PIĄTEK
Przyszła dzisiaj paczka z nowymi zakupami i wśród nich jest trylogia „Płonące królestwa” Tashy Suri. Już okładka sugeruje, że całość jest mocno inspirowana kulturą Indii. A opisuje historię osieroconej służącej i uwięzionej księżniczki, które łączą siły, aby uciec przed władzą imperium i doprowadzić do rewolucji. Ich historia dzieje się na tle szerszych konfliktów politycznych i opowieści o odzyskiwaniu zapomnianej magii.
I oczywiście zajrzałam na tylną okładkę, a tam opinie znanych pisarek. I w dwóch z nich jest silnie podkreślone, że to „dzieło feministyczne” lub „feministyczna opowieść”. I rzeczywiście w treści mamy walkę z patriarchatem i tworzenie czegoś na kształt kobiecego ruchu oporu. I tak się zastanawiam, ilu panów, potencjalnych czytelników, na widok tego „feminizmu” powie, że nie, oni dziękują, oni tego czytać nie będą?
SOBOTA
Stworzyłam potwora… metaforycznie oczywiście. Kiedy podrzucałam Andrzejowi „Faworytów” do czytania, to bardzo nieświadomie wpasowałam się idealnie w czas, kiedy na Igrzyskach Olimpijskich zaczynała się rywalizacja par tanecznych i całe łyżwiarstwo figurowe. Życie dogoniło w tym roku literacką fikcję, a może ją nawet przegoniło. Bo oto mamy cały skandal związany z sędziowaniem programu dowolnego par tanecznych z francuską sędziną w roli głównej, ale nie jedynej. Do tego pierwsza francuska para Guillaume Cizeron i Laurence Fournier Beaudry też stała się celem plotkarskich portali, artykułów w prasie i reportaży w dość poważanych stacjach telewizyjnych po historii rozstania Cizerona z jego poprzednią partnerką (a ta robi wszystko, by zauważono ją i jej książkę), a do tego wraca historia poprzedniego partnera Beaudry i jednocześnie jej chłopaka, który był oskarżony o bardzo niefajne zachowania wobec kobiet i dziewcząt.
A do tego wczoraj oglądaliśmy ostatnią rywalizację solistów i walkę o medale, a tam Ilia Malinin, który sam siebie obwołał bogiem skoków poczwórnych, pokazał, że jednak jest człowiekiem i można nie tylko nie zdobyć złota, ale nawet nie zobaczyć podium z bliska (a miało być tak pięknie…).
I Andrzej ma tak immersyjne doświadczenie jak rzadko, tu ogląda, tu przeżywa, tam czyta i też przeżywa, do tego ja mu podrzucam najnowsze plotki z internetów, więc nagle człowiek, który w dorosłym życiu nie wiedział nic o łyżwiarstwie figurowym, został wielkim fanem i poziom wiedzy rośnie mu lawinowo. Kibicuje z pasją i okrzykiem na ustach i nawet ma już swoich ulubionych łyżwiarzy i łyżwiarki.
A teraz po cichu planuję, że w czasie tenisowego US Open zafunduję nam takie doświadczenie po raz kolejny, czytając „Carrie Soto powraca”. Tym bardziej, że portale zaczynają coraz głośniej mówić o tym, że Serena Williams planuje powrót na kort. Życie znowu dogoni fikcję literacką?
NIEDZIELA
To jak to było z tym, że człowiek uczy się całe życie? No właśnie. W poprzednim tygodniu wyszła książka, na którą czekałam – „Royal Spin”, za którą odpowiedzialny jest duet Omid Scobie, Robin Benway. Jako fanka wszystkiego, co ma „royal” w tytule, już powoli planuję słuchanie. Ale zajrzałam z ciekawości do pierwszych recenzji, a tam sformułowanie „ARC copy”. ARC czyli co?
ARC to skrót od Advance Reader/Review/Reading Copy, czyli najprościej ujmując, wersja książki przed publikacją. Może być papierowa lub elektroniczna, rozsyłają ją wydawcy lub autorzy do czytelników przed oficjalną datą premiery, żeby pierwsze recenzje pojawiły się w momencie, kiedy książka ujrzy światło dzienne oficjalnie. Do tego informacje o tym, że są rozsyłane wersje ARC, szczególnie wyczekiwanych powieści, tworzą mnóstwo szumu w internetach i przekładają się na większe zainteresowanie czytelników.
Taka wersja nie zawsze jest ostateczna, może być jeszcze przed końcową korektą, często nie ma finalnej okładki (czasami dosłownie jest szaro i kartonowo). I zgodnie z zasadami wydawców – to nie jest wersją, którą później można sprzedać. Nie ma opcji.
PONIEDZIAŁEK
„Wiemy, że pokochaliście Keigo Higashino za jego mistrzowskie kryminały, ale spokojnie – w najnowszej książce również nie zabraknie emocji, zwrotów akcji i tego uczucia, gdy nie da się odłożyć lektury.” To jest cytat z wpisu wydawnictwa Relacja o wydaniu powieści „Cuda za rogiem”. Też odbieracie to jako sugestię, że oto Higashino pisuje kryminały i ukazało się ich kilka, a teraz napisał coś innego i będzie coś niekryminalnego? Nowość, zaskoczenie, świeżynka na rynku?
To ja sugeruję, żeby nieco precyzyjniej przekazywać informacje, bo „Cuda za rogiem” zostały wydane po raz pierwszy w 2012, czyli 14 lat temu, a sporo kryminałów jest późniejszymi dziełami. To nie jest żadna nowa książka autora, to jest nowowydana książka w wydawnictwie, a to jednak robi różnicę. „Odpowiednie dać rzeczy słowo!”, że przyłożę wydawnictwu Norwidem między oczy.
Co nie zmienia faktu, że „Cuda za rogiem” w dowolnym wydaniu, starym czy nowym, to coś, co jest naprawdę dobrą lekturą, ciepłą, dającą nadzieję i jak na literaturę japońską, dość łatwo przyswajalną przez zachodniego czytelnika. Tu nie ma tej częstej dla japońszczyzny oszczędności słowa i emocji, tu jest bardziej „zachodnio” i w tym wypadku to jest pochwała sposobu pisania.
WTOREK
Słucham „Tam na niebie są rzeki” Elif Shafak i to jest ten typ powieści, gdzie mamy kilka punktów w czasie i przestrzeni, kilku bohaterów i na początku wydaje się, że niewiele ich łączy (chociaż oczywiście wiemy, że te połączenia gdzieś się pojawią i pytanie jest tylko, kiedy i jak silne). Lubię takie opowieści. To śledzenie, kiedy po raz pierwszy cokolwiek stanie się łącznikiem miedzy Londynem z dawnych czasów a współczesną Turcją. Kiedy słowo „Niniwa” pojawia się w jednym nurcie opowieści, potem w drugim i czeka się niecierpliwie, kiedy pojawi się w trzecim i ma świadomość, że na razie nie ma się bladego pojęcia, jak może to nastąpić.
Ale! Ale przy okazji „Tam na niebie są rzeki” zatęskniłam z Davidem Mitchellem i jego „Atlasem chmur”, bo to powieść o podobnej konstrukcji i czytałam ją już sporo czasu temu, ale została mi w głowie jako genialna, enigmatyczna i bardzo inteligentnie skonstruowana właśnie w sferze tych połączeń. Czas na powtórkę? Może za jakiś czas. I tak, na podstawie „Atlasu chmur” nakręcono film. Oczywiście nie oglądałam, bo za bardzo zakochałam się w powieści i już nie miałam najmniejszej ochoty na to, żeby wizje scenarzystów i reżysera próbowały wedrzeć się do mojego świat tej książki.
ŚRODA
A to dobre! Przeglądanie Instagrama czasami skutkuje ciekawymi odkryciami. Pewna autorka fantasy, a chyba raczej romantasy pozwoliła swojej siostrzenicy na przeczytanie pierwszego tomu swojej powieści. Powieść z serii „slow burn”, więc bohaterowie nie rzucają się na siebie od pierwszego rozdziału i nie zdzierają z siebie szat w celach prokreacyjnych. W sumie to chyba się w tym pierwszym tomie całowali i tyle. Ale powstał drugi tom. Siostrzenica niewiele starsza, ale treść za to już bardziej dorosła, bo doszło do konsumpcji związku. Ale jak odmówić dziecku i to zafascynowanemu historią bohaterów? I oto ciotka robi coś, co mnie z jednej strony rozczuliło, z drugiej ubawiło. Otóż w całym egzemplarzu powieści ciocia zakleiła białymi kartkami pikantne fragmenty, a jak skandalizujący opis był na kilka stron, to skleiła takie kawałki ozdobnymi taśmami klejącymi na brzegach, żeby się siostrzenica do tego nie dorwała. I napisała, że w tym fragmencie to oni się całują i kłócą, i godzą (bez wdawania się w szczegóły, jaką formę to godzenie przyjęło) albo, że się mocno przytulają… Rozczulające, prawda? Ale ja się bardziej zastanawiam nad ogromną wiarą tej ciotki, że siostrzenica tych taśm klejących, co się tak łatwo odrywają, po prostu nie odklei i nie zajrzy… Ale może dziecko jest z tych bardzo dobrze wychowanych i nigdy nieprzekraczających wyznaczonych granic? A może to tylko pobożne życzenia dorosłego i jednak kartki „się odkleją przypadkiem”? I tak się zastanawiam, czy wspólne czytanie na głos nie byłoby lepsze, żeby pominąć to, co pominąć według autorki należy?
CZWARTEK
Jak do tej pory nazwisko Artemisia Gentileschi kojarzyła mi się książkowo tylko z jednym tytułem, czyli „Artemisią”, której autorką jest Alexandra Lapierre. I to jest genialna, zbeletryzowana biografia, którą z czystym sercem podsunęłabym każdemu, kto chce wiedzieć więcej o tej genialnej malarce. Ale! Ale wczoraj Andrzej przyniósł prosto z księgarni świeżutkie wydanie „Niepokornej” Elizabeth Fremantle. Ta sama bohaterka, podobne podejście do sposobu opowiadania, czyli bazujemy na życiorysie artystki, ale w lżejszej, powieściowej formie. Za to bardzo mnie ten tytuł ciekawi ze względu na autorkę, bo Elizabeth Fremantle ma talent do pisania powieści historycznych (robi szczegółowy research i jeśli opisuje dwór Tudorów, to wie, co pisze, a jak renesansowe Włochy, to sączy nam do głowy kawał wiedzy o czasach i miejscu), a jej bohaterkami są często kobiety i fabuły powieści konstruuje tak, żeby pokazać, jak wielkie znaczenie one miały, chociaż często stały w cieniu mężczyzn swojej epoki. Będzie czytane i to w ten weekend. Spodziewajcie się recenzji.

Ten tydzień był w książkach:
- cykl PŁONĄCE KRÓLESTWA – Tasha Suri
- CARRIE SOTO POWRACA – Taylor Jenkins Reid
- ROYAL SPIN – Omid Scobie, Robin Benway
- CUDA ZA ROGIEM – Keigo Higashino
- TAM NA NIEBIE SĄ RZEKI – Elif Shafak
- ATLAS CHMUR – David Mitchell
- ARTEMISIA – Alexandra Lapierre
- NIEPOKORNA – Elizabeth Fremantle
Aga
Powyższy tekst nie jest efektem współpracy reklamowej. Jest opinią własną, subiektywną i żaden przelew nie miał na nią wpływu.
Zdjęcia użyte w tym wpisie są naszego autorstwa, a grafiki powstały przy pomocy narzędzi AI.
