktu :) Ostatnio przeczytałam, że w herbatnikach nie ma mięsa wieprzowego :D

      • ik 28 marca 2022 at 7:25 am- Odpowiedz

        :))))))))))))))

Zostaw komentarz