Nie wiem, czy to będzie najbardziej zachęcający początek recenzji powieści, ale co tam! Napiszę! To jest obrzydliwe!!! I uwierzcie, że to komplement i zachęta do wpadnięcia co najmniej po kolana w te intrygujące obrzydliwości drugiego tomu z serii „Cień Lewiatana”, który po polsku będzie miał tytuł „Kropla zepsucia”, a po angielsku było to znacznie bardziej wieloznaczne „Drop of Corruption”.
Kiedy pisałam dla Was recenzję pierwszego tomu, to zaczęłam od tego, że „Zatruty kielich” jest pierwszym tomem z cyklu i jest też pierwszą lekką powieścią kryminalną Roberta Jacksona Bennetta. Debiutem w tej sferze dość udanym, nieźle napisanym i na pewno mającym wielki potencjał na stworzenie całej serii. To teraz będziemy się rozprawiać z tymi dwoma zdaniami, bo autor nieco namieszał.
„Lekka” powieść kryminalna, to się zgadzało w części pierwszej, w drugiej… cóż, jakby mniej, bo bohaterowie zawędrowali w znacznie mniej cywilizowane i bezpieczne rejony cesarstwa i jakoś tak zrobiło się błotniście, śmierdząco, zgniło, mszyście, obrzydliwie. Mówiłam, że obrzydliwie?!!! Ale jedno trzeba Bennettowi przyznać – on umie te obrzydliwości opisać tak, że człowieka momentami aż mdli (jak poczytacie o wątróbce jedzonej na surowo z grzybkami halucynogennymi jako przyprawą, to będziecie wiedzieli, co mam na myśli).
Autor na szczęście nie zaliczył dość częstej wpadki przy pisaniu serii powieści – część druga nie zjechała z jakością i tempem akcji. Gdyby mnie ktoś zapytał, to chyba nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest lepsza.
Za to nadal z całą stanowczością twierdzę, że to ma potencjał na tworzenie całej serii powieści i to doskonałych i wciągających. O ile w pierwszym tomie autor opisywał nam przy okazji pierwszej zagadki kryminalnej świat, jego urzędników, jego geografię, jego uzależnienie od murów i systemów obronnych, które miały powstrzymać atak lewiatanów, o tyle w drugim tomie bardziej skupia się na samych lewiatanach i tym, że jak już się ciało takiego zdobędzie, to zaczyna się cały potężny proces jego badania, kawałkowania, wykorzystywania, a wszystko to jest ekstremalnie niebezpieczne, bo stanowi biohazard na najwyższym poziomie. Gdybym jednak miała Wam wskazać główną oś drugiego tomu, to powiedziałabym, że tym razem są to modyfikacje biologiczne, które dotyczą i ludzi, i fauny, i flory.

Bo w sumie to jest takie dziwne fantasy, bo ja się zastanowić, to w tych powieściach nie ma magii. Ani odrobinki. Za to jest bioinżynieria i to taka, która stąpa po bardzo cienkiej granicy między udoskonalaniem a tworzeniem potworności. Bennett wymyślił ten swój świat w tak genialny sposób, że z jednej strony osoba czytająca czuje, że oto mamy intrygujący pomysł, świetny klimat, specyficzną atmosferę, obrzydliwą oczywiście. A z drugiej, jak się już zatrzyma na chwilę, to dochodzi do wniosku, że i w rzeczywistości to nie jest wcale takie nieprawdopodobne i wtedy czuje już nie zachwyt, a przerażenie. I fakt, nie mamy lewiatanów, ale i bez nich możemy sobie zafundować cesarstwo Khanum na naszą miarę.
Din i jego nieortodoksyjna przełożona Ana tym razem lądują w Yarrowdale, czyli mało przyjaznym zakątku cesarstwa, ponieważ dokonano tam, oczywiście, trudnej do wyjaśnienia zbrodni. Urzędnik cesarstwa pojawia się tam, wpada na chwilę do banku, nagle zaczyna czuć się źle i… znika ze swojego pokoju, a w tymże pokoju pozostają ślady, które świadczą o tym, że ktoś go zamordował, a później… „go zniknął”. Kiedy Ana i Din zaczynają drążyć, to okazuje się, że wszystko prowadzi ich w dwa miejsca. Po pierwsze w kierunku całej delegacji, do której należał również zaginiony, która negocjuje z sąsiednim królestwem warunki przyłączenia do cesarstwa. A po drugie do czegoś, co po angielsku nazwano „Shroud”, czyli całun, zasłona, osłona (nie mam pojęcia, jak to zostanie przetłumaczone), a co jest „ośrodkiem badawczym” nad tym, co się z Lewiatanów da wyciąć, wycisnąć, wydobyć, i gdzie pełno jest szalonych naukowców. Przy czym oni wcale nie są szaleni metaforycznie. Żeby efektywnie badać, myśleć i kombinować poddawani są niesamowitym modyfikacjom, co wyostrza ich zmysły, ale też zamienia ich w nieprzystosowanych do normalnego środowiska, bo wszystko ich ciekawi, wszędzie szukają wzorców i schematów, źle znoszą to, co jasne, głośne, kolorowe. Ich czas jako badaczy jest ograniczony, bo zbyt długie przebywanie w takim stanie może im nieodwracalnie zaszkodzić. Sam ośrodek jest zamknięty dla odwiedzjących, chroniony, poddawany w zasadzie nieustającej kwarantannie, a jednak to tam poprowadzi Anę i Dina śledztwo.

Czytanie drugiego tomu bez znajomości pierwszego? Moim zdaniem zły pomysł, bo wiele rzeczy będzie niejasnych i pojawiających się z niewiadomej przyczyny. Ale chyba nawet gorsze jest to, że nie ma się wtedy tego pierwszego tomu jako sposobu na poznanie i zrozumienie świata, a chyba Was już przekonałam, że jest dość specyficzny. Dlatego, jeśli kogoś zaintrygował tom drugi, a nie czytał pierwszego, to bardzo, bardzo sugeruję zachowanie kolejności.
To ja sobie teraz poczekam na tom trzeci, już w stu procentach pewna, że będzie słuchany, jak tylko pojawi się w wersji angielskiej (teoretycznie w sierpniu).
Aaaaa, i dla porządku, tom drugi, podobnie jak tom pierwszy, dostał ode mnie 8 gwiazdek.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
