PIĄTEK
Czy ja właśnie dodałam do tak zwanej „wish listy” książki, które mają premiery hen, hen w 2026? Być może… A tam! Żadne być może. Dodałam. Bo po pierwsze to są daty zapowiadane jako wydania w Stanach, a po drugie to nie są najbardziej popularne nazwiska, więc… Instagram na bank nie będzie krzyczał o nich na każdym kroku i przegapię. A przegapić nie chcę.
Po pierwsze kolejne tłumaczenie z japońskiego – „Hooked” pani Asako Yuzuki, czyli kobiety od genialnego „Masła”. Po drugie „Last Night in Brooklyn” i tu też znana mi autorka, ale meksykańskiego pochodzenia, czyli Xochitl Gonzalez, której „Anita de Monte Laughs Last” mnie zachwyciła. Po trzecie „Royal Spin”, gdzie współautorem jest Omid Scobie, czyli najbardziej znany, młody (!) dziennikarz brytyjski, który ma sporego świra na punkcie rodziny królewskiej. Razem z Robinem Benwayem napisali powieść, oczywiście z wątkiem koronowanych głów jako osią historii. Czy to wszystko? Nieeee… Ale reszta to już nie „must have, must read”.
SOBOTA
Jedno niecenzuralne słowo w czytanej właśnie powieści sprowokowało nas do szukania naszego egzemplarza innej powieści, bo mieliśmy bardzo uzasadnione podejrzenie, że tłumacz jest ten sam. Jedno słowo! Ale przyznaję, że specyficzne.
Andrzej czyta „Diabły” Abercrombiego i to jest powieść bardzo… dziwna. I w pewnym momencie poinformował mnie, że właśnie jeden z bohaterów powiedział „jebaniutki”. A wtedy rozdzwoniły się wszystkie dzwony – czyżby za tłumaczenie „Diabłów” odpowiadała ta sama tłumaczka, co za „Zatruty kielich”? Jej pomysł na użycie takiego przekleństwa prawie pozbawił mnie przyjemności czytania skądinąd doskonałego kryminału fantasy, bo ja mam alergię na nieuzasadnione zdrobnienia. Na szczęście im dalej w tekst „Zatrutego kielicha”, tym bohaterka używała bardziej kolorowych przekleństw, już bez zdrobnień.
Poszukaliśmy, sprawdziliśmy… Kto inny! Ale jak się okazuje pomysły na tłumaczenie przekleństw identyczne. Tłumacze, nie idźcie tą drogą! A już na pewno nie idźcie nią grupowo.
P.S. Recenzję „Zatrutego kielicha” znajdziecie na stronie, a po cichutku powiem, że już wiadomo, że właśnie szykuje się druk drugiego tomu. Ja się już nie mogę doczekać.
NIEDZIELA
Nie widziałam tego trendu wśród polskich czytających, za to jest to coś niesamowicie częstego wśród książkolubiących z zachodu – plan, żeby w danym roku przeczytać coś „edukacyjnego”. Czego się spodziewacie? Tytułów popularno-naukowych? A nie! Edukacyjny oznacza tu trzy rzeczy – po pierwsze grube, po drugie klasyka, po trzecie (często, ale nie zawsze) tłumaczenie z innego języka. I tak na Instagramie ludzie pokazują opasłe tomiska, na których widać nazwiska Tołstoj, nieco mniej opasłe z nazwiskiem Dostojewski. Jest James Joyce, jest Alexandre Dumas. Swoją drogą, kto wydaje całą „Wojnę i pokój” w jednym tomie, to ja nie wiem, ale oprócz ćwiczeń literackich na bank odpracowuje się też ćwiczenia siłowe, kiedy się coś takiego czyta.
I tak się zastanowiłam, co ja bym pod to „chcę przeczytać coś edukacyjnego w zachodnim stylu” wrzuciła na 2026. Przychodzi mi do głowy jeden tytuł, planowany od wielu lat, z którym mi do tej pory nie było po drodze, a do tego oczywiście gruby, ale oryginał pochodzi z amerykańskiej ziemi – „Moby Dick” Hermana Melville’a. Przeczytam w tym roku? Nie wiem. Może… Może w końcu bym „odhaczyła” jeden z kilku klasyków, których jeszcze nie czytałam.
PONIEDZIAŁEK
Mój podziw dla osób, które decydują się na tak zwany „self-publishing” jest wielki i nie mówię tu o kimś, kto tworzy tekst, robi z niego bardziej lub mniej estetycznego pdfa i wrzuca do kupienia. To jest w miarę bezpieczna forma wydawania własnej, szeroko pojętej twórczości (i wiem, co mówię, bo sami tak robimy w odniesieniu do kwestii związanych z rękodziełem). Ja mówię o self-publishingu, gdzie efektem końcowym jest papierowa książka. To jest w polskich warunkach sport ekstremalny. Dlatego zdarza nam się regularnie kupować polskich autorów bezpośrednio od nich. A w święta pomyśleliśmy, że wprawdzie prawie cały cykl o Powierniku Franciszka M. Piątkowskiego mamy przeczytany, ale czyniliśmy to w formie elektronicznej, a jednak chcemy papierową, a to jest właśnie jeden z autorów, który wydaje się sam.*** Andrzej zamówił i wczoraj przyszedł sms, że w tej chwili nie ma jednak kompletu do kupienia i czy chcemy zrezygnować, czy poczekać. Rozmowa telefoniczna wyjaśniła, że to czekanie to nie do kwietnia a do początku roku i jak tylko autor dostanie te egzemplarze, to osobiście wyśle i jeszcze możemy liczyć na autograf. Miłe!
*** Czemu przy takich stwierdzeniach od razu słyszę w głowie Czesława Niemena, który lekko pogonił w czasie jednego z koncertów inżyniera dźwięku, stwierdzając: „Sam się będę miksował.”, co zresztą weszło nam do rodzinnego słownika powiedzonek.
WTOREK
Spowiedź zakupowa, ale będzie miałam tylko trzy punkty, chociaż wcale nie trzy tomy…
W końcu mamy papierową wersję „Jonathana Strange’a i pana Norella” i to w najnowszym wydaniu od wydawnictwa Mag. Ja wiem, że się nie ocenia po okładce, ale temu trudno się było oprzeć.
Do tego zagęszcza nam się ilość Mrozów na metr kwadratowy półki książkowej. Andrzej dokupił „Projekt Riese” i „Operację Mir”. Taaaaak… Nadal nie wiem, co myśleć.
I jeszcze 5 tomów cyklu Pierce’a Browna „Red Rising”. Przez cały czas, sugerując się ilustracjami na okładkach, byliśmy przekonani, że to jest jakieś prawie smocze fantasy, a tu niespodzianka, to nie ma nic wspólnego z fantasy, to jest sci-fi w marsjańskich klimatach. A skoro tak, to oboje zapałaliśmy chęcią czytania. I tu zabawna rzecz, autor ma częstą „przypadłość”, jaka pojawia się podczas pisania opowieści w tomach – każda kolejna część jest grubsza. Pierwszy tom ma ok. 440 stron. Ostatni 970, czyli objętość rośnie wyraźnie.
ŚRODA
Sylwestrowo mogłabym skończyć jeszcze jedną książkę, niewiele zostało, kilkadziesiąt stron. Nawet dopisać jako ostatnią do tegorocznej listy przeczytanych. Mogłabym, ale nie skończę, bo ze względu na idiotów nadużywających fajerwerków trzeba w domu pilnować odpowiedniego natężenia dźwięków, czyli będzie telewizor i uspokajanie Timofieja. Nie będzie warunków, żeby kończyć rok ulubionym zajęciem. Ale ja tylko z czegoś zrezygnuję, a mój kot będzie cierpieć, nie rozumiejąc, co się dzieje. Jak mi się marzy zakaz używania fajerwerków w tym kraju, całkowity, co zawsze podkreślam, życząc tym, co strzelają i mają w głębokim poważaniu nie tylko zwierzęta, ale i niemowlęta, chorych, dla których głośne i niespodziewane dźwięki są porównywalne z robieniem im potężnej krzywdy oraz osoby starsze, zatem życząc tym bezmyślnym wszystkiego najgorszego i kilku palców mniej. Akurat w tej kwestii mało we mnie pacyfizmu i miłości bliźniego, a dużo „oko za oko” i „ząb za ząb”.
CZWARTEK
Moja babcia zawsze potarzała, że jaki Nowy Rok, taki cały rok, dlatego powinno się zwracać uwagę na to, co się robi, żeby się potem przypadkiem nie skazać na cały rok prania czy sprzątania. Ale jeśli to przekonanie ma zastosowanie do książek i to, co czytam pierwszego stycznia będzie miało jakiś wpływ na to, co będę czytała w 2026. Hmmmm… Będzie dużo cosy romansów, bo kończę dzisiaj drugi tom z cyklu Dream Harbor Laurie Gilmore – „The Cinnamon Bun Bookstore”.
I od razu Wam zdradzę, że od dawna nie robię żadnych planów czytelniczych na kolejny rok i ten nie jest wyjątkiem, ale obiecałam sobie, że pojawi się wśród przeczytanych książek nieco więcej po włosku i rosyjsku, bo to jest coś, co miałam w planach na miniony 2025 i nie ukrywam, że nie wyszło. Spróbuję się poprawić, ale też bez żadnych założeń co do ilości. Poza tym każda ilość będzie większa niż 1 i 0, prawda?

Ten tydzień był w książkach:
- HOOKED – Asako Yuzuki (zachodnia premiera w marcu 2026)
- MASŁO – Asako Yuzuki
- LAST NIGHT IN BROOKLYN – Xochitl Gonzalez (zachodnia premiera w kwietniu 2026)
- ANITA DE MONTE LAUGHS LAST – Xochitl Gonzalez
- ROYAL SPIN – Omid Scobie, Robin Benway (zachodnia premiera w październiku 2026)
- DIABŁY – Joe Abercrombie
- ZATRUTY KIELICH – Robert Jackson Bennett (KROPLA ZEPSUCIA – drugi tom – I kwartał 2026)
- MOBY DICK – Herman Melville
- POWIERNIK (cały cykl) – Franciszek M. Piątkowski
- RED RISING (cały cykl) – Pierce Brown
- PROJEKT RIESE I OPERACJA MIR – Remigiusz Mróz
- JONATHAN STRANGE I PAN NORRELL – Susanna Clarke
- THE CINNAMON BUN BOOKSTORE – Laurie Gilmore (tom 2. cyklu “Dream Harbor”)
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
