Niedawno skończyłem „Diabły” Joe Abercrombiego i choć to książka, która bardzo mi się podobała – takie uczciwe 8/10 – przez kilka dni miałem realny problem z napisaniem tej recenzji. Siadałem do tekstu, skreślałem pierwsze zdania, zaczynałem od nowa i wciąż miałem poczucie, że opisuję coś, co leży obok sedna tej recenzji. Jakbym patrzył na tę historię pod złym kątem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że koncentrowałem się na wydarzeniach, a nie na tym, co w „Diabłach” jest naprawdę istotne.
Bo to nie jest książka o tym, co się wydarza. To jest książka o ludziach i nieludziach – i o tym, co robią, kiedy nie mają przed sobą dobrych wyborów. Sama fabuła jest zresztą dość klasyczna. Misja ochrony księżniczki, podróż z miasta A do miasta B, po drodze kolejne zagrożenia, komplikacje i przetasowania w drużynie. Gdyby to była gra RPG, spokojnie dałoby się ją wrzucić do kategorii „misja poboczna”. Napisana sprawnie, wciągająca, z dobrze rozłożonym tempem, ale bez ambicji odkrywania gatunku na nowo. I bardzo dobrze, bo Abercrombie wyraźnie nie po to stworzył tą powieść.
„Diabły” są dowodem na to, że książka może wywoływać spore emocje i czyta się ją znakomicie, nawet jeśli wydarzenia okazują się najmniej interesującą jej częścią.
Prawdziwa gra toczy się gdzie indziej – między bohaterami, potworami i wszystkim tym, co pojawia się pomiędzy nimi. „Diabły” to opowieść, w której nikt nie jest krystalicznie czysty, a motywacje rzadko bywają jednoznaczne. Postacie podejmują decyzje, które trudno nazwać słusznymi, ale paradoksalnie jeszcze trudniej uznać za nielogiczne. Często działają z przyzwyczajenia, ze strachu, z konieczności albo z bardzo przyziemnej potrzeby przetrwania. Tu nie ma bohaterskich czynów. Zresztą Abercrombie nie tłumaczy tych decyzji i działań czytelnikowi, nie usprawiedliwia bohaterów, nie ustawia moralnych drogowskazów. Patrzysz, obserwujesz i sam musisz zdecydować, gdzie przebiega granica, którą jako czytelnik zaakceptujesz, o ile w ogóle jakaś jeszcze istnieje.

Jest tu sporo cynizmu, ironii i gorzkiego humoru, który pojawia się dokładnie tam, gdzie w normalnych okolicznościach byłoby już denerwujące, nie na miejscu i w sumie nie do wytrzymania. Bo tutaj śmiech nie łagodzi świata, raczej podkreśla jego absurdalność. Dialogi potrafią być zabawne i okrutne jednocześnie, a żarty często brzmią jak ostatnia linia obrony przed rzeczywistością, która to rzeczywistość nie bardzo przejmuje się losem swoich bohaterów. To nie jest humor, który ma kogokolwiek pocieszać – raczej taki, który mówi: „tak, widzimy, jak to wygląda i co z tego”.
Przemoc w „Diabłach” też nie pełni funkcji oczyszczającej. Nie prowadzi do katharsis ani wielkich moralnych podsumowań. Czasem niczego nie rozwiązuje, czasem wręcz pogarsza sytuację. Śmierć bywa nagła, pozbawiona sensu, a wysiłek nie zawsze zostaje nagrodzony. To świat, w którym konsekwencje są często przypadkowe, a sprawiedliwość jest pojęciem bardzo umownym. I właśnie ta konsekwencja autora w budowaniu takiej brutalnej rzeczywistości robi największe wrażenie.
Najciekawsze momenty nie pojawiają się w scenach akcji, tylko w relacjach. W rozmowach, niedopowiedzeniach, drobnych gestach i napięciach, które narastają między bohaterami. W tym, jak bardzo sobie nie ufają i jak często – mimo wszystko – są na siebie skazani. Abercrombie świetnie pokazuje, że wspólna droga nie musi oznaczać wspólnych wartości, a lojalność bywa czymś tymczasowym i kruchym.

„Diabły” nie próbują być opowieścią o bohaterstwie ani o wielkich ideach. To książka o ludziach wrzuconych w sytuacje, w których nie ma dobrych rozwiązań, są tylko decyzje i ich konsekwencje. Może właśnie dlatego zostaje w głowie na dłużej, niż sugerowałaby to jej dość standardowa fabularna rama. Bo kiedy zamyka się książkę, nie pamięta się już dokładnie kolejnych wydarzeń. Pamięta się bohaterów i to, co się z nimi stało.
Z naszej narodowej perspektywy czytanie „Diabłów” daje dodatkową frajdę – w postaci polskich nawiązań i inspiracji, które można wyłapywać niemal jak ukryte smaczki. Jest ich zaskakująco dużo i pojawiają się w kontekstach, które potrafią naprawdę zaskoczyć. To nie są nachalne mrugnięcia okiem, raczej element gry z uważnym czytelnikiem – takiej, która potrafi sprawić sporo satysfakcji.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
