Ostrzegałam, że to nie koniec tkanych szarości i oto kolejny skończony projekt, ale ten był z przebojami i to potężnymi. Dlaczego? Bo zrobiłam błąd, a raczej byłam „leniwa umysłowo” i nie pomyślałam, co sobie funduję. Ale osnowa i początek tkania wyglądał tak genialnie, że się zawzięłam, nie odpuściłam, udało się osnowę uratować przed wywaleniem i powstał szal jak z bajki.

Spróbuję Wam wyjaśnić (nie w krótkich, żołnierskich słowach, a w długiej opowieści), co narobiłam.

Z poprzedniego projektu została mi nitka na czółenku – ta, którą tkałam – a ta nitka składała się z trzech cienkich niteczek (taki melanż-samoróba). Żal mi było to wywalić (ręka wywalająca by mi sczerniała i odpadła, takie marnotrawstwo! no gdzie? w Wielkopolsce?), więc doszłam do wniosku, że w nowym projekcie wykorzystam tą potrójną nitkę w osnowie, jako jedną z pięciu innych (tak, zaszalałam ja dzik jesienią w żołędziach).

I teraz kropla wiedzy teoretycznej – nitki osnowy nie mogą być ze sobą poskręcane, muszą być równoległe, bo inaczej człowiek funduje sobie sytuację, kiedy nagle nic na krośnie nie chce mu się przesuwać, blokuje się, bo zamiast pięknych linii jest kłąb skręconych nici, a jak to nawet jakimś cudem rozpląta, klnąc w żywe kamienie, to okazuje się, że to rozplątane jest o milimetry dłuższe i całe napięcie osnowy idzie się gryźć, czyli mamy jeden wielki klops.

Wracam do mojej opowieści. Gdybym tego „trójnitkowca” użyła do osnowy i potraktowała nadal jako byt trójnitkowy, to by nie było problemu, bo czy te nitki by były równoległe, czy skręcone, to by nie miało znaczenia i dla mnie to by była jakby jedna grubsza nitka. Ale ja nie! No jak! Myślenie mi się wyłączyło absolutnie i totalnie i doszłam do wniosku, że z tych trzech nitek dwie to ja chcę razem, ale jedna z tego pasma ma być osobno, samodzielnie, samoistnie i chyba zgłupiałam! Bo tu powinnam była się zastanowić, że jeśli tak chcę, to powinnam jednak tą nitkę oddzielić przed osnuwaniem, bo inaczej funduję sobie kłopoty i to wysokości najwyższych szczytów włoskich Alp. Ale nie, myślenie jakoś nie działało, wydawało mi się, że te nitki się będą od siebie odklejać jak złoto i nie będzie problemów… Taaaaaak… Kaszmir z merino mi się będą odklejać… Śnij dalej, naiwna kobieto!

Oczywiście problemy pojawiły się już od początku. I teraz będzie dygresja.

Zazwyczaj, kiedy jakiś projekt nie chce ze mną współpracować, staje okoniem i mam wrażenie, że od początku jest pod górkę, to rzadko walczę, tylko odpuszczam i nie robię. Nawet jeśli czasami przy tkaniu to oznacza wywalenie kilku metrów przygotowanej osnowy do kosza (czyli paru kilometrów wełny, bawełny lub innego ukochanego dobra!). Czasami szukam innego zastosowania dla tej włóczki, przy projektach drucianych po prostu pruję. Koniec dygresji.

W tym przypadku było inaczej, aż sama siebie zaskoczyłam! Popatrzyłam na to, co sobie na tym krośnie zgotowałam i zastanowiłam się, czy w ogóle jest szansa na odplątywanie tego i uczynienie tych włóczek równoległymi – była, pracochłonna jak diabli i musiałabym do tego podejść z delikatnością chirurga plastycznego, ale nie byłam bez szans. Potem popatrzyłam na ten kawałek, który już miałam utkany, malutki, mizerny, ale tak genialny wizualnie, że aż mnie skręcało na myśl, że mam to wywalić do kosza. I jak nie ja, na spokojnie, bez rzucania słowem nieparlamentarnym co kilkanaście centymetrów stawałam za krosnem i cierpliwie, nitka po nitce rozplątywałam te poskręcane pasma, z wiarą, że mi się uda. Udało się! Ocaliłam całą prawie trzymetrową osnowę! Czuję się jak superbohaterka… No trochę taka jak nasi politycy, bo najpierw sama sobie stworzyłam problem, a później go dzielnie i z fanfarami rozwiązałam, ale jednak mam dla siebie sporo podziwu.

A jakie jest Wasze podejście do sytuacji, kiedy robótka czy projekt okazuje się niewspółpracujący i zachowuje się jak jeżozwierz? Walczycie do końca, czy odpuszczacie? Pokazujecie, kto tu rządzi, czy uznajecie wyższość materii nieożywionej nad swoim „chceniem”?

Mnie się chyba coś „na starość” (cudzysłów zamierzony :)))) pozmieniało, bo kiedyś bym ze scenicznym zacięciem rzucała robótką do kosza, oczywiście w akompaniamencie szlochu i histerycznych monologów. Później był inny etap – zacisnę zęby, nie będzie mi tu robótka pokazywała, kto tu rządzi, rządzę ja i kropka, a jak się nie podoba, to do kosza na śmieci won, oczywiście przy akompaniamencie szlochu i histerycznego monologu. A teraz nie, spokój, zen i filozoficzne podejście, wyjdzie albo nie, ale postaram się, spróbuję, a jak nie… Do kosza, przy akompaniamencie… :))))))))) No, może już bez efektów dźwiękowo-paszczowych.

6 komentarzy

  1. Viola 30 kwietnia 2022 at 7:08 pm- Odpowiedz

    Cudo utkałaś, warte tych męczarni, to niesanowite ile można na krośnie uzyskać. Ja nie mam pojęcia o tkaniu, myślałam że tkanina może być tylko płaska a tu takie „3D”, mięsiste i już na oko bardzo miękkie. Dobrze, że nie poddałaś sie.
    Ja rzadko pruję, a o wyrzucaniu nie ma w ogóle mowy, jeśli coś nie idzie po mojej myśli oceniam tylko, czy da się założyć, pozwalam dzianinie porządzić, mieć swoje zdanie. Na bieżąco przystosowuję się do sytuacji i często nawet bardziej cieszy mnie taki, nie do końca mój pomysł. Potem bawią mnie pytania „jak Ty to zrobiłaś?”, ano nie wiem jak, samo tak się zrobiło hahaha.

    • ik 1 maja 2022 at 7:48 am- Odpowiedz

      W tkaniu strategia „Samo się zrobiło/utkało” jest dość częsta i czasami robi się to świadomie, zmieniając cos, pozwalając sobie na eksperymenty z układem nitek i wychodzą cuda. Pewnie połowa schematów w książkach to efekty takich „przypadków” i wiele tkaczek i tkaczy przyznaje się do tego, że to nie jest efekt zamierzony, a „wypadek przy pracy” :)

  2. Halina 1 maja 2022 at 7:40 am- Odpowiedz

    Brawo Ty, za skuteczne opanowanie emocji. Nie wiem, jak by wyglądało, gdybyś zostawiła trójnitkę, lecz to, co wyszło, po prostu wygląda. Jest dobre.

    • ik 1 maja 2022 at 7:53 am- Odpowiedz

      Też by wyglądało dobrze i spokojnie mogłam tak zrobić bez szkody dla projektu, ale… zanim to do mnie dotarło, co robię, to miałam osnute krosno z podziałem tej nitki i nie było już możliwości cofnięcia tej mało sensownej decyzji.

  3. Kola 1 maja 2022 at 8:20 am- Odpowiedz

    Ten szal jest po prostu zjawiskowo piękny… Szczęka mi opadła! Wielkie brawa za opanowanie emocji i walkę o to, żeby się dało!! Było bardzo warto!!
    Co do mnie – ja wszelkie materie stające okoniem traktuję jak wyzwanie, czyli jeśli się nie da (albo mi się nie chce…) uratować prostym pruciem, to jest kombinowanie jak to obejść, jak zmienić, żeby problem przekuć w atut;) od marnotrawstwa ręka by mi uschła!! Ostatnio w prostocie ducha uprałam normalnie razem z innymi stary, duży szal kupny, z Zary. Trochę się przeleżał nieużywany, potem robił za poszewkę na poduszkę (owinąć poduszkę jak wałek, końce zawiązać jak cukierek sznurkiem czy wstążeczkami i mamy poszewkę w 2 minuty bez szycia). Poszewki są nowe uszyte, więc szale do prania. I ten jeden w praniu wykazał zaskakującą właściwość – musiał mieć w sobie wełnę, bo się pokazowo sfilcował;) (np bo kto by podejrzewał obecność wełny w wyrobie z Zary…). Wyjęłam z pralki, i po pierwszym zaskoczeniu aż się uśmievhnęłam:D kolory są fajne, faktura wyszła po tym filcowaniu super, więc będą filcowe aplikacje na coś :D Poduszkę, torebkę, płaszcz, sweter- to się okaże;)

    • ik 1 maja 2022 at 8:36 am- Odpowiedz

      Też bym się nie spodziewała wełny w czymś z Zary :)))) I też wwaliłabym do pralki. A co do wykorzystywania wszystkiego, to jest sztuka. Popieram zostawienie sfilcowanego, na bank się znajdzie genialny pomysł na zastosowanie. U nas Andrzej czasem się dziw, ale przestał dyskutować, jak mówię, że coś ma zostać. W ciągu ostatniego roku zażyczyłam sobie zostawienia starych uchwytów z szafek w kuchni, salonie i sypialni oraz plastikowych elementów ozdobnych z poprzednich żyrandoli. Pomysłu na nie na razie żadnego, ale kiedyś mnie olśni :)

Zostaw komentarz