Z „Czarnym tortem” było tak, że najpierw wypatrzyłam ten tytuł na liście mojego ulubionego celebryckiego podrzucacza dobrych powieści, czyli Baracka Obamy. Prezydent Obama co roku publikuje swoje listy ulubionych książek i jest jedyną osobą, której zestawienia z uwagą przeglądam i zawsze coś się tam znajdzie. A jak się okaże, że jest na Obamowej liście coś, co ja też już przeczytałam… duma i lekki wzrusz.
Gdzieś mi ten tytuł utkwił w głowie i kilka lat później dorzuciliśmy go do koszyka przy zupełnie innym zamówieniu. Książka przyszła, stanęła na półce i jeszcze chwilę poczekała. W zeszłym tygodniu Andrzej wylosował mi ją z puszki i ucieszył mnie tym strasznie, bo sama bym nadal po nią nie sięgnęła, a tak – nie było wyjścia i… wpadłam w zachwyt po pierwszych rozdziałach.
Każda rodzina ma jakieś tajemnice. Pytanie tylko, kiedy wyjdą na światło dzienne i jak bardzo wstrząsną posadami rodzinnego świata.
O czym jest ta historia? Zaczyna się od tego, że umiera Eleonor Bennett. Jej dorosłe dzieci – Byron i Benny – spotykają się na pogrzebie i dowiadują się od prawnika rodziny, że mama zostawiła im dwie niezwykłe rzeczy – całe godziny nagrań i czarny tort w zamrażalniku, który mają wspólnie zjeść, kiedy poczują, że przyszedł na to czas. I tu zaczyna się historia. I zaczyna się też problem z napisaniem tej recenzji, bo każde kolejne zdanie może zdradzić za dużo i odebrać Wam przyjemność czytania. Ale spróbuję.
Rodzina Bennettów ma karaibskie korzenie i najmłodsze pokolenie o tym doskonale wie, chociaż nigdy nie odwiedziło wysp, nie poznało kuzynów, nie spotykało się z innymi Jamajczykami, którzy mieszkają w USA. Wręcz wydaje się, że rodzice wybrali takie miejsce do życia, gdzie ich nie ma. Ich ciemniejsza skóra nie ułatwia im codziennego funkcjonowania, co szczególnie podkreśla Byron. Jego opowieści o strachu, kiedy zatrzymuje go policja, są strasznie poruszające, bo od razu człowiek zaczyna to odnosić do tego, co dzieje się w Stanach od kilku lat. Benny ma nieco łatwiej, bo jej skóra jest jaśniejsza, geny chińskich przodków dają o sobie znać mocniej. I właśnie! Chińczycy na Karaibach. To było coś, co mnie niesamowicie zaskoczyło. I uświadomiło, jak ja mało wiem o tej części świata i jej niedawnej historii. Nagranie matki zabiera rodzeństwo w szaloną podróż na Karaiby, ale nie tylko tam, bo odwiedzimy razem z nimi również Europę. Kim jest Eleonor Bennett, jaka jest jej historia i co tak starannie ukrywała przez lata? Obiecuję, że ta powieść zaskoczy Was nie raz, nie dwa, a nawet nie trzy.

Ale oprócz szybkiego kursu historii najnowszej Karaibów Wilkerson napisała też bardzo emocjonalną opowieść o pokoleniu, które musi się bardzo starać, żeby znaleźć swoje miejsce w świecie. Byron to ten typ, który odhaczył wszystkie krateczki na liście „powinieneś”. Powinieneś być doskonale wykształcony, dobrze zarabiać, mieć prestiżowe stanowisko, udzielać się dla dobra społeczeństwa, od siebie Byron dołoży sukcesy w mediach społecznościowych. Naukowiec-celebryta. Ale jego pochodzenie i kolor skóry nigdy nie pomagały i często hamowały awanse i rozwój. Benny jest inna. Idzie pod prąd, chce być sobą za wszelką cenę. I ta cena bywa bardzo wysoka. Tak bardzo osobiście napiszę Wam, że jej historia uwierała mnie strasznie w różne części duszy, bo pokazywała, jakim wyzwaniem jest pogrzebanie we własnym wnętrzu i określenie tego, czego się w życiu chce. A jeśli odniesie się sukces w określaniu tego prawdziwego chcenia, to potem następuje jeszcze trudniejsze zadanie – jego osiągniecie i nie chodzi o ilość pracy, chodzi o opór otoczenia i brak zrozumienia najbliższych.
I teraz mały wkurz, który mnie dopadł w czasie czytania opinii w necie (może nie powinnam zaglądać). „Za dużo tego, czarny to, czarny tamto, po co to całe jojczenie o rasizmie.” Bo tak wygląda rzeczywistość! Bo taka była historia! Bo to nie jest bajeczka o szczęśliwych ludziach o ciemniejszej lub bardzo ciemnej skórze, którzy trafiali do Europy lub Ameryki i byli przyjmowani z otwartymi ramionami. To jest rzeczywistość, która skrzeczała już wiele lat temu, a dzisiaj… Dzisiaj spływa krwią i dusi się pod kolanem policjanta. Nie chcę się wdawać w polityczne dyskusje, ale może, jeśli ktoś nie ma ochoty na historie opowiadane nie z punktu widzenia siedzących wygodnie, tylko tych, którzy boją się sięgnąć ręką po dokumenty w czasie kontroli drogowej, bo ich zastrzelą funkcjonariusze przekonani, że sięgają po broń, to niech czyta coś innego. Wdech, wydech… I jeśli mam być szczera, to ani przez sekundę nie odniosłam wrażenia, że autorka próbowałam napisać manifest przeciwko rasizmowi i epatowała podkreślaniem tego, jak to jest źle i niesprawiedliwie. Pisała po prostu jak jest, moim zdaniem bez przesadzania i moralizowania.

Ach tak! Jest jeszcze tytułowy czarny tort – ciasto, które w rodzinie Bennettów jest łącznikiem między tu a tam, teraz a wtedy. Pieczenie tego tortu to magia, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie ma przepisu co do grama, jest spis składników i intuicyjne, pełne miłości mieszanie, dodawanie, pilnowanie. Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda, albo wręcz macie ochotę na jego upieczenie, to wpiszcie w wyszukiwarkę „karaibski czarny tort” i wybierzcie przepis, w którym są największe ilości użytego rumu i porto.
„Czarny tort” dostał ode mnie 9/10 gwiazdek i mam wrażenie, że kiedyś do niego wrócę, żeby przeczytać spokojniej i wolniej, zauważyć wszystkie te malutkie detale, te podpowiedzi, które autorka umieszczała już od pierwszych rozdziałów, a nabrały sensu, kiedy tajemnica Eleonor Bennett w końcu ujrzała światło dzienne.
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
