Mój mąż powiedział dzisiaj rano bardzo mądre zdanie. Żeby każdy sukces dawał tyle dobrej energii i napędzał tak silnie, jak mocno rzuca nas na kolana i drenuje z energii porażka.

Ale zazwyczaj tak nie jest. Sukcesy zauważamy. Dobrze, jeśli ich nie umniejszamy. Rzadko świętujemy. Może te największe, ale te małe… Raczej nie. A porażki zostają z nami na długo, rozpamiętujemy, rozmyślamy, analizujemy i pozwalamy im podkopywać naszą wiarę w siebie. I to wcale nie muszą być potężne kwestie. Te małe potrafią zapewnić skwaszonko na całe godziny, o ile nie dni.

A czemu to piszę? Bo to poranne zdanie Andrzeja nie wzięło się znikąd – stanowiłam wczoraj kliniczny przykład osoby gnącej się pod ciężarem życiowej klęski. Gięłam się widowiskowo, ze słownictwem adekwatnym do emocji i poczuciem, że wszystko jest do luftu, ze mną włącznie. I to nie tak, że cały dzień był do niczego. A skąd!

Zaczęłam go od tego, że skończyłam dziergać chustę i jednocześnie spisywać do niej wzór. Skończyłam z uśmiechem na ustach, zadowolona z efektu i dumna z siebie, że jestem ze spisywaniem na bieżąco i w zasadzie wymaga drobnej redakcji i może trafić do składania na gotowo, a potem dalszych działań sprawdzających i testujących. Sukces. Nawet zauważony i powodujący sporo dobrych emocji. A potem doszłam do wniosku, że czas na przeniesienie osnowy na krosno. Osnowa czekała od trzech dni na snowadle i aż mnie nosiło, żeby w końcu przygotować wszystko do tkania. I okazało się, że tą osnowę schrzaniłam i to tak, że nie było czego ratować, chociaż próbowałam i nawet przez trzy minuty wydawało mi się, że oto dokonuję cudu i zaraz wszystko będzie dobrze. Nie było. Osnowa do wywalenia i żeby nie było, bawełna, którą straciłam, nie ruszała mnie szczególnie. Ani nawet nie miałam poczucia straconego czasu. Ale to wrażenie, że oto dałam ciała tam, gdzie już w sumie nie powinnam, gdzie wiem, znam i nagle robię błąd na poziomie początkującej tkaczki. Dosłownie kilka minut i emocje wzięły górę. Oto do niczego się nie nadaję i nawet ta chusta i wzór do niej, które jeszcze godzinę temu były źródłem radości i dumy, zaczęły się wydawać małe, a może i wcale nie takie super, a w ogóle, to na bank i tam coś jest nie tak, bo przecież… Porażka rozlała mi się na wszystko i „ubrudziła” nawet wcześniejsze dobre emocje.

Na szczęście puzzle uratowały wieczór. Ale ja dzisiaj wstałam z poczuciem, że nie chcę niczego robić, za nic się zabierać, bo znowu coś będzie nie tak. I właśnie wtedy Andrzej powiedział, że rozumie, ale nie powinnam tak myśleć. Bo pozwoliłam małemu problemowi nie tylko przysłonić wielki sukces, ale jeszcze „poukładać” mi następny dzień.

I nie wiem, czym będę się dzisiaj zajmować, ale na pewno jednak do czegoś się zmuszę. Tak, używam słowa „zmuszę” świadomie. Bo jeśli tego nie zrobię, to przewiduję kreatywny kilkudniowy marazm. A jeśli cokolwiek dzisiaj powstanie, nawet tylko trzy okrążenia rękawów, to już będzie coś. Bo na osnowę od nowa jeszcze nie jestem gotowa.

14 komentarzy

  1. Monika 18 września 2022 at 12:04 pm- Odpowiedz

    Ech, dziś kończyłam piąte mitenki i tuż przed metą okazało się, że mam za dużo oczek. Cienka, ciemna, włochata alpaka. I też wydawało mi się, że to ja jestem do sprucia.
    No ale chyba nie jestem. I Ty też nie jesteś. Tak sobie myślę, jakie umiejętności trzeba mieć, żeby o sobie lepiej myśleć? Chyba to jest niezależne.
    Pozostaje nam więc odróżnić się od robótki. Robótka czasem do sprucia, czasem do kosza. Ale my musimy się otrzepać i działać dalej. A już jak się ma czekoladowe ciastka z agrestem, to w ogóle. Pozdrawiam!

    • ik 18 września 2022 at 12:37 pm- Odpowiedz

      Mam wrażenie, że im więcej umiejętności, tym więcej oczekiwań wobec siebie i to chyba nie chroni przed złym myśleniem o sobie i swoich talentach. Przynajmniej taką tendencję zauważam u siebie. Ale mnie nie wychowano w poczuciu nieskrępowanej dumy z siebie i wartości własnej na poziomie Himalajów, a mam wrażenie, że to się łączy.
      Ja się powoli otrzepuję. Ciasteczka zamieniłam na kwas chlebowy i dziergam rękawy, które nie mają końca :) Ale dobrze mi z nimi. Czego i Tobie życzę!

  2. Ela Kos 18 września 2022 at 12:38 pm- Odpowiedz

    Wiesz co, mam tak samo. Jak mi coś pójdzie nie tak, potrafię „podłamać się” totalnie na każdym polu. Jakieś głupstwo potrafi popsuć mi dzień. Wtedy zmuszam się do robienia porządków: albo w jakiejś szufladzie, albo przeglądam i układam włóczki, albo robótkowe książki. Nastrój poprawia mi robienie planów, dziś na przykład obiecałam sobie nauczyć się dwustronnego żakardu, wg instrukcji niejakiej Intensywnie Kreatywnej. Znasz? Wspaniała dziewczyna:)
    Pozdrawiam serdecznie. Ela

    • ik 18 września 2022 at 2:20 pm- Odpowiedz

      Znam, tylko nie zawsze taka wspaniała, bo czasem ma wrażenie, że coś schrzani :))))))
      Z tym sprzątaniem to coś jest na rzeczy, bo ja miewam podobnie – porządkuję przestrzeń i głowę. Fakt, że ja nie umiem funkcjonować w chaotycznych przestrzeniach, bo mam poczucie, że niepokoju i nie umiem się skupić, ale porządki zawsze poprawiają mi humor, dają poczucie sprawczości i panowania nad czymś. I może dziwna jestem, ale wyrzucanie starych rzeczy (mogą być przeterminowane przyprawy) daje jakąś dziką satysfakcję.
      I powodzenia przy dwustronnym żakardzie, a raczej cierpliwości, bo tego trzeba najwięcej. Ale za to jakie cuda można robić!

  3. Urszula 18 września 2022 at 4:13 pm- Odpowiedz

    Ja przed chwilą po raz trzeci sprułam dno torby szydełkowej, bo wyszło mi koślawe. Okazało się, że nie umiem liczyć do czterech…No. Więc mocno wkurzona przystąpiłam do nadrabiania zaległości pracowych. Ale, tak sobie myślę, jeśli nie umiem liczyć do czterech, to jak dokończę Bardzo Mądrą Pracę???? Wiadomo, nie dam rady, bo jestem do niczego. To może jednak pójdę podziergać. Ale nie, przecież nie umiem liczyć…
    Pozostaje kontrolowana dekapitacja. Chyba fizyczna, bo mentalna wychodzi mi świetnie. W przeciwieństwie do liczenia do czterech :D
    Uśmiechnij się i zobacz, jak bardzo takie myślenie jest bez sensu i jak bardzo może nas wtrącić w rów mariański samooceny…

    • ik 18 września 2022 at 4:20 pm- Odpowiedz

      Znam tą spiralę samodzielnego kopania się po tyłku doskonale. I tak, też czasem nie umiem liczyć do czterech i wtedy twierdzę, że ja się tylko do sprzątania nadaję.
      Ale im częściej sobie powtarzam, że mentalna autodestrukcja nie ma sensu, tym krócej boleję nad swoją „głupotą”, więc za jakieś trzydzieści lat, o ile dożyję, to może będę podchodziła do siebie ze stoickim spokojem :))))

  4. Urszula 18 września 2022 at 8:31 pm- Odpowiedz

    Ja się do sprzątania nie nadaję, bo uważam to za najbardziej bezsensowną czynność świata. Ile by człowiek nie posprzątał, jak nie wyczyścił, i tak SAMO się zakurzy, nabrudzi, rozrzuci. A jak ma się w rodzinie dwoje dyslektyków, to wystarczy, że staną w progu, a entropia wzrośnie do potęgi n. A na zakończenie po tym wszystkim przegalopują dwa czarne koty i jeden czarny pies….Oczywiście mokre, brudne i liniejące.
    Sensu nie ma, a uniknąć się nie da, bo bałaganu i brudu też nie znoszę…
    Konflikt wewnętrzny mnie zżera. Nie dam się, idę dziergać. Poćwiczyłam liczenie do 31 :D, bo tyle wymaga czapka dla córki.

    • ik 19 września 2022 at 4:31 am- Odpowiedz

      Mam nadzieję, że dzierganie było satysfakcjonujące i czapka rosła jak na drożdżach. Ja mam rękawy, już na upartego trzy czwarte, w rzeczywistości tuż poniżej łokcia, ale obwód coraz mniejszy, więc widzę przed sobą świetlaną przyszłość.
      Sprzątanie u nas to równie syzyfowa praca, bo te dwa robią z domu żwirowisko, zostawiają kłaczki wszędzie, a do tego ja sypię pyłkiem z włóczek, a Andrzej mąką ostatnio :)))) Ale też mam poczucie, że jak nie posprzątam, to po dwóch dniach będziemy żyć jak w chlewiku.

    • Halina 19 września 2022 at 7:04 am- Odpowiedz

      Sprzątanie i efekt – też tak miałam, uważałam za nietrwałe, brakowało mi dłuższego efektu – jak porządek znikał po 5 minutach, to po co? Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że tworzenie to nieporządek, że nieporządek to życie, i kołowrót, tak ma być: tworzenie tworzy nieporządek, sprzątanie przywraca, znów tworzę – i to jest cykl.

      • ik 19 września 2022 at 10:49 am- Odpowiedz

        Wiele rzeczy w życiu dzieje się cyklami, tylko ten sprzątaniowy jest wyjątkowo krótki i czasami u nas jest tak, że kończy się jeden koniec, a w drugim koty już zdążą narozrabiać jak pijane zające :)))))

  5. Halina 19 września 2022 at 6:49 am- Odpowiedz

    Mózg wie wszystko, co trzeba, żeby się nie dać, tylko emocje bujają pod niebiosa. Dobrze mieć mądrego męża przy sobie. Pozdrawiam.

    • ik 19 września 2022 at 10:47 am- Odpowiedz

      To fakt, że czasami po prostu trzeba coś usłyszeć, żeby dotarło. A tym lepiej dociera, im od życzliwszej osoby.

  6. Maria 21 września 2022 at 8:59 am- Odpowiedz

    Ostatni akapit bardzo do mnie przemawia. Też czasem/często stosuję zdroworozsądkowe „chociaż jeden rządek”, żeby odczarować złe nastawienie. To chyba trochę tak działa, jak zalecana metoda na „nakręcone” dziecko lub zwierzątko ;), czyli przez odwrócenie uwagi. Nic to, grunt, że działa :)

    • ik 21 września 2022 at 11:18 am- Odpowiedz

      Uśmiechnęłam się, bo masz rację, że to działa na zwierzątka – u nas co weekend jest taka akcja wczesnym rankiem. One chyba wyczuwają, że tempo życia jest wolniejsze i my mniej aktywni, więc nadrabiają szaleństwa i ganianie się. Przy czym ganiający jest ganianym co pięć minut. I jak to Timofiej goni, to jest ok, ale jak gonią Timofieja, to księżniczka dostaje spazmów i robi się histeryczny, krzyczy, prycha i mam dość. Przy czym biedny Teodor nigdy nie łapie czemu, skoro minutę temu było ok i już nie jest. I wystarczy zbliżenie się do Timofieja na metr, a ten już histeryzuje. Wtedy odbywa się akcja odwracania uwagi ulubioną zabawką i zawsze działa :))) Widocznie u nas jest podobnie – moja histeria przechodzi, jak skupię się na czymś.

Zostaw komentarz