Zacznę od pytania, które zadaje wiele osób rozważających czytanie „Carrie Soto powraca”, bo na przykład uwielbia autorkę, ale waha się, bo przecież nic nie wie o tenisie. Żeby się cieszyć psychologiczną i obyczajową stroną tej powieści nie musicie wiedzieć o tenisie nic poza tym, że taka dyscyplina sportu istnieje. Jednak! Jednak wiedza podstawowa, czyli macie obejrzane cztery mecze i wiecie, że są turnieje ważniejsze i mniej ważne – taka wiedza sprawi, że do strony psychologicznej i obyczajowej dojdzie poczucie, że kwestie rywalizacji są tutaj doskonałą, pikantną przyprawą tej opowieści. A jeżeli jesteście fanami tenisa, wiecie co to dropshot i macie w głowie obrazy tego, jak wyglądają korty w Indian Wells, to będziecie tonąć w tej historii w wielu wymiarach i zachwycać się każdym jej elementem.

A poza tym! Czy jak ktoś sięgał po „Atmosferę” tej samej autorki, to zastanawiał się, czy ma wystarczającą wiedzę na temat działania NASA i stopnia zaawansowania programu promów kosmicznych w dowolnym momencie historii podboju kosmosu? Wątpię. Tu jest dokładnie tak samo. Wahania, czy czytać, wyrzućcie do kosza.

To już wiecie, że to dobre. A skoro wydaje się, że odwracam moją standardową kolejność podawania Wam informacji o powieści w czasie pisania recenzji, to od razu dołożę Wam też to, że książka dostała 10/10.

A teraz na chwilę zostawimy Carrie Soto i zajmiemy się osobą, która podobno posłużyła, przynajmniej częściowo, za jej pierwowzór. Chociaż wtedy nie było wiadomo, co wywinie w 2025 i 2026! Zatem chyba bardziej inspirowała osobowością, bo podobieństwo zdarzeń jest już późniejsze…

Czy taka historia jest możliwa w rzeczywistości? Bardziej niż możliwa. Ona się dzieje.

Istnieje tenisistka, która jest 23-krotną mistrzynią wielkoszlemową. Z uroczym tanecznym obrotem pożegnała jakiś czas temu fanów tenisa po swoim ostatnim meczu i ogłosiła, że od teraz to już emerytura. Ale! Pół roku temu zgłosiła się do systemu testów antydopingowych, co jest wymagane do tego, żeby wrócić do gry w turniejach. Od 22 lutego 2026 jest w związku z tym uprawniona do udziału w turniejach niższego i najwyższego szczebla. Fakt, że jej nazwisko pojawiło się wśród zawodniczek, które mogą podlegać kontroli antydopingowej (sama zainteresowana nie zająknęła się na ten temat publicznie ani razu, ktoś to wypatrzył w systemie), sama ta informacja wywołała taką falę spekulacji, że internet zapłonął. Tenisistka w końcu zaprzeczyła, że wraca, ale po kilku miesiącach użyła sformułowania, które sugerowało, że temat jest otwarty i się zobaczy. Ale jak to podsumowała inna tenisistka na emeryturze, nikt, ale to nikt nie godzi się na to, żeby wysłannicy agencji antydopingowej walili ci do drzwi o piątej rano, żebyś nasiusiał do pojemniczka albo machali ci igłami przed oczami, bo właśnie przyszedł według nich czas na test antydopingowy. Jeśli się na to decydujesz, to po coś, a nie dla zabawy. Były trener zawodniczki poplotkował publicznie, że ta bardzo intensywnie trenuje, jest w świetnej formie i ma szansę do powrotu do wyrównanej rywalizacji z obecnie najlepszymi na korcie. A jeżeli wróci, to celem może być wyrównanie rekordu Margaret Court, która ma 24 tytuły wielkoszlemowe… Tą tenisistką jest Serena Williams.

I niech mi ktoś powie, że historia z „Carrie Soto powraca” jest niewiarygodna!

Carrie też wraca. Ona nie chce jednak wyrównywać rekordu. Ona wie, że oto nowa gwiazda kortów ma szansę jej rekord odebrać i dochodzi do wniosku, że po jej trupie! Nikt nie będzie lepszy od Soto, żadna Chan! Trenujemy, wracamy, wygrywamy, udowadniamy, że gwiazda jest tylko jedna. Trener? No to dość jasne. Prawie przez całą karierę trenował Carrie jej ojciec, więc po co zmieniać coś, co się sprawdziło. Partnerki do treningów? Tu będzie mały zgrzyt, ale przecież nie trzeba trenować z kobietami, można mieć po drugiej stronie siatki mężczyznę jako sparring partnera. I tak w życiu Carrie pojawia się ktoś z jej przeszłości, co wcale jej się nie podoba, ale skoro nie ma innego wyjścia, to trudno. I zaczyna się opowieść o jednym roku z życia córki i ojca Soto. Czy Carrie wygra i zachowa rekord? Nie powiem! Ale napiszę Wam tyle, że emocji będzie mnóstwo, i tych na korcie, i tych poza nim. I to jest powieść, którą trudno odłożyć, czyta się jednym tchem, kocha i nienawidzi bohaterów i trzyma kciuki za różne rzeczy, nie tylko za to, żeby Carrie usłyszała swoje upragnione „Gem, set, mecz, Soto”.

I tu zaczyna się ta ciekawa część mojej opowieści o tej książce. Powieść Taylor Jenkins Reid dzieli czytelników na dwa obozy – oba podchodzą do niej bardzo emocjonalnie, ale czytają ją inaczej.

Po pierwsze jest wielka grupa osób, które Carrie podziwiają, bo silna, bo zdeterminowana, bo ma pasję, bo pokonuje przeciwności – „role model” na wielu poziomach. I nie będę przed Wami ukrywać, że ja do tej grupy należę i wybaczcie dosadność i niepoprawny język, ale fakt, że bohaterka ma tak wyrąbane na wiele rzeczy i spraw i nie potrafi trzymać języka za zębami, we mnie akurat budzi potężną sympatię wobec niej i poczucie, że ja też tak chcę.

Ale właśnie – dokładnie te same cechy w kolejnej wielkiej grupie czytelników powodują, że najłagodniejsze słowo, jakiego używają do opisania Carrie, to „irytująca” i dla nich to nie jest opowieść o wielkim tenisowym powrocie, to jest opowieść o toksycznej ambicji i osiąganiu celów po trupach. W opiniach o książce powtarzają się określenia, że Carrie jest antypatyczna, arogancka, trudno jej kibicować, skoro jest tak niemiła i zafiksowana na zwycięstwie za wszelką cenę. I nie, nie będę tutaj wrzucać czterech długich akapitów o tym, jak stereotypy o pożądanym zachowaniu kobiet w przestrzeni publicznej wpływają na ich postrzeganie, szczególnie jeśli one same są bardzo dalekie od tych stereotypów i foremek. Ale poczytajcie, autorka głosem Carrie sama rozprawia się z tym, jak trudno mają osoby, które nie pasują do oczekiwań, a nawet do pożądanego wyglądu kobiety na korcie.

Po drugie – relacja z ojcem/trenerem. Dla wielu wzruszająca, trudna, ale pełna dobrych i uroczych momentów. Dla innych – patologia, współuzależnienie od wygrywania i obsesyjne dążenie do doskonałości. Akurat z tym drugim po przeczytaniu powieści uważnie, pewnie wiele osób się nie zgodzi, bo senior Soto wydaje się próbować wytłumaczyć córce, że wygrywanie to nie tylko pokonywanie przeciwniczek na korcie tak, żeby płakały, że nie tylko te momenty dają szczęście i nie tylko na korcie można je znaleźć, a rywalizować to w sumie trzeba bardziej ze sobą z wczoraj niż z kimkolwiek innym, ale relacja zawodniczka ojciec/trener zawsze będzie pełna napięć. I znowu możemy odnieść się do rzeczywistości. Szanowny tatuś mega gwiazdy kortów Andre Agassiego, w jego wykonaniu reżim w treningach to za mało powiedziane. Kolejny przykład – tatuś Sofii Kenin, który potrafił wydrzeć się na nią publicznie na korcie i zwyzywać od najgorszych. Co ciekawe rozstawiali się i wracali do wspólnej pracy, obecnie tatuś siedzi w boksie zawodniczki jako trener. Nadal potrafi być… nieprzyjemny, ale chyba mniej. A to tylko pierwsze z brzegu przykłady. A jak chcecie się pośmiać, to proponuję prześledzić relacje w rodzinie Tsitsipasów. Tragikomedia i to grecka, a dokładniej grecko-rosyjska, bo mamusia stamtąd.

Po trzecie kwestia tego, że wiele osób nie wierzy, że zawodnicy i zawodniczki potrafią wyjść na kort z koszmarnym bólem, kontuzją, w zasadzie jak inwalidzi, ale grają i zrobią wszystko, żeby wygrać. To nie jest licentia poetica w powieści, ani nic przerysowanego, żeby uatrakcyjnić opowieść i sprawić, że będzie bardziej dramatyczna. To fakt, a nie bajka. Wielu zawodników twierdzi, że w zasadzie nie ma nikogo na korcie, kto by wychodził i czuł się genialnie, szczególnie wśród najlepszych. Grają z poważnymi kontuzjami, na dozwolonych środkach przeciwbólowych, wracają za szybko po operacjach i zabiegach. W Polsce mamy historię Huberta Hurkacza i jego kontuzji z zeszłego roku i prób powrotu, na świecie walkę z bólem mistrza Rafy Nadala.

I gdyby mnie ktoś zapytał, czy uważam opowieść stworzoną przez autorkę za wiarygodną, mając taką wiedzę o tenisie i kulisach tego sportu, jaką od wielu lat mam, to napiszę jedno – w zasadzie nie ma ani jednego zdania, które wydałoby mi się nieprawdopodobne lub naciągane, ani jednej sceny związanej z treningami, grą, kontraktami sponsorskimi, relacjami w szatni i poza nią, podróżami i funkcjonowaniem w tourze, którą uznałabym za przerysowaną. Wręcz przeciwnie, wiele z nich w rzeczywistości byłoby mocniejsze i „bardziej po bandzie”, ale chyba wtedy autorka jeszcze częściej mierzyłaby się z zarzutami, że przesadza. A przecież nie zmusi nikogo do tego, żeby sobie przez rok czy dwa pooglądał zmagania tenisistów i tenisistek oraz śledził to, co dzieje się na korcie i poza nim, żeby uwierzyć, że to naprawdę świat intensywnych emocji i „brzydkiego wygrywania”.***


*** Jest taki dość kontrowersyjny trener – Brad Gilbert, który napisał „dzieło” „Winning Ugly”, czyli jak wygrywać brzydko, co sprowadza się do tego, że na korcie piękne zagrania to nie jest gwarancja sukcesu, ale siła mentalna, taktyka, strategia i wiedza, kiedy „docisnąć”, bo przeciwnik ma gorszy moment, to wszystko bywa znacznie skuteczniejsze. Ale może ja się powstrzymam przed dalszym pisaniem o tym wszystkim, bo od razu przychodzi mi do głowy kolejny trener Patrick Mouratoglou i jego postawa na kortach i wobec zawodników… Ja po prostu mam za dużo emocji wobec tenisa i mogłabym nie skończyć nawet po 50 stronach.

Aga

Jeśli doceniasz to, co robimy i chcesz pomóc nam tworzyć więcej takich treści, postaw nam wirtualną kawę.

To drobny gest, który daje nam wielką motywację. Dzięki!

Co o tym sądzisz?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Brak komentarzy jak do tej pory :(