Z Johnem Scalzim mam tak, że nie tyle go „doceniłem”, co po prostu dałem się kupić. Stało się to przy „Towarzystwie Ochrony Kaiju” i od tamtej pory wiem, że ten autor pisze dokładnie w takim stylu, w którym ja lubię czytać – szybko, bezpośrednio, ostro, bez nadęcia, bez udawania, że literatura rozrywkowa musi się wstydzić tego, że chce przede wszystkim bawić. Trylogia „The Interdependency” tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.
Wielkie imperia zwykle upadają w tonie patetycznym. U Johna Scalziego dzieje się odwrotnie: z wielkich tematów znika patos, a zostaje wciągająca, inteligentna rozrywka. Taka, która bawi, angażuje i ani przez chwilę nie udaje czegoś, czym nie jest.
To jest space opera, ale w wersji bardzo współczesnej. Jest imperium, jest władza, są wpływy i systemy zależności, ale zamiast pompatycznych przemówień i gwiezdnych bitew o losy galaktyki dostajemy historię opowiedzianą sensacyjnie, dynamicznie i z wyraźnym przesunięciem akcentu na ludzi uwikłanych w ten cały bałagan. Jasne, można tu dostrzec echo „Gry o Tron” przeniesionej w kosmos albo skojarzenia z „Fundacją”, tylko że Scalzi nie próbuje wmówić czytelnikowi, że uczestniczy w czymś wzniosłym i monumentalnym. Jego interesuje raczej to, jaki wpływ mają wielkie sprawy na małych ludzi.
Ogromną robotę robi język. Dialogi są ostre, szybkie, często bezczelne, a ilość „przecinków” momentami taka, że niejeden stały stadionowy bywalec by się zarumienił. I warto to powiedzieć wprost: jeśli kogoś odrzuca wulgarne słownictwo w książkach, to lepiej, żeby wiedział, w co się pakuje. Różnica polega na tym, że u Scalziego te przekleństwa nie są pustym efekciarstwem. One niosą treść, budują charakter postaci, pokazują temperament, napięcie, frustrację. One mają sens.

Sam pomysł na świat przedstawiony w powieściach jest przy tym zaskakująco logiczny. „Interdependency”, którą na polski można by przetłumaczyć jako Wzajemna Zależność – to kosmiczne imperium składające się z sieci sztucznych habitatów, zamieszkanych łącznie przez około dwieście miliardów ludzi. Z zaledwie jedną planetą zdolną samodzielnie utrzymać życie. Reszta nie jest samowystarczalna. Rody-założyciele, obdarzone tytułami szlacheckimi, kontrolują monopolistyczne gałęzie gospodarki: jedni produkują broń, inni statki, jeszcze inni żywność. Nikt z nikim nie konkuruje, każdy pilnuje swojego kawałka tortu, a całość działa… fantastycznie. Przez stulecia. Do momentu, gdy Nurt – czyli tunele czasoprzestrzenne spinające systemy w jedną całość – zaczyna zanikać. A w gospodarce opartej na absolutnej współzależności to nie jest kryzys. To zapowiedź końca.
I właśnie w tym momencie poznajemy nowo koronowaną Imperoks. Nie jako abstrakcyjną instytucję, ale jako człowieka wrzuconego w sytuację bez dobrych rozwiązań. Bo tu bardzo szybko okazuje się, że nie chodzi o to, jak zapobiec upadkowi imperium. Chodzi o to, jak uratować ludzi, kiedy ten upadek nastąpi. Rozpoczyna się wyścig z czasem, a po drodze – jak łatwo się domyślić – pojawia się walka o władzę, wpływy i desperackie próby utrzymania status quo przez możnych, którzy altruizm może widzieli kiedyś w słowniku wyrazów obcych.

Największą siłą tej trylogii jest jednak to, że mimo całej tej skali, mimo polityki, ekonomii i systemowych zależności, książki konsekwentnie koncentrują się na postaciach. To im kibicujemy. To ich decyzje nas obchodzą. Nawet Imperoks – władczyni wszystkiego – pozostaje przede wszystkim człowiekiem, a nie symbolem-figurą. Dzięki temu całość czyta się z prawdziwym zaangażowaniem, a nie tylko intelektualnym zainteresowaniem konstrukcją świata.
Koniec końców John Scalzi zrobił dokładnie to, co lubię najbardziej: opowiedział historię, która dotyka istotnych tematów, ale ani przez chwilę nie zapomina, że ma być przede wszystkim świetną rozrywką. Inteligentną, wciągającą, pełną humoru, napięcia i zwrotów akcji. Taką, którą czyta się z wypiekami na twarzy, z myślą „jeszcze jeden rozdział”, a potem z lekkim żalem, że to już koniec. Bo serio – szkoda, że to tylko trzy tomy.
Andrzej
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Grafiki używane w tym wpisie powstały przy pomocy narzędzi AI.
